Każdy szanujący się pacjent

Kto mnie kocha, kocha też mojego psa.
(św. Bernard z Clairvaux)

Dobrym słowem i rewolwerem można osiągnąć więcej, niż samym tylko dobrym słowem.
(Johnny Carson)

Co gryzie lekarza rodzinnego

Rafał Stadryniak = @Grypa

preczzmarazmem660

Wszyscy mamy za mało. Wszyscy pragniemy. Żeby nie wiem jak się starać, i tak to, co było szczytem marzeń w poprzedniej dekadzie, jest zaledwie cieniem dawnego pragnienia albo byle jakim standardem. Jak coś stanowiło obiekt westchnień 20 lat temu, dziś jest mocno wyblakłe, podstarzałe i nieapetyczne. I nie chodzi tu o płeć piękną, tylko o inne przedmioty i podmioty pożądania.

Gdzie te czasy, gdy z oddziału wewnętrznego szpitala powiatowego wysyłało się pacjenta do wielkiego miasta karetką w celu wykonania badania usg jamy brzusznej? Lekarz prowadzący sale jak jakaś telefonistka wykręcał godzinami numer na okrągłej tarczy aparatu, umawiając ekskluzywne badania. Potem była to gastroskopia, ECPW, tomografia, scyntygrafia, PET... Ostatecznie doszło do tego, że wszystkie te dziwy z kolonoskopią na czele są obecnie dostępne tuż za rogiem w wielkiej obfitości. Niestety ktoś musi za nie zapłacić.

I tu pojawia się brzydki problem, bo płacić nikt nie chce. Jak się mówi, że coś kosztuje, to strona, w której interesie jest wykonanie badania, się obraża. Takich to czasów dożyliśmy, ale jak mawiał stuletni staruszek, już niedługo.

Nasz Doktor przeciągnął się jak kot,

zakręcił młynka rękami i wykonał próbę palec-nos, czyli w tym wypadku palec-okulary. Wszystko wypadło koncertowo. Okulary się wytrze. Znaczy: zdolny do pracy. A pora na zdolności była najwyższa. Pacjenci po weekendowej przerwie, gdy pozostawała im jedynie ambulatoryjna pomoc w stacji pogotowia, byli spragnieni usług POZ jak kania dżdżu.

Wygłodzeni i spragnieni tasowali się przy drzwiach, tworząc coś na kształt dawno zapomnianych kolejek. A wiadomo, że Polak jak głodny, to zły. I wszyscy chcieli być pierwsi.

A srebrny i brązowy medal to co. Nic jest niewart? Zastanawiał się podświadomie Nasz Doktor, gdyż podobne dylematy dawno już opuściły jego świadomość.

Przepychanki w drzwiach

miały ustalić kolejność przyjęcia, która nie była wcale taka oczywista. Czy ból głowy ważniejszy od bólu serca? A pacjent z laską czy powinien wejść przed ciężarną? Dziarski staruszek usiłował tego właśnie dowieść. Ciężarna wcale nie była pozbawiona dowcipu. Też sobie sprawię taką laskę i wtedy co, mają wszyscy przede mną klękać? Pytanie retoryczne, ale zasiało niepokój w kolejkowiczach. Laskonogi pacjent ostatecznie skapitulował i ustawił się drugi w kolejce. Trochę stracił twarz, ale nie będzie się bił z ciężarną, która na starcie ma przewagę liczebną.

Do walczący uprzywilejowanych mniej lub bardziej pacjentów dochodzili jeszcze ci, którzy znali lekarza i chcieli to zdyskontować. Byli i tacy, co wiedzieli, że wystarczy znać dobrze rejestratorkę.

Istny tygiel namiętności.

Trzymając w ręku weekendowe wypiski z SOR, karty interwencji zespołów ratowniczych, zaświadczenia od prywatnie praktykujących lekarzy, przesuwali się w kierunku, gdzie widniało dumne logo NFZ. Niektórzy, ci co chcieli być najbardziej wiarygodni, machali wysoko receptami wypisanymi przez weekend. Oczywiście zgodnie z tradycją niewykupionymi. Teraz czekali do Doktora, żeby dowiedzieć się, czy mają brać te leki wypisane przez pomoc doraźną czy nie.

Oczywiście chodziło też i o zwolnienia z pracy, które tylko lekarz rodzinny godzien był wystawiać. Ci od zwolnień byli zresztą podwójnie zmotywowani i zdeterminowani, a rodzinny stanowił ostatnią deskę ratunku.

Nasz Doktor w przerwie

między kolejnym zwolnieniowcami wykonywał próbę palec-nos. Stanowiła ona papierek lakmusowy jego zdolności do pracy. Gdy za każdym razem trafiał w oko, mimo okularów, było to widomym sygnałem do zrobienia sobie przerwy technicznej. Gdy po przerwie zdawał swój test sprawnościowy, zabierał się do pracy.

A jak przyjdzie kiedy taki dzień, że nie zdam? – zamartwiała się podświadomość. To tym bardziej trzeba do pracy – odpowiadała świadomość. Wystarczy uważnie słuchać pacjenta, a on na pewno powie, czego chce i nawet połowa zdolności bojowych wystarczy.

Chyba że tak – poddała się podświadomość i Doktor już na legalu zabierał się za kolejne problemy orzecznicze, które mnożyły się właśnie w wolne dni.

Tak się rozpędził w wypisywaniu zwolnień, że gdy kolejna pacjentka oznajmiła, że nie przyszła po zwolnienie, aż uniósł głowę i przetarł oczy.

Historia pacjentki była krótka.

Kilka dni temu zabolał ją brzuch. Wszystko ustąpiło, ale niepokój pozostał.

– Co jest, doktorze, o tu, po lewej stronie? – pacjentka gniotła sobie brzuch, coraz bardziej się krzywiąc. – Może to coś groźnego?

Pacjentka została zbadana. Niby nic szczególnego. Pogłębiony wywiad pokazał, że miała USG jamy brzusznej rok temu, a badanie ginekologiczne z USG trzy miesiące temu. Pacjentka dostała poradę, leki na wszelki wypadek i dobre słowo. Niestety to nie wystarczyło.

– Ja bym sobie chciała zrobić USG.

– Nie widzę powodu w obecnej sytuacji, ale nie widzę przeszkód – uczciwie zadeklarował Nasz Doktor.

Pacjentka zdegustowana pokręciła głową i skrzywiła się, jakby nagle coś zaśmierdziało.

Zaraz będzie o płaceniu składek, z których nie ma żadnej przyjemności, obstawiał Nasz Doktor, ale pomylił się fatalnie. Pacjentka nie myślała skarżyć się na składki. Mówiła natomiast o szacunku.

– A to nie jest tak, doktorze, że każdy szanujący się pacjent powinien raz w roku zrobić sobie USG?

– Skąd przyszła pani do głowy ta myśl? – zaciekawił się Doktor.

– Jak radiolog robił mi USG prywatnie, zresztą równo rok temu, to mi tak powiedział. Co pan sądzi na ten temat?

– Uważam – odparł Nasz Doktor ważąc słowa – że USG należy wykonywać w ciszy, a poza tym każdy wierzy w to, co jest mu na rękę. Gdybym powiedział pani, że nie co rok, ale co trzy miesiące trzeba robić np. kolonoskopię, to co by pani powiedziała? – Nasz Doktor zawiesił głos.

„Czy coś byś przeciw miała?” – zrymowała po cichutku psotna podświadomość, plagiatując znany przebój o chceniu.

Pacjentka balansowała na granicy obrażenia się.

– Proszę pobrać leki i zgłosić się do kontroli.

– I wtedy mi pan da na USG – domyśliła się pacjentka.

– Zaprawdę nie wiem, co wtedy zrobię – Nasz Doktor był szczery, a to nie jest najlepsze w kontaktach międzyludzkich.

Przesunął w stronę pacjentki skierowanie na badania, receptę i ściągawkę z dawkowaniem leków. Pacjentka nie kwapiła się do wzięcia karteczek.

– Ale w końcu to da mi pan skierowanie na USG?

– Mogę pani obiecać, że będzie pani wnikliwie zbadana i wszelkie dodatkowe badania zostaną rozważone.

To było jednak za mało. Nie o taką deklarację pacjentce chodziło. Opuściła gabinet naburmuszona, a aura głębokiej obrazy jeszcze długo snuła się po przychodni.

Czy wszystkich trzeba napoić i przyodziać?

– bił się z myślami Nasz Doktor. Dlaczego w ogóle mam takie obiekcje? To już nie wystarczy porządnie wykonywać sobie zawód?

Na wszelki wypadek podzielił się tym przypadkiem z kolegami z wielkiej rodziny lekarzy rodzinnych. O opinię poprosił też świeżo upieczonego ordynatora Luzika, który nie wypierał się znajomości z Doktorem i zawsze służył swoim doświadczeniem.

Ośmiu na dziesięciu deklarowało zlecenie empatycznego USG bez wnikania w chorobę, a nawet bez konieczności badania.

– Przecież ona nie przyszła do ciebie się leczyć, tylko po skierowanie – doktor Luzik był zdumiony niedomyślnością kolegi. – A ty się dziwisz, że nie docenia twoich starań. A daj jej, człowieku, to co chce. To cię będzie chwaliła po wszystkich odpustach. Ona sobie z tym poradzi, pójdzie tam, gdzie chce, czyli prywatnie do jakiegoś konsultanta i wszyscy będą zadowoleni. Pacjentka przebadana. Będzie chwaliła swój POZ. Będzie chwaliła lekarza rodzinnego, który potrafi zlecić USG. A tak to wychodzisz na kutwę, krwiożerczego przedsiębiorcę i bezlitosnego biznesmena medycznego. Trochę dyplomacji, kolego. A poza tym warto zboczyć ze ścieżek logiki i kupić sobie trochę spokoju.

– Ale ja tak nie potrafię – powiedział Nasz Doktor cichutko i już tylko do siebie, bo Luzik zmył się po wydaniu wiążącej opinii. Ordynatorzy tak mają.

Taki to ma dobrze. Robi wszystkim dobrze, spełnia oczekiwania. Jeśli ja jestem Naszym Doktorem, to on jest NASZYM ORDYNATOREM. Chociaż nie wkłada w to, co robi, serca.

Doktor rezonował dalej, próbując wykorzystać radę kolegi. W końcu niecodziennie nam doradzają.

A kogo obchodzi serce, zbeształ się sam Doktor, który postanowił na chwilę nie tytułować się „Naszym”. Taką karę sobie wymyślił.

Zamiast uczciwego wywiadu, badania liczy się twardy papier, który może przyda się do komisji rentowej.

Takie to i inne myśli zaprzątały głowę Doktora tego poranka.

Na szczęście przyszła pora zmiany dyscypliny, czyli czas wizyt domowych. Tu sobie odpocznę i doładuję akumulatory – podkręcał się Doktor (nie mylić chwilowo z Naszym Doktorem). O, santa simplicitas. Wizyty domowe to ciężka próba cierpliwości dla lekarza. Pomijając podstawowe umiejętności bhp radzenia sobie z niezamkniętymi psami lub dobijania się do zabunkrowanych drzwi, wizyty domowe stanowiły wyzwanie mentalne dla lekarza.

Dzisiejszy zestaw wizyt był rutynowy.

Ot, zwykła kontrola po szpitalu. Pacjentka wyszła wczoraj, a dzisiaj już rodzina wezwała, bo co prawda nic się nie dzieje, ale lepiej żeby lekarz nacieszył się już swoim pacjentem. Oczywiście wypis będzie dopiero za tydzień.

– To za tydzień też wezwiemy – deklarowali rozbrajająco zaangażowani członkowie rodziny.

– Ale leki ze szpitala trzeba już wykupić.

– Się wykupi, tylko chcieliśmy pokazać je na wizycie doktorowi – odpowiedziała rodzina nieco urażona. Trzeba zobaczyć, czy leki dobre.

– A w szpitalu się podobało? Podobało. To leki też dobre – pomruczał Doktor, tak jak to lekarze mruczą coś pod nosem. Po tym zresztą i po nieczytelnym piśmie najłatwiej rozpoznać lekarza.

A niewykupionymi receptami całe piekło wybrukowane. Doktor jeszcze trochę pomruczał i udał się w dalszą drogę.

Kolejna wizytacja u pacjentki po zapaleniu płuc już obrosła legendami. Kiedyś rzeczywiście była owa pani w szpitalu. Było to naście lat temu. Teraz każde wezwanie zgłaszane było z urzędu jako „po zapaleniu płuc”.

– Ta pacjentka na zawsze będzie już po zapaleniu płuc – starał się łagodnie perswadować Doktor zadowolony, że pies gospodarzy, którego nie lubił z wzajemnością, gdzieś się zapodział. Zwykle czaił się gdzieś przy nodze Doktora niepomny zapewnień swoich właścicieli, że nie gryzie. – To co, zębów nie ma, nie je też może?

– E, panie – właściciel czworonoga gotów był się naprawdę obrazić – on to tylko raz ugryzł listonosza przez spodnie. Ale ten to sobie zasłużył. Zamiast stać spokojnie, to zaczął się oganiać jak od osy. A zwierzę głupie nie jest. Nie lubi nerwusów.

Doktor wolał nie sprawdzać, czy już sobie zasłużył, czy dopiero mu się zbiera i wymknął się szybciutko, zezując na boki.

Kolejna wizyta pachniała rutyną. Nauczycielka dostała chrypy i kaszlu. Nie mogła iść do pracy w szkole i nie mogła iść do przychodni.

– Bo chora jestem – tłumaczyła nie bez racji. – Mam gorączkę. O, niech doktor tu przyłoży rękę.

Faktycznie czoło rozpalone. Wzrok rozbiegany. Pacjentka została zbadana, a leki wypisane. Doktor zbierał się do wyjścia.

– A zwolnienie?

– Zwolnienie się jak najbardziej należy. Proszę, żeby mąż pofatygował się po nie do przychodni.

Doktor dawno nie widział takiej obrazy odmalowanej na rozpalonym obliczu. Cóż, przeżyję i to. Medycyna jest piękna, a takie drobne niedoróbki tylko to potwierdzają. W ramach odreagowania puścił sobie w samochodzie piosenkę, w której podmiot liryczny raz chciał być młotkowym, a raz krogulcem. To co byś powiedziała, czy coś byś przeciw miała? Chciałabym, chciała. Chciałabym chciała. Zaśpiewało drugim głosem coś w duszy Doktorowi.

Wysiadł przed przychodnią

zasłuchany w swoje myśli. Tak zadumany, że nie zauważył psa, który niezwłocznie uwiesił mu się u nogawki. Był to ten sam pies, którego nieobecność na wizycie tak zaniepokoiła Doktora. Pytanie tylko, czy znalazł się przypadkiem przed przychodnią, czy został tu wypuszczony. Doktor doholował pieska na nogawce do drzwi przychodni, a następnie pozbył się go tradycyjnym kopniakiem. Pies nie protestował. Wyglądało na to, że jak każdy wykonuje swoją robotę. Ciekawe czy psy pacjentki po szpitalu i tej od zwolnienia będą czekały na Doktora, Naszego Doktora, gdy będzie wychodził. Doktor uznał, że koniec z karą, wszak jest lekarzem wszystkich swoich pacjentów, nawet tych, których nie widział na oczy, ale którzy są zadeklarowani.

Przypomniał sobie stary szmoncesowy humor. Żydowski monolog dotyczący niewiast porządnych i nieporządnych. Gawędziarz dowodził, że za tymi nieporządnymi nikt nawet nie rzuci kamieniem, nikt nie splunie. Nawet pies nie zaszczeka. A za tymi porządnymi to wprost przeciwnie. I rzuci kamieniem, i splunie, i zaszczeka…

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen