Obraz całości

Candy / Is dandy; / But liquor / Is quicker.
Kawa / się nadawa, / lecz gorzała / szybciej działa.
(Ogden Nash w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka)

Dobry generał widzi nie tylko drogę do zwycięstwa, on również wie, kiedy zwycięstwo jest niemożliwe. (Polybius)

Stój w kącie, (a może) znajdą cię

Rafał Stadryniak = @Grypa

Jak to jest, że z reguły patrzymy na siebie i całą resztę w sposób wyrywkowy? Powierzchowność przysłoni każdą głębię. Tak działają reklamy mniej lub bardziej jawne, walczące o uwagę, rozpraszając i mamiąc. Nasz Doktor razem Luzikiem i Nieztychem starali się rozszyfrować na spokojnie, o co w tym wszystkim chodzi. Chodziło też o czystą przyjemność dyskusji w gronie miłośników perełki. Tej chmielowej. Tej jedynej.

– Smak dzieciństwa – westchnął Nieztych, pociągając wprost z butelki, czyli ze źródła. – Albo weźmy pod uwagę takie kosmetyki. Zbyt jaskrawa szminka koleżanki spełnia kryteria reklamy rozpraszającej i odwracającej uwagę od istotnych problemów.

– A odstające uszy, zajęcza warga? – dopytywał się Luzik.

– Wystarczy odpowiednio dobrać środki i pomalować – domyślił się Nasz Doktor.

Nieztych nie akceptował takiego odwracania uwagi. Sugerował nawet, że jest to działanie nieuczciwe służące wprowadzeniu w błąd. Zresztą, jak dowodził, cała sztuka makijażu polega na mydleniu oczu i maskowaniu.

– Czyli jednak szwindel – westchnął Nasz Doktor.

Luzik miał bardziej liberalne podejście do sprawy. Zgadzał się na gry w chowanego i stosowanie barw wojennych. Dowodził, że panowie mogą sobie dodatkowo przysłonić oczy alkoholem, który niweluje niedostatki makijażu.

– A jak ktoś nie pije? – zdenerwował się Nasz Doktor.

– To się nie rozmnaża – dokończył smutno Nieztych.

Dyskutanci obsesyjnie wracali do badań nad uczciwością w łączeniu się w pary. Czy sprawił to wyjątkowy smak perełki, czy też zmęczenie dyżurami, w każdym razie byli dziś wyjątkowo zgodni co do natury kontaktów z płcią przeciwną. Liczy się tzw. sukces reprodukcyjny.

W lokalu dokoła bywalcy przy paru flaszkach rozprawiali zapewne na podobne tematy. Co chwila dochodziły egzaltowane okrzyki ja cię przepraszam albo gotowce w stylu więc chodź, pomaluj mój świat.

Trzej Doktorzy czuli się jak u siebie w domu. Ze swej strony nie żałowali takich zwrotów jak fragmentacja doznań, optymalizacja odbioru, zjawisko paralaksy. Nieco już podochoceni dyskutanci zgadzali się ze sobą co do tego, że ogólnemu rozproszeniu sprzyja gorączkowe zdobywanie i wchłanianie informacji, tysięcy bitów konkurujących ze sobą. Ważnych i nieważnych. Zgadzali się również w sprawie szczególnej roli perełki i ten consensus był niezwykle pomocny w wypracowywaniu stanowiska w kwestiach spornych.

– To jest właśnie porozumienie ponad podziałami – dowodził z uporem Nieztych. – W razie czego mamy wspólną platformę, na której można budować.

– À propos platformy, a co z butelkami? – przyszła do Naszego Doktora myśl praktyczna.

– Trzeba myśleć całościowo – zaczął Nieztych. – Nie wolno poddawać się terroryzmowi potrzeb, chwili, oczekiwań. Nie bierność, ale wyjście do ludzi. Nie żadne stój w kącie, znajdą cię.

Tu mała dygresja. Owo stój w kącie było w swoim czasie najczęściej cytowanym powiedzeniem, które serwowali rodzice swoim ekspansywnym pociechom. Stało się ono źródłem frustracji i często staropanieństwa. Jeśli kto stał i czekał na znalezienie.

W knajpce zrobił się wieczorny ruch. Nowa fala bywalców zmiotła poprzednich męczących się nad pojedynczymi butelkami z zielonego szkła. Nowi byli znacznie głośniejsi, bardziej spragnieni i poubierani w szaliki w barwach klubowych. Doktorzy rozejrzeli się z niepokojem, ale nie dostrzegli ani kastetów, ani bejsboli, ani nawet zwykłych łańcuchów.

– To po prostu młodzież przyszła obejrzeć sobie mecz przy piwie na dużym ekranie – rozpoznał sytuację Luzik. Jako ordynator na Oddziale codziennie musiał wymyślać różne diagnozy, żeby pacjenci nie wychodzili do domu z niczym.

Obraz na ekranie był bardzo wyraźny. Tak wyraźny, że można było dostrzec pojedyncze włosy na głowach piłkarzy.

– Toż to pornografia sportowa – podniecał się Nieztych.

– A do tego jeszcze powtórki w zwolnionym tempie – wtórował Luzik. – Można śledzić dokładnie, kto w kogo wjechał ślizgiem, gdzie nastąpił kontakt i następnie wygwizdać sędziego, który co najwyżej może zgadywać, kto kogo.

golGiez nr10660

Emocje sięgnęły piłkarskiego zenitu. Nie sposób było dalej rozprawiać o makijażu i kamuflażu, gdy powyżej nad głowami rozgrywały się rzeczy ważne dla przyszłości tej czy owej drużyny. Szalikowcy zresztą czuli tę presję wyniku i reagowali na najmniej zmianę sytuacji na boisku jak ławica sardynek, falując, to podnosząc się, to opadając.

Trzej doktorzy po dyżurze i co tu ukrywać po spożyciu pienistozłocistego szlachetnego płynu bez chwili wahania dołączyli do owego żyjącego i reagującego organizmu. Kiedy było trzeba, wstawali, kiedy było trzeba, siadali. Już w trakcie przerwy okraszonej soczystymi komentarzami ze studia i monosylabami zdyszanego i ciągle rozgrzewającego się rezerwowego Nasz Doktor zauważył, że zmieniła się konfiguracja w lokalu. Dziwnym trafem Nieztych siedział już nieco dalej, gestykulując żywo obok tulącej się do niego kibicki. Z mowy ciała wynikało, że mają się ku sobie. Luzik z kolei wypłynął przy stoliku obok, kreśląc na serwetce plany taktyczne na drugą połowę meczu, ku uciesze wyraźnie podekscytowanych panienek w T-shirtach z orłem na piersiach.

Nasz Doktor musiał skoncentrować całą swą inteligencję, żeby przetrawić opinie ekspertów od futbolu. Najlepszą strategią jest strzelenie gola albo dwóch – dowodził autorytet w studio. I niestracenie bramki – uzupełniał przytomnie inny ekspert.

Tymczasem druga połowa meczu już się zaczęła. Zmagania stały się coraz bardziej emocjonujące i zaciekłe. Pół składu z jednej i z drugiej strony biegało już z żółtymi kartkami w zaciśniętych nad głową rękach – taki nowy przepis związku.

Nasz Doktor zauważył kątem oka, że Luzik panuje strategicznie nad sytuacją i obecnie zbiera numery telefonów kibicek. Co do Nieztycha, ten też radził sobie nie najgorzej na polu przeciwnika. Szalik, którym jeszcze niedawno była przewiązana jego kibicka, obecnie był okręcony wokół szyi Nieztycha, a koniec jego spływał na plecy. Za ten koniec kibicka szarpała co jakiś czas, gdy pod bramką robiło się gorąco.

Nasz Doktor pomyślał, że właśnie wychodzą dotkliwe braki w jego edukacji piłkarskiej, która, jak się okazuje, bywa pomocna w życiu.

Mecz się już skończył, ale sparowanym kolegom Doktora trudno było podnieść się wobec oporu wiernych fanek futbolu.

Doktorowi nie pozostało nic innego jak grzecznie się pożegnać. Pocieszał się w duchu, że jutro też będzie dzień, zawsze przecież jest jakiś mecz, a szalik pewnie był tandetny.

Na razie siedział sobie na wysokaśnym stołku i wykorzystując moment obrotowy, lustrował sytuację. Zupełnie jak panorama Racławicka, pełne 360 stopni, cieszył się jak dziecko, kręcąc to w jedną, to w drugą stronę.

Życie jest wszakże pełne niespodzianek. Nie później jak dwa dni po owych wydarzeniach zgłosił się do Doktora przedstawiciel klubu sportowego z propozycją. Chodziło o obstawę medyczną zawodów sportowych.

– Mamy kilka takich dziewczyn w Klubie Kibica, co lubią sobie zemdleć na meczu. Potrzebna fachowa pomoc – tu przedstawiciel mrugnął wesoło.

Nasz Doktor nie opierał się wcale. Mądre przysłowie mówiło wszak „stój w kącie, znajdą cię”. Dalej nie było innych wskazówek, zwłaszcza o opieraniu się.

Rafał Stadryniak
internista

PS Lokalna drużyna znakomicie radziła sobie w lidze. Klub kibica kwitł i interwencje lekarskie zdarzały się często. Niestety tajemnica lekarska zabrania rozmawiać na te tematy.

Nieztych i Luzik do dzisiaj mają żal do Doktora, że tak sprytnie przeszedł na wyższy poziom stosunków sportowych. On ma z tego przyjemność i jeszcze mu płacą – oskarżali koledzy.

Nasz Doktor zupełnie bez poczucia winy wysondował, skąd bierze się rozgoryczenie kolegów. Otóż Luzik zgubił wszystkie serwetki z telefonami, a Nieztych zidentyfikował kibickę jako młodszą córkę swojej rejestratorki.

Powoli im przejdzie – Nasz Doktor był pewny swego – znajdziemy przecież jakąś wspólną platformę porozumienia…

Rys. Zen