Dom w Skowronkach 3...

Exegi monumentum. (Horacy)

... czyli orzeł w końcu wylądował

Rafał Stadryniak = @Grypa

skowronki-31660

Budowa wymarzonego domu nie jest rzeczą prostą, łatwą i przyjemną. W czasie procesu tworzenia zmienia się i ewoluuje gust inwestora. Sam inwestor jest zdumiony ewolucją swojego gustu. Z gustem idzie w parze gest, czyli ile kasy chce utopić. Wykonawcy z pokorą podchodzą do kolejnych fanaberii i przeróbek, jeśli tylko będą mieli za to zapłacone. Bogatemu wszystko wolno.

Nasz Doktor nie toleruje dziadostwa

Właściciel budowy, zwany przez fachowców z nowej szkoły „inwestorem”, a przez starszych Panem Doktorem, podchodził do budowy w sposób zgoła niebudowlany. Fachowcy tłumaczyli, żeby się tak nie przejmować, nie napinać, że przecież się nie zawali, tak się to zrobi, żeby było, a strzelać się z tego nie będzie… Tu się zatrze, tam się zarzuci i po sprawie. Nie dało rady.

Jakaś wewnętrzna siła, przymus budowlany czy jakby nie nazwać tego zaburzenia, podpowiadały Doktorowi, że nie może zaakceptować żadnego dziadostwa. Było w tym zwykłe wygodnictwo, bo potem latami trzeba by patrzeć na wyczyny domorosłych Gaudich i pamiątki po samozwańczych Leonardach i innych szaleńcach budowlanych, którzy ustanawiali prawa optyki od nowa. Nasz Doktor wolał nie czekać, aż te cuda nabiorą wartości artystycznej przez wieki. Chciał mieć zwykły, najzwyklejszy dom, a nie słynną pijaną chatę czy tańczący dom na wzór tego ze stolicy nad Wełtawą. Nie pociągało go oprowadzanie zwiedzających i tłumaczenie, co artysta miał na myśli.

Traktowanie budowy „z należytą starannością” nie było żadną nowością dla lekarza. Dzięki upieraniu się przy pewnej elegancji wykonania stale rosły nakłady i wartość budowli biorąca się wprost z sumy oczekiwań, zmian koncepcji, ulepszeń. Fantazja kosztuje. Zwłaszcza własna. Słowem powstawało dzieło sztuki użytkowej.

Podchodząc poważnie do dzieła sztuki, Nasz Doktor uczulał kolejnych wykonawców, żeby nie tylko zrobili swoje jak najlepiej, ale zwłaszcza żeby niechcący nie popsuli wcześniejszych dokonań. Na próżno jednak.

First cut (is the deepest) – alarm

Ekipa młodych hydraulików zaczęła swoje występy od przecięcia węzła kabli alarmowych zgrabnie zamaskowanych w podłodze. Trzeba przyznać bez bicia, że wymienili wszystko po cichutku i bez gadania. Byli tylko jakby tacy smutni. Dzień dodatkowej pracy bez zapłaty to nie jest to, co fachowcy lubią najbardziej.

Second cut (it usually happens) – rury

Najbardziej wypieszczoną instalacją miała być rekuperacja. Rury zgrabnie ukryto w pomieszczeniach, a całe że się tak wyrażę wnętrzności i samą maszynę utajniono na strychu. Pozostało jeszcze wyrąbać właz na rzeczony strych w płytach zwanych nie wiedzieć czemu osb. (Przynajmniej Doktor nie wiedział). Główny majster długo wysłuchiwał napomnień niespokojnego Inwestora i zapewniał, że będzie dobrze i że wszystko jest pod kontrolą. Niestety. Pierwsze cięcie boszem rozorało pracowicie rozstawione rury na strychu wraz z otuliną. Majster o mało co nie spadł z drabiny i trzeba go było pocieszać, żeby nie dostał zawału serca.

To jest dopiero praca. W dobrej wierze człowiek atakuje boszem na ślepo deskę, a tu taka przykrość.

Doktor Inwestor po uratowaniu majstra otrzymał zapewnienie, że załatwi on sprawę naprawy rur ze specem od rekuperacji. O dziwo tak się też stało.

Majster miał swoje „a nie mówiłem”, a Doktor upewnił się, że dopóki po domu kręcą się ludzie z boszami i wiertarkami, nic nie może być bezpieczne.

Third cut (last but not least) – czyli siła złego na jednego

Ostatnie cięcie zaliczył również majster, który po przygodach z rekuperatorem był jakby trochę mniej porywczy. A jednak pierwsze wiercenie pod podwieszany sufit w łazience zakończyło się rozwierceniem kabla siłowego. Majster obstawiał, że kabel pewnie poszedł dołem, a tu taka niespodzianka. Na szczęście od czego są awaryjne wiercenia i awaryjne łączenia na puszkach. Poza tym teraz każdy już wie, jak leci kabel siłowy.

Czasem zamieszanie powodowała tzw. pomocna dłoń. Nie od dziś wiadomo, że co jest tanie, to jest drogie. Wszelkie próby darmowej pomocy rodzinnej kończyły się niestety rozczarowaniem, dla obu stron zresztą. Załatwione po znajomości materiały z upustem okazywały się bublami wypychanymi z magazynu. W sprawach sprzedaży resztek z magazynu nie ma sentymentu ani litości…

skowronki-32660

Nasz Doktor kreuje

Czy warto opisywać zmagania budowlane człowieka z materią, w tym wypadku z fachowcami? Warto. O jak warto. Ze wszech miar warto. Piszę dla przyszłych pokoleń – motywował się Inwestor. A także ku pokrzepieniu serca. I żeby się odstresować.

Osoby, które coś w życiu zbudowały, urodziły lub zasadziły, mogą czuć się dumne. O ile zasadzenie rośliny czy spłodzenie potomka jest aktem jednorazowym, o tyle budowa strasznie przeciąga się w czasie. Zatem ryzyko, że coś pójdzie nie tak, rośnie lawinowo. Jest jeszcze przymus psychiczny, że oto mamy wpływ na proces, że w każdej chwili można coś poprawić. Ta złuda nie pozwala delektować się aktem kreacji. Zupełnie inaczej niż przy prokreacji.

Inwestor podziwiał naiwność kolegów, którym ekipy nic nie schrzaniły i wszystko od początku do końca było super. Albo ci ludzie nie mają oczu, albo wstydu, łżąc w sobie tylko wiadomym celu – dumał Inwestor. Nie jest tajemnicą, że jak fachowiec zrobi niedoróbkę, to szybko maskuje ją następną niedoróbką i już jest dobrze.

Zatem należy jak najczęściej wpadać na plac zabaw budowlanych. Najlepiej po jednym piwie, a drugie mieć ze sobą. Chmiel bowiem uspokaja i pozwala dopatrzeć się logiki, która wyłania się czasem z chaosu.

Znajomy miał jeszcze inną strategię: wpadał z dyżuru dwa razy w tygodniu i mieszał ekipę z błotem. Opieprzał, grymasił, straszył. Podobno nawet tupał nogami, co wprawiało fachowców w pomieszanie. Podobno działało. Wykonawcy truchleli i obgryzali paznokcie zestresowani. Aha, podobno też dobrze płacił.

A teraz najważniejsze przesłanie: na budowie nic nie dzieje się ostatecznie. Wszystko można przerabiać nieskończoną liczbę razy. Niech wyobraźnia nie ogranicza fantazji. Inwestor jest demiurgiem, stwórcą i pankreatorem. Przynajmniej dopóki mu wystarcza pieniędzy.

I tak dach przerabiany był 2x, komin 3x, podprzybitka 2x, okna dachowe 2x, otwory drzwiowe 2x. Równanie ścian, przemalowywanie odbywały się płynnie na bieżąco. Do tego słynne wędrujące kontakty, które pojawiały się i znikały w różnych miejscach.

Inwestor nawet przyzwyczaił się do takiego standardu, że za pierwszym razem to właściwie nic się nie zrobi tak, jak by się chciało. Za drugim, trzecim podejściem rzecz stawała się bardziej zbliżona do oczekiwań, które były niemałe. A potem przychodziło zmęczenie tematem i ponura rezygnacja, że niech będzie, tak jak jest.

Po prostu jest jak jest i ty dobrze o tym wiesz – zanucił Inwestor przebój kandydata na prezydenta. Z takim nastawieniem budowa stawała się miejscem przyjaznym i relaksującym.

Nasz Doktor woli od razu

Tu Inwestor wspomniał kolegę ze studiów, który zaliczał wszystkie możliwe drugie terminy zaliczeń i egzaminów. Szedł przez studia jak burza po tych drugich-trzecich podejściach, a na prywatny użytek miał pewną teorię. Mianowicie że ci co zdają ot tak sobie, za pierwszym razem, to co oni mogą wiedzieć o temacie. Dopiero kolejne zmagania z materiałem pozwalają sobie wyrobić jakie takie pojęcie, a czasem nawet i zaciekawić. Chyba jednak nie zawsze.

Inwestor był pod tym względem niereformowalny. Wolał wszystko mieć od razu do przodu. Nie inaczej z budową.

Najbardziej niepewna i mobilna była elektryka. Położenie gniazdek zmieniało się można rzec z dnia na dzień, z minuty na minutę. Czyli po grecku: panta rhei.

Największa niespodziankę stanowiła pralnia, gdzie po położeniu płytek sufitowych okazało się, że w gniazdkach nie ma takiej ekstrawagancji jak prąd. Ktoś przyciął, miejmy nadzieję przypadkowo, kable i cześć. Wyszła pralnia ręczna. Na szczęście od czego są ekipy ratunkowe. W ogóle fachowcy są dużo lepsi w poprawianiu, zwłaszcza po kimś, niż zrobieniu czegoś dobrze od samego początku. Oczywiście najpierwsze słowa to: a kto panu to zrobił?! Jako się rzekło, Inwestor nie przekonał się do idei prali ręcznej i zażądał zmian. Zwyciężyła koncepcja przeciągnięcia kabla z drugiej strony budynku, pod prysznicem i prąd zawitał do pralni jak gdyby nigdy nic. Jakby był tam od zawsze. Inwestor pytał sam siebie, czy przyszłe pokolenia wkładając wtyczkę do kontaktu wspomną czasem, jakie tu kampanie odbywały się w walce o prąd. I dopowiadał sobie, że nie wspomną.

Któż będzie potem pamiętał o tym drobnym potknięciu? Na szczęście zostały ku pamięci nieczynne gniazdka, które zaślepiono, na wszelki wypadek, gdyby kiedyś jednak pojawił się w nich jakiś prąd.

skowronki-33660

Nasz Doktor bawi się, nęka i straszy

Wszystko idzie jakby pod prąd – dumał Inwestor, bawiąc się całą sytuacją. Znaczy obecnie bawiąc się, bo wcześniej przejmował się byle niedoróbką. Na szczęście organizm jest tak zrobiony, że w końcu odpuszcza i nie daje rady więcej się przejmować. Pozostało jednak nękanie i straszenie ekipy w nadziei, że może będzie się bardziej starać.

– Panie majster, coś tamta ściana krzywa, a będą tam meble na wymiar.

– Jak na wymiar, to dopasują – odgryza się majster, nie bez logiki. A w podtekście wybrzmiewa: – Com uczynił, tom uczynił.

Szalony Inwestor jednak drąży temat.

– A można tak zrobić prosto?

– Jak się ma winkiel, to nie sztuka zrobić prosto, każdy głupi potrafi – odszczekuje się majster.

Aha, skojarzył właściciel krzywej ściany, to by znaczyło, że tutaj, niestety, żaden głupek z winklem się nie przyplątał. Ot, znowu trafiła się ekipa od Gaudiego.

– Zróbcie prosto. Nie chcę tu żadnego dzieła sztuki i żeby mi tu wycieczki szkolne nie przyjeżdżały.

– Co się pan tak denerwujesz – mitygował majster. – To jest BUDOWA. – Majster widzi, że trzeba z tym Inwestorem jak z dzieckiem. – To jest BUDOWA i tu różne rzeczy się dzieją.

Oj dzieją. Ekipa Gaudich poszpachlowała i odeszła z budowy, nie oglądając się za siebie. I słusznie. Majster majstrów miał taką zasadę, żeby omijać szalonych inwestorów. Nic im się nie podoba. Jak taki sknerus kupi puszkę farby, to zaraz sobie wyobraża, że cały dom się pomaluje. A to jest BUDOWA. Tu się pracuje, tu są straty w sprzęcie, materiałach. Tu się zalewa, tu się skuwa.

Inwestor właśnie przejeżdżał koło budowy i ujrzał dziwne światło. Bo pod wieczór już powinno być wszystko zamknięte. Wślizgnął się niepostrzeżenie i co za niespodzianka, wmieszał w tłum zwiedzających. Rej wodził majster od schodów, który pokazywał swoje dzieło przyszłym klientom. Było też i paru przypadkowych gapiów. Inwestor zrozumiał, że nie tylko jemu leży na sercu, żeby wszystko dobrze się skończyło. Zwiedzający w zasadzie nie mieli uwag. Jeden z gapiów wyciągnął papierosa, ale majster zgasił go wzrokiem. Nie wolno palić, bo lakierek świeży, a schody jeszcze nie zapłacone. Gapa z papierosem pokiwał ze zrozumieniem głową. Co innego schody zapłacone, a co innego niezapłacone. Różnica jak między dniem i nocą.

Inwestor po cichutku wycofał się. Może jednak coś z tego będzie?

Nasz Doktor nie zaznaje spokoju

Jak roboty wyszły z domu, zaczęło się święto kostki. Tu trzeba powiedzieć, że fachowcy od układania kostki są zwykle biznesmenami z przytupem. Dysponują ciężkim sprzętem i całą ekipą słabo opłacanych niewolników. I biorą za swoje wysiłki ciężkie pieniądze. Ale weź tu i nie zrób kostki przed garażem. Nie wypada.

Pozostał wybór kamienia. Tutaj różnorodność materiału biła po oczach. Można żonglować kolorami. Można układać z kostki postarzanej, a nawet poobijanej młotkiem. Tej nic nie zaszkodzi, bo jest barwiona w masie, za co się oczywiście słono płaci.

Kolega który wybrał kostkę z posypką antypoślizgową, do dzisiaj jeszcze się nie przestawił na jej hamujące właściwości. Praktycznie już przy trzecim piwie podłoże staje dęba, hamuje poślizgi i grozi upadkiem i kalectwem. Doktor zasysał wiedzę z różnych źródeł i nie popełnił tego błędu.

Na ostatnim spotkaniu z wykonawcą od kostki Inwestor usłyszał dziwne rzeczy. A mianowicie, że alejki będą wyuczone, dalej krawężniki też wyuczone etc. Doktor nie miał nic przeciwko nauce, więc koncepcja mu się spodobała. W praktyce okazało się, że ulubione słowo Egzekutora od kostki dotyczyło „wyłuczenia”, czyli zakrętów. Tak to nauka spotyka się z praktyką na budowie.

skowronki-34660

Inwestor strudzony budową przysiadł sobie w cieniu pobliskiego dębu, który pewnie by zasadził, gdyby nie to, że ten rósł już od kilkudziesięciu lat. Popatrzył okiem konesera na budowę, która zmierzała do końca i prawie z żalem przyznał się przed samym sobą, że będzie się pewnie czuł dziwnie bez tych ciągłych awarii, nagłych braków, szybkich zmian koncepcji i tych wszystkich majstrów, którzy, jakby nie było, zostawili cząstkę siebie na BUDOWIE.

Nie dane mu jednak było zaznać spokoju, gdyż jak spod ziemi pojawił się pan Czarek, czujny sąsiad, a także wierny pacjent Doktora.

– Wiesz – zaczął dyplomatycznie pan Czarek – twój domek jest żółty.

Doktor wiedział i czekał na ciąg dalszy.

– Ale mnie się i tak podoba. Moja żona jak rano wstaje i widzi przed sobą żółtą ścianę, to niezależnie od pogody od razu ma dobry humor.

– To z czasem zblaknie – krygował się Doktor, który właśnie zdał sobie sprawę, że przestał być Inwestorem, a został Sąsiadem.

Na pewno z czasem zblaknie.

Tekst i zdjęcia
Rafał Stadryniak, internista