Król babrzyska

@Curcuma Zedoaria

Słońce ostatnich kresów nieba dochodziło” – cytował w myślach strofy wieszcza. Złocistoczerwone promienie wydobywały z zachodniej ściany pokoju zarysy złotej ramy. Ciężka, ozdobna, bogato rzeźbiona szeroko chroniła swoje cenne wnętrze. Patrzył, patrzył i napatrzeć się nie mógł.

A wszystko zaczęło się tak na pozór całkiem niewinnie. Kiedy już przyjechał z rodzinnego miasta do stolicy i rozgościł się w hotelowych pokojach, zadzwonił stary kumpel z oddziału.

– Hej, stary – ryczał do słuchawki – mam prośbę, weź do siebie moją córkę. Marzy o karierze w stolicy. Mądra jest, języki zna, na pewno ci się przyda.

Prezes nie hołubił dawnych kolegów, wyraźnie przekładał nad nich nowych, ale... No właśnie. Te języki... może przyda się młódka biegle władająca. Tak czy siak – zgodził się.

No i przyjechała. Była urocza, taka świeża i pełna entuzjazmu. Na dodatek ładniutka. I całkiem dobrze sobie radziła. Na biurku miała idealny porządek, a w biurku podręcznik Savoir vivre dla sekretarek, czyli asystentka doskonała. Prezes wiedział, że jedna trzecia sukcesu to idealni pracownicy, a pozostałe dwie trzecie to właściwe znajomości. Postanowił więc, że Basieńka zostaje i troszczy się sama o siebie oraz o niego, a on troszczy się o właściwe kontakty.

Może czas skreślić słów kilka o samym prezesie? No cóż. Był oczywiście mądry. Był ambitny. Uparty w dążeniu do celów, zwłaszcza własnych. Wychowany w przymusowej skromności złakniony był blichtru, pozycji i znaczenia. A co najważniejsze znał wartość pieniędzy, wiedział jak i kiedy je wydawać, by zapewnić sobie późniejsze profity. Jednak te wszystkie cnoty nie zdałyby się na nic, gdyby nie nadzwyczajna umiejętność zachowania stanowiska pomimo grząskich gruntów stołecznych salonów, grożących niebezpieczeństw i lawirowania pomiędzy walczącymi żywiołami.

Wystartowawszy jako mąż opatrznościowy uciśnionej mniejszości, szybko i skutecznie stawał w obronie aparatu ucisku, celując w pokazowych akcjach zakańczanych spektakularna klęską z pokazem sztucznych ogni. To był jego osobisty sukces z naciskiem na frapujący spektakl.

Entuzjazm władzy dla jego poczynań był ogromny. Miał nadzieję na adekwatną wdzięczność.

Tak więc piął się skutecznie po szczeblach kariery. Na razie jeszcze bez perspektyw na ministra, ale kto wie, kto wie, kto wie... Czasy były trudne, zwroty akcji nieoczekiwane, a jego konsekwencja w pogrążaniu spraw słusznych – niezłomna.

Basieńka spadła mu z nieba. Podpowiadała, gdzie i z kim bywać. Jakie buty kupić (koniecznie wiązane!). Poprawiała krzywy węzeł firmowego krawata. Czytała za niego książki, oglądała filmy, recenzując je szefowi. Wiedziała gdzie, kto, z kim i za ile. A wszystko to z klasą, wdziękiem i nienaganną polszczyzną.

Basieńka na prezydenta! – myślał czasami prezes – szkoda, że taka młoda. Zna tyle języków i w każdym zadba o jego interesy...

Zdawał się na Basieńkę w zupełności. Ona zaś pracowała w trójnasób, od rana do nocy, rewanżując się za jego protekcję.

Jak już wspomnieliśmy, prezes miał talent do interesów. Pieniądze w jego rękach mnożyły się jak króliki. Po pewnym czasie wręcz nie wiadomo było, co z nimi robić. Stosy powiązanych w paczki banknotów leżały na korytarzach. Banki nie chciały przyjmować już więcej pieniędzy, zabrakło miejsca w skarbcach. Lokaty terminowe zostały wyczerpane. A zasób rósł i rósł. Prezes lubił te swoje zasoby. Głaskał je pieszczotliwie, przemawiał do nich czule i mnożył. Nazbierawszy kamienic, aut i lokat, wrażeń z podróży i pamiątek z dalekich krajów, zastanawiał się, w co by tu jeszcze zainwestować...

– W sztukę, prezesie kochany, w sztukę – zachęcała Basieńka.

Nie znał się na tym, ale wierzył jej bez zastrzeżeń. Zdał się na jej osąd.

– Prezesie kochany – trajkotała – to teraz taki modny malarz. Fantastyczny, naprawdę, bardzo modny i cenny, a jeszcze droższy będzie.

Polecieli więc do Sopotu jak chciała i wylicytowali upragniony obraz.

FalatJulian.Los.1899.ws660 

– Prezesie kochanieńki – trajkotała Basia – prezes patrzy... Jaki to piękny obraz. Prezes patrzy, jakie piękne zwierzę, jaka piękna głowa. Dumny król ogromnego babrzyska... zupełnie jak prezes. Łączy was duchowe pokrewieństwo.

Nie wiedział, czy prawdę mówi, czy może kpi, ale wyglądała tak niewinnie.

Wkrótce specekipa zawiesiła obraz na ścianie vis à vis biurka. Założono alarmy, opłacono ubezpieczenie, wydatki wpisano w księgi, wszystko jak należy przy solidnej lokacie społecznego kapitału.

Każdy dzień zaczynał prezes od rzutu oka na obraz. Każdego wieczoru żegnał się z nim czule. A złota rama zapewniała go o trwałości jego małego, grząskiego imperium. I znów upłynął kolejny dzień... tyle spraw, tyle pracy...

Tak, pomyślał, czas odpocząć. Zgarnął pióra i pieczęcie do teczki, zgasił lampę na biurku.

Z wolna podszedł do obrazu. Jak co dzień pochylił się nisko, żeby odczytać autograf autora. W palących promieniach zachodzącego słońca bez trudu odczytał nazwisko. Julian Fałat. Piewca puszcz i ostępów oraz szlacheckich obyczajów, miłośnik polowania. Tak... Wyprostował się, z nagła uderzając boleśnie czołem w róg obrazu.

Przez całą drogę do domu czuł pulsujący ból. Już na miejscu zrobił sobie zimny okład i szybko zasnął.

A kiedy tak spał głębokim snem zmęczonego człowieka, na stłuczonym czole zawiązały się możdżenie, z których do rana wyrósł piękny, dorodny, adekwatny do pozycji i znaczenia prezesowy wieniec. Wieniec dumnego łopatacza. Z mnóstwem pasynek.

Nasz bohater obejrzał go z rana dokładnie. Był naprawdę imponujący.

– Jak rany – jęknęła pobladła Basieńka – prezesie...

Na szczycie jej biurka królował otwarty notes, a w nim zaznaczono czerwonym pisakiem: „Rozpoczęcie sezonu łowieckiego! Zaprosić prezydenta!”

– Prezesie... – wyszeptała – prezesie...

#

I to byłby już koniec naszej opowieści.

Ciąg dalszy nieuchronnie nastąpił, sejm jednogłośnie przegłosował ustawę o dodatkowym odstrzale łosi, a służby państwowe już przygotowały wolne miejsce na ścianie w gabinecie myśliwskim prezydenta.

Całe szczęście, że pannie Basieńce tak korzystnie w szlachetnej czerni.

@Curcuma_Zedoaria
psychiatra

Słownik trudniejszych terminów

babrzysko  1) grząski grunt bagienny, po którym z wdziękiem poruszają się łosie, 2) stołeczne salony

łopatacz wyjątkowo wyróżniony przez naturę samiec łosia, osobnik predysponowany do sukcesów w przeciwieństwie do zwykłych łosi-badylarzy

Julian Fałat polski malarz impresjonista ur. 1853 w Tuligłowach, zm. w 1929; zasłynął malując polskie pejzaże, zwłaszcza przepastne puszcz krainy oraz zimowe polowania na grubego zwierza

Źródło ilustracji: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/27/FalatJulian.Los.1899.ws.jpg