Agnostyka i eczenie*

Mówiono o hrabim de Boulainvilliers, że nie zna ani przeszłości, ani teraźniejszości, ani przyszłości. Był historykiem, miał młodą żonę i był astrologiem. (Montesquieu)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Mrowka pod listkiem400

Życie przyspieszyło i stało się frenetyczne i nerwowe. Nikt się nie skupia na niczym dłużej niż przez kilka minut. Dwudziestominutowy wykład może jeszcze utrzymać uwagę słuchaczy pod warunkiem, że prelegent zrobi co jakiś czas salto lub szpagat. Nawet msze stały ostatnio jakby trochę odchudzone i kompaktowe. Powszechnie w użyciu są już skróty skrótów. Wszędzie wciska się pismo obrazkowe, emotikony i inne szyfry. Zanikła piękna łacina z wypisów szpitalnych. Za to mamy TURP, LUTS, TIA i inne koszmary pisane wielką literą. Dochodzi do tego, że młodsze pokolenie lekarzy nie rozumie rozbudowanych diagnoz łacińskich. A przecież w niektórych aspektach medycyny lekarza od pacjenta odróżnia właśnie ta znajomość…

Doktor pieści, bo mu za to płacą

Nasz Doktor pokiwał głową nad wypisami. Zalegające sterty papierów do wypełnienia na dyżurze są większą zmorą niż pacjenci i ich choroby. Dyżurant zagrzebany w papierowej dżungli ledwo może podnieść głowę znad historii choroby, żeby popatrzeć pacjentowi w oczy, a to tylko po to, żeby zapytać, ile waży, czy ma apetyt i czy chorował na żółtaczkę. A przecież celem lekarza miała być diagnostyka i leczenie, i jeszcze może podtrzymywanie ludzi na duchu. A wyszło na to, że raczej najważniejsze jest pieszczenie papierów i szlifowanie sprawozdań. Za to płacą.

Jedyną rozrywką mogą być wyłapane literówki na wypisach, trzeba przyznać, że zawsze bardzo śmieszne, albo zabawa w przekręcanie imion lub nazwisk, choć to podobno bardzo infantylne.

Może i infantylne, ale czasem to naprawdę jedyna dostępna rozrywka i koło ratunkowe, żeby nie zwariować.

Czasem nawet nie trzeba przekręcać, bo zrobił to za nas nadający imiona. Jest w Polsce długa tradycja chrztu zaraz po tygodniu radości związanej z narodzinami. Gdy tylko ojciec złapie jaką taką równowagę, zanosi się dzieciątko do chrztu. Ojciec ogłupiały ze szczęścia ma zapisane na wszelki wypadek imię dziecka na karteczce. Ale literki skaczą, więc z pomocą przychodzi kościelny z kalendarzem naszpikowanym imionami. Jak się wybiera trzeciego solenizanta z danego dnia, to egzotyka jest pewna.

Nasz Doktor właśnie natknął się na dokumentację pacjenta o niebanalnym imieniu Apoleon. Zamyślił się, smakując egzotyczne brzmienie.

– Był taki jeden. Apoleon. Onaparte. Wielki człowiek – wyrwało się Doktorowi na głos.

Koleżanka siedząca w sąsiednim kojcu do wykańczania papierów ożywiła się.

– A my mieliśmy w grupie studenckiej jednego Oresta. Wołałam na niego Orest Amp – dodała, filuternie spuszczając oczy.

Podobno to dla takich chwil warto dyżurować...

Doktor czochra

Jak to w życiu, nawet z najfajniejszego dyżuru trzeba wrócić do siebie, do domu. Nasz Doktor delikatnie wślizgnął się za bramę, zmierzając do drzwi wejściowych. Na wszelki wypadek klucz miał już przygotowany w wyciągniętej ręce. Niestety. Suka z głośnym ujadaniem rzuciła się do nogi. Pozna... nie pozna... – przemknęło Doktorowi przez nogi, które obecnie były najbardziej zagrożonym rejonem. Dobry pies... Dobry pies... Doktor pozostał przy bezpiecznej formule, gdyż chwilowo nie wiedział, do jakiego imienia jest bestia najbardziej przywiązania. Bywał w domu na tyle rzadko, że mogło nie zadziałać. Inni domownicy nadawali swoje imiona. Nie było to zbyt pedagogiczne, ale za to bardzo demokratyczne. Jeszcze tylko tego brakuje, żeby ustalać z suką imię na dany dzień jako hasło. Suka trochę się uspokoiła. Dooobry pies... Suka przypadła do nogawki i zaczęła ją intensywnie i ostentacyjnie obwąchiwać. To ten szpitalny zapaszek, domyślił się Nasz Doktor. Ciągnie się za człowiekiem nawet po intensywnym szorowaniu. Perfumą tego nie przykryjesz. No, może jakiś dobry alkohol… – dywagował Nasz Doktor, czochrając sukę, która zaczęła reagować na imię Lorka. Trzeba jej będzie aplikować to imię systematycznie, to się oswoi. Alternatywą jest czekanie za każdym razem, czy aby nie ugryzie, a to bardzo męczące.

Doktor się głowi, ale żartuje, choć niepokoi go brak czasu

Za to w POZ było tym razem jak należy. Nikt nie usiłował ugryźć, chociaż warczenia było tradycyjnie dużo. Diagnostyka i leczenie, powtarzał sobie Nasz Doktor jak mantrę i od razu uspokojony zapadał w trans leczenia.

Pacjentka, która przyszła ze swoimi problemami, zajmowała eksponowane stanowisko w lokalnej społeczności. Niestety. Dopadło ja zmęczenie, i to takie, którego nie widać nawet w badaniach dodatkowych.

– Jestem bezsilna – powtarzała pacjentka, a Doktor głowił się, jak złapać właściwy trop diagnostyczny. Nic nie pasowało. Podpytywał i z tej, i tamtej strony, i nic. Przypominało to niedawne obwąchiwanie Lorki, tylko bez potencjalnego gryzienia.

Nasz Doktor najpierw wysłuchał pacjentkę do końca, a potem zasypał ją gradem pytań. Sytuacja była z gatunku tych, żeby wykluczyć wszystkie poważne choroby. Pacjentka o dziwo nie chciała nic podpowiedzieć. No, może tylko rzuciła coś o tarczycy i anemii, ale wyniki przeczyły takim rozpoznaniom.

– A może mam ukrytą tarczycę lub ukrytą anemię?

Może. Jest przecież choroba wrzodowa bez wrzodów i wiele innych ciekawych przypadłości.

– A zmęczenie, to kiedy się objawia? – dopytywał n-ty raz Nasz Doktor. – W pracy też pani nic nie jest w stanie zrobić?

– Nie, skąd – żachnęła się eksponowana, jakby ktoś smagnął ją biczem – w pracy to jestem TYRANEM PRACY.

Chyba titanikiem, zażartował dyskretnie w myślach Nasz Doktor, dbając, żeby się czasem nie uśmiechnąć.

Dyskretnie spojrzał na zegarek.

– To ja już pójdę – pacjentka zrozumiała, że dzisiaj już Doktor nic nie wymyśli. – To kiedy umówimy się na następna sesję?

O, cholera. Zakochała się czy co? – Nasz Doktor zaniepokoił się nie na żarty. Jeśli jest również TYRANEM LECZENIA, to już po mnie.

Nasz Doktor słyszał, że sesją nazywa się spotkanie z terapeutą, który nie może wypisywać recept i musi opierać się jedynie na leczniczej sile swojego słowa. Postanowił, że będzie mu to pochlebiało… Problemem był jedynie brak czasu. Wizyta zakończona receptą jest statystycznie krótsza od tych bezreceptowych, choćby dlatego, że pacjent nie dopytuje się, dlaczego wychodzi z niczym. Takie przypadki są coraz częstsze. Wymagają mnóstwo czasu, żeby pacjent wychodził z gabinetu w pełni przekonany i zadowolony. Nie starcza już czasu na pełną diagnostykę i leczenie. Pozostaje „agnostyka i eczenie”...

Rafał Stadryniak
internista

PS Nasz Doktor w rozwalonych na biurku papierach znalazł porzucony cytat z Alberta Einsteina. Na byle jakiej karteczce ktoś nagryzmolił z trudem: „Wszystko powinno się wyrażać lub robić prosto, jak to tylko możliwe, lecz nie jeszcze prościej”.

Żeby prostota nie przerodziła się w prostactwo – mruknął do siebie Doktor i zaczął porządkować biurko.

* Pisownia zamierzona.

Rys. Zen