Rzeczy osobiste, w tym higiena

Czysty nurt i brudna piana (tytuł artykułu wstępnego, „Trybuna Ludu” 24 X 1956)

Integer vitae scelerisque purus – pośród życia czysty i niewinny (Horacy)

Gdzie woda czysta i trawa zielona? (pytajnik zamiast wielokropka dodany przez autora tekstu do tytułu filmu z 1977 r. wg scenariusza Ryszarda Gontarza)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Jak ważna jest higiena, zwana kiedyś czystością, wie każdy, kto ją stracił. Przynajmniej teoretycznie. W praktyce utrata higieny nie boli tak bardzo samego zainteresowanego, w tym wypadku niezainteresowanego, jak jego bliższe otoczenie, które stara się za wszelką cenę stać się dalszym otoczeniem.

W praktyce
różne bomby zapachowe i inne kwiaty polskie przychodzą do POZ lub są przywożone na SOR, roztaczając zapach, który będzie się jeszcze długo śnił po nocach osobom zaatakowanym przez nerw węchowy. Ten zapach, nazwijmy go roboczo smrodem, niestety nie załapuje się pod paragraf użycia broni chemicznej. Na pewno jednak nie pozostawia nikogo obojętnym, a przecież obojętność jest najgorsza.

Giez nr10 sos400

– Może ten smród to wołanie o pomoc? – głośno zastanawiał się Nasz Doktor, stojąc w otwartym oknie gabinetu i wietrząc się. Może wydzielanie złowonnego aromatu jest jak rzucenie butelki z wiadomością przez rozbitka? Wołaniem o pomoc, o zrozumienie? Jak musiałby się czuć Robinson, gdyby ktoś oglądając jego butelkę pod światło, spuentował, że kolejny pijak wyrzuca śmieci zamiast oddać do recyklingu: list na makulaturę, a szkło do szkła.

Nasz Doktor wciągnął do płuc kolejny haust świeżego, miejskiego powietrza. Dzisiaj azot i tlen pozostawały w idealnej stechiometrycznej proporcji, chociaż, jak kiedyś zapewniano, nie reagowały ze sobą podczas zaciągania.

Z jednej strony ściana czystego powietrza napierająca z zewnątrz. Z drugiej strony woń niemytych polskich ciał przemieszana z tygodniowym swądem spalonych obiadów, rozgotowanej kapusty i oczywiście piątkowej ryby zamordowanej w tłuszczu. Miał ochotę skoczyć w stronę światła i tlenu, ale ktoś zamontował w oknie kraty.

My home is my castle. Moja przychodnia mym więzieniem. Nasz Doktor godził się z rzeczywistością.

A tam rzeczywistość śmierdzi, a tam pospolitość skrzeczy.

Prawo serii
w POZ ma długą tradycję. Do serii zaliczamy nieskrępowane wizyty codzienne tego samego pacjenta, który wkraczał w świat POZ z pozdrowieniem na ustach: Jak bywać, to bywać! Dziwne, ale Nasz Doktor dostawał czkawki od tego niewinnego zdania. Teraz jednak seria dotyczyła następujących po sobie pacjentów złowonnych. To określenie wyniósł Nasz Doktor z lekcji chemii. Na lekcji chemii też dowiedział się, że siarkowodór ma obrzydliwy zapach.

Kolejny pacjent roztaczał swój niepowtarzalny czar zapachowy, jednocześnie bardzo filozofując. Nie czuje zapachu, czy może ze mną coś nie halo? – bił się z myślami Doktor. Postanowił zebrać całą swoją odwagę cywilną, zawiesić tego całego Hipokratesa na kołku i napomknąć pacjentowi coś à propos. Ale jak to zrobić kulturalnie? Zacierając ręce, otworzył okno jeszcze szerzej.

– Trzeba od czasu do czasu przewietrzyć – zagaił bezpiecznie – tyle różnych ludzi się tu przewija.

– A pewnie że trzeba, wentylacja to podstawa – pacjent odbił piłeczkę.

No to mamy już jakąś wspólną platformę, ucieszył się mentalnie Nasz Doktor.

– Bo ja tak wietrzę, choć wiadomo, że lepiej myć niż wietrzyć – Nasz Doktor przywołał znany truizm z brodą. – A przy okazji wybija się zarazki albo chociaż usuwa mechanicznie. – Po tym wstępie przeskoczył do meritum: – Higiena osobista prowadzi w prostej linii do zdrowia – tu popatrzył znacząco na pacjenta.

– A ja, panie, higienę osobistą to bardzo, bardzo. Zawsze, panie, myję jabłka, gruszki.

Nasz Doktor skapitulował. Co prawda w smrodzie większe jest prawdopodobieństwo ujawnienia się choroby psychicznej, ale miał już dosyć tłumaczenia i naprowadzania. Pacjent zresztą też nie miał czasu i obiecał, że wpadnie jeszcze jutro, jak zdąży załatwić sprawę w urzędzie.

– Tam idą mi bardzo na rękę – zapewnił. – Nic nie muszę czekać.

Zapewne. Niech się tam też nacieszą jego śladem zapachowym. Nasz Doktor pilnie oglądał „National Geographic” i wiedział, że pustułka polująca na mysz potrafi namierzyć ją w morzu traw po śladzie moczu. W ultrafiolecie, który wykorzystuje, widzi trasy gryzoni znaczone moczem. Ale nie musi tego wąchać, podsumował Nasz Doktor.

W sumie, to jak to mówią pacjenci,

taki sobie zawód wybraliśmy.
Nie zawsze róże i czekoladki, nie każdy pacjent jest pachnącą młodą niewiastą chcącą się przebadać profilaktycznie przed wyjazdem za granicę.

Tutaj Doktor przypomniał sobie ratowników z pogotowia, którzy do najbardziej śmierdzących przypadków prezentowali zawsze pogodny uśmiech. Uśmiech nie schodził im z ust. W zasadzie im większa przykrość zapachowa, tym bardziej roześmiane twarze.

Nas Doktor nie mogąc sam dociec sekretu tej zagadki, w końcu nie wytrzymał i zapytał, jak można osiągnąć taki stan akceptacji. Czy to kwestia zen czy może zazen? Czy jest to tak jak w wypadku zawodnika kick boxingu, że musi on zaakceptować ból okopywanych nóg, żeby zacząć wygrywać?

Ratownicy uśmiechnęli się tylko. Na gęsty smród jest tylko jeden sposób.

Trzeba oddychaćprzez usta.
Reszta to już tylko interpretacja patrzących.

Doktor zamyślił się bardzo głęboko, a myśli i intencje miał czyste. Chciał dociec jądra prawdy. Zapach człowieka zmienia się z wiekiem. Nastolatek, zwłaszcza z pryszczami, jak posmakuje nietolerancji swego zapachu ze strony rówieśników, będzie się pucował i pryskał perfumą do upadłego. Może to być jednak cokolwiek za późno. Gadzi mózg człowieka uznaje zapach za jeden z najsilniejszych dyskryminatorów. Osoba raz zapamiętana jako niepachnąca różami zostanie tak zaszufladkowana na wieki.

Oczywiście są okresy w życiu człowieka, kiedy instynkt rozmnażania maskuje wszystkie zapachy, ale piękne chwile romantycznych uniesień mijają i zostaje nagi smród. Koszmar.

W dbaniu o higienę osobistą chodzi nie tylko o mycie jabłek i gruszek przed spożyciem, ale o coś jeszcze. Nasz Doktor był tolerancyjny, gdyż higiena była sprawą stosunkowo nową. Jeszcze nie tak dawno w miastach nie było kanalizacji, a zawartość nocników wylewano wprost na głowy przechodniów. Nieco wcześniej upudrowani i wyperukowani markizowie biegali po ogrodach Wersalu, załatwiając swoje potrzeby pod wolnym krzaczkiem.

Były też w historii dzielne małżonki rycerzy, które ślubowały nie myć się do powrotu małżonka z wyprawy, był król Jan Sobieski, który zachęcał swoją Marysieńkę do, jakby to powiedziała dzisiejsza młódź, nieszalenia z myciem.

Byli też Grecy nacierający się oliwą i Rzymianie spędzający wolny czas w termach. Byli Rosjanie i Finowie ze swoimi baniami i saunami. Mycie i obmywanie miało swoje znaczenie symboliczne i rytualne. Gdzieś to wszystko przepadło, chociaż cena mydła ciągle spada.

Obsesyjnym ablutomanem był Hitler w późniejszym, powiedeńskim okresie. Kąpał się kilka razy dziennie, nie chcąc wydzielać jakiegokolwiek zapachu. Wcześniej, jeszcze w Wiedniu, gdy był praktycznie bezdomny, mało dbał o higienę, chociaż był beznadziejnie zakochany.

Tak więc trudno wywróżyć z okoliczności niemycia się, czy człowiek jest dobry czy zły.

Zapach to nie wszystko, filozoficznie podsumował Nasz Doktor. Zresztą, jakie znaczenie ma to dla leczenia. Wystarczy leczyć zgodnie z wiedzą medyczną i tyle. Pozostaje tylko umycie rąk po zbadaniu i wywietrzenie gabinetu. Od częstego mycia rąk skóra na dłoniach staje się delikatna, szorstka i wybielona. Jak każda czynność zastępcza, przynosi to chwilową ulgę i wytchnienie gadziemu mózgowi lekarskiemu, który jednak dogaduje z głębi głowy: smród, smród, smród.

A dziedzina wiedzy zwana higieną?
Wszak na studiach każdy żak medyczny musiał przejść przez jej zaliczenie. Może bez tego przedmiotu łatwiej by było znosić zapachy?

Nasz Doktor uśmiechnął się do swoich myśli i tak już pozostał, chytrym sposobem ratowników medycznych. Do gabinetu wparował kolejny zapaszek i rozsiadł się wygodnie.

Chopin, gdyby żył, toby pił, Nasz Doktor nie miał wątpliwości, gdyż alkohol zdawał się zmniejszać wrażliwość olfaktoryczną, zwłaszcza u pachnącego.

Pacjent, ten od mycia jabłek i gruszek, słowem od higieny osobistej, miał problem. Chciał jak wszyscy skorzystać z sanatorium, ale nikt nie chciał wypisać mu wniosku. Po prostu chorób brak. Doktor sprawdził dokładnie kody wszystkich chorób i nie znalazł nic na temat wydzielania zapachu powszechnie uważanego za wstrętny. Rozłożył szeroko ręce w geście bezradności, chociaż chętnie podzieliłby się tym pacjentem z innymi, a nawet pokazał go światu.

Cóż, pozostanie mycie owoców w domu i czekanie, aż pacjent przerobi „okres wiedeński” i wejdzie w monachijski.

Rafał Stadryniak
internista

PS Nasz Doktor zastanawia się,
czy Higiena nie jest zaginioną dziesiątą muzą olimpijską (choć tutaj rywalizuje z nią ostro Telewizja).

Kalliope (gr. Καλλιόπη Kalliópē, łac. Calliope) – poezja epicka oraz filozofia i retoryka, przedstawiano ją z tabliczką i rylcem

Klio (gr. Κλειώ Kleiṓ, łac. Clio) – historia, przedstawiano ją ze zwojem papirusu

Erato (gr. Ἐρατώ Eratṓ, łac. Erato) – poezja miłosna, przedstawiano ją z kitarą

Euterpe (gr. Eὐτέρπη Eutérpē, łac. Euterpe) – poezja liryczna, gra na flecie, przedstawiano ją z aulosem

Melpomena (gr. Μελπομένη Melpoménē, łac. Melpomene) – tragedia i śpiew, przedstawiano ją z maską tragiczną

Polihymnia (gr. Πολύμνια Polýmnia, łac. Polihymnia) – muza pieśni, poezja chóralna, pantomima, przedstawiano ją zawsze głęboko zamyśloną, bez atrybutu

Talia (gr. Θάλεια Tháleia, łac. Thalia) – komedia, przedstawiano ją z maską komiczną

Terpsychora (gr. Τερψιχόρη Terpsichórē, łac. Terpsichore) – taniec, przedstawiano ją z lirą plektronem

Urania (gr. Οὐρανία Ouranía, łac. Urania) – astronomia i geometria, przedstawiano ją z cyrklem i kulą nieba (gwiezdnym globusem).

Wydaje się, że Higienę powinno się przedstawić z nocnikiem w jednej ręce i szczoteczką do zębów w drugiej. Ewentualnie można upchać Higienę jako czwartą muzą helikońską, po takich tytankach jak:

Aojde (gr. Ἀοιδή Aoidḗ, łac. Aoede) – śpiew i poezja

Melete (gr. Μελέτη Melétē, łac. Melete) – ćwiczenie, nauka, praca

Mneme (gr. Μνήμη Mnḗmē, łac. Mneme) – pamięć, wspomnienia.

Rys. Zen