Trudne słowo na literę N

Człowiek, jak każda małpa, jest zwierzęciem społecznym, a społeczeństwo rządzi się kumoterstwem, nepotyzmem, lewizną i plotkarstwem, uznając je za podstawowe normy postępowania etycznego [...]. To czysta biologia. (Carlos Ruiz Zafon, Cień wiatru)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Są słowa, co przychodzą łatwo. To są niestety słowa na k, ch, p. Ale jest takie słowo na n, trudne słowo, które rzadko się wymawia. Nepotyzm, bo o nim mowa, jest w kraju jak tajemniczy dźwięk wyjęty z Monty Pythona. To ten fragment o rycerzach, którzy mówią przerażające „Ni”. Nieważne. Porzućmy strach. Nepotyzm, bo znów o nim mowa, jednym kojarzy się z Bizancjum, innym z rozdawaniem posad w kraju, tu, za miedzą i dawaniem zarobić swojakom. W średniowieczu narodził się nepotyzm jako system uprzywilejowania papieży i ich krewnych. „Nepos” z łaciny to wnuk, potomek. To stąd ciągną się przez wieki „krewni i znajomi królika”.

Obraz  kopia400

Nasz Doktor miał dziś dzień zadumy nad światem.

Wczytywał się właśnie w artykuł, który napsuł mu sporo krwi. Zamiast o sukcesach gospodarczych pisali tam o śmiertelnej pladze nepotyzmu. Do tego jeszcze korupcja plus bezrobocie i mamy państwo – pomyślał złośliwie Nasz Doktor.

Nie zdążył wpaść na lepszy pomysł, gdy rozległo się pukanie i zamiast pacjentów pojawili się pozostali dwaj muszkieterowie: Luzik i Nieztych.

– A co to kolega taki zatroskany, proszę kolegi – zagaił lekko Luzik.

– A bo czytam o plagach egipskich w narodzie i wychodzi na to, że nepotyzm jest najgorszy.

– To fakt – zgodził się Luzik – niszczy talenty, pustoszy gospodarkę.

– O, to jest ciekawe – Nieztych rzucił okiem przez ramię na artykuł i zacytował: „Najczęstszym gościem jest w samorządach. Ręka rękę myje”. Czy to źle – dodał od siebie – że myje?

Luzik pochylił się niebezpiecznie nad gazetą.

– A sio – bronił się Nasz Doktor – kupcie sobie lokalne wydanie i czytajcie, jak nerwy pozwolą.

– A jak tam u kolegi ordynatora z nepotyzmem – zagadnął Luzika Nieztych.

– A dobrze.

– Dobrze, czyli kolega sobie pozatrudniał, kogo chciał, dobrał sobie współpracowników, żeby byli „jak palce jednej ręki”.

Luzik stanął słupka i usztywnił się.

– W sumie to dostałem cały zespół niejako en bloc. Cały zespół mi przygotowano na moje przyjście.

Neztych przyjrzał się uważniej Luzikowi.

– Wyczuwam fetor rozkładu – zacytował frazę, którą ostatnio powtarzał przy różnych okazjach. Miał ją z nowego serialu kryminalnego o ślepym i głuchym wirtuozie dochodzeniowym. Serial był jak się patrzy: szwedzki, kryminalny i pouczający. Nieztych wnioskował, że zbrodnie mogą się przytrafić każdemu.

– No to, kochany, musisz teraz rozsupłać, kto jest człowiekiem dyrekcji, kto podrzutkiem ze starostwa – Nasz Doktor udzielał ojcowskich rad z dużą satysfakcją. W prywatnym peozecie było mniej szefostwa i co się z tym wiąże – nepotyzmu.

– I dobrze by było wiedzieć, kto z kim śpi. Po pierwsze oczywiście z ciekawości, ale poza tym jest to ważna informacja praktyczna. Zrób sobie listę. Warto też wiedzieć, kto gdzie kabluje. W razie czego służymy wszelką pomocą.

„Nepotyzm sprawdza się najlepiej w instytucjach publicznych, urzędach, szkołach” – czytał dalej Nieztych. – Czasem nawet zatrudnia się kogoś wartościowego. Zdarza się – dodał jakby zamyślony – przez pomyłkę.

– A reszta, ci odtrąceni geniusze, kto się nimi zajmie? – retorycznie zahaczył Nasz Doktor.

– Ale tam. Geniusze mają swoje rodziny, niech się o nich martwią – Nieztych nie widział potrzeby, żeby robić problem.

– Według mnie nepotyzm to postawa miłosierdzia i wyrównywanie szans: kulawych przyodziać, ślepych napoić, a geniusze niech sobie szukają gdzie indziej, jak tacy zdolni – pociągnął śmiało Luzik.

– Przez kolegę to ordynator przemawia – z podziwem popatrzył na Luzika Nieztych. – A naciski już byli na kolegę, żeby poobsadzać jeszcze co nieco?

– A byli, byli – potwierdził Luzik. – Ale udałem, że się zastanowię. Taka gra wstępna na czas. Ale właściwie to co mam zrobić, jak mi nikogo nie trzeba?

– Leczyć, leczyć i wyleczyć – odpowiedzieli chórem koledzy. – Jak kolega zostanie dyrektorem, to sobie sam umebluje, a na razie trzeba dowiedzieć się, kto kogo proteguje.

– Żeby się nie denerwować, rozmawiajmy lepiej o nepotyzmie w Afryce – zaproponował Luzik.

– Czytałem niedawno, że znacznie trudniejszy do wykrycia jest klientelizm i zwykłe kolesiostwo. Wiadomo, to działa jak w piłce nożnej. Obrońcy bawią się na czas na polu karnym „ty do mnie, ja do ciebie”. Komentatorzy zaś mówią o szanowaniu piłki.

Rozchodzili się z nadzieją na lepsze jutro,

bo Polska to przecież nie Afryka z nepotyzmem do potęgi n. Po pierwsze nie te klimaty. Po drugie, jak twierdzi afrykanista i poseł w jednej osobie, w tamtym klimacie osoba dobierająca się do konfitur musi podzielić się z krewnymi i znajomkami niejako z urzędu. Kto się nie dzieli, jest nikim.

Okazja do męskiego spotkania przy kielichu trafiła się wkrótce. A wiadomo, że okazje trzeba wykorzystywać.

– No więc tak, zarządził Nieztych. – Dzisiejszym tematem wyjazdowej samozwańczej komisji ds. zwalczania nepotyzmu słowem i czynem będzie – tu zawiesił tajemniczo głos… – słowo na n.

– Czy chodzi o słowo na n, którego nie wolno wymawiać, a które brzmi „nigger”? – zainteresował się Luzik.

– A skąd, mamy do pomówienia o nepotyzmie.

– Nepotyzm... ile wspomnień budzi to słowo – zamyślił się głośno Nasz Doktor. – Młodzi ludzie obserwują od dzieciństwa, że trzeba wspierać swoich, że miłość w rodzinie najważniejsza. Potem, w miarę otwierania oczu na świat, jest coraz więcej miłości i zjawisko N nabiera jeszcze większego rozpędu.

– Był taki jeden profesor na studiach – rozmarzył się Luzik, stawiając kolejkę. Nasz Doktor i Nieztych wypili skwapliwie. – Chciał mnie usynowić, ale potem wyszło na jaw, że prowadzi chór chłopięcy i tam z rodzicami coś się nie może dogadać. W każdym razie obiecywał, że załatwi pracę. A przecież nie był żadnym krewnym.

– Ja myślę – pokiwał głową Nieztych. – Jednakowoż wyczuwam fetor rozkładu – dodał bez entuzjazmu. – A jak tam na oddziale, już wszyscy ujawnili swoje plecy?

– No właśnie – ożywił się Luzik. – O, tu mam zapisane: ci od dyrektora, ci od starosty, a ten o, skubany jeden cwaniaczek, nie chce się określić. Na wszelki wypadek dałem cwaniaczkowi podwyżkę i zobaczymy, co zrobi.

– Zuch chłopak – pochwalił Nasz Doktor – dziel i rządź. À propos, panowie, i ja kiedyś uległem nepotyzmowi, a było to tak. Potrzebna była konserwatorka powierzchni płaskich, czyli mówiąc nieelegancko sprzątaczka. I znalazła się taka osoba, której trzeba było oddać przysługę, ale że była na rencie, podsunęła do zatrudnienia swoją synową. Dobra, zatrudnimy synową. I zaczęły się kukiełki. 25-letnia lalka nie wiedziała, do czego służy mop, ale za to przychodziła do roboty w mini i na szpilkach. Teściowa usiłowała za nią trochę nadganiać, ale tutaj zadziałał rozsądek. Teściowa jako osoba, z którą nie podpisywaliśmy umowy, została wyproszona. Gdyby zrobić precedens, to każdy by przychodził do peozetu i sobie sprzątał. Niektórzy tylko na to czekają – dodał po znaczącej pauzie. – Nie potrwało długo i młoda konserwatorka została zwolniona. Postawiono na osoby bez szpilek i mini.

– A ja myślę, że taki jest porządek w naturze – Luzik miał głębokie przemyślenia. Przez ostatni tydzień wciągnął się w tropienie znajomości i widział już w tym logikę i porządek. – Każdy ptak dba o swoje pisklęta i nikt mu z tego powodu nie czyni wyrzutów. To normalna sprawa, rzekłbym fizjologia. Pytanie retoryczne, czy matka nie może zatrudnić syna, a brat brata. Generalnie są to osoby, którym można ufać.

– Jak nepotyzm kłuje w oczy, lepiej zatrudnić znajomków, a poniesione straty zwrócą się i w formie oddanej przysługi.

Nieztych podniósł kieliszek z bezbarwnym płynem na wysokość oczu i obracał go w palcach.

– Nie wyczuwam fetoru rozkładu – wymamrotał smutno.

Nasz Doktor miał nazajutrz ból głowy

i praca coś go tego dnia lubiła. Przyjął wszystkich swoich pacjentów, wszystkich nadprogramowych, tzw. podrzutków, a teraz, już po czasie, gdy powoli zbierał swój dobytek, został zaatakowany przez Zdeterminowaną.

– Musi mnie pan przyjąć, doktorze.

– Bo jest pani moją zaginioną krewną – mruknął Nasz Doktor z rezygnacją. Głowa bolała, ale nos wyczuwał jakiś fetor rozkładu. Na wszelki wypadek Nasz Doktor obiecał sobie nie brać trudnych tematów na spotkania po pracy, bo to kończy się bólem głowy.

Zdeterminowana potrzebowała pilnie zaświadczenia, że się leczy. Do działu socjalnego zakładu pracy. Podobno były z tego jakieś pieniądze.

– A jutro nie mogę się z panem umówić, bo mam przyjemniejsze rzeczy do załatwienia, niż włóczyć się po przychodniach?

– To jednak byliśmy umówieni, co prawda jednostronnie.

Nasz Doktor nawet ją rozumiał. Czas to pieniądz, a są przyjemniejsze rzeczy niż chodzenie do przychodni.

– Proszę się rozebrać. Do badania – dodał na wszelki wypadek.

– To wy jeszcze badacie? – zdziwiła się szczerze pacjentka.

Nie wiem o co chodzi, ale tym bardziej zbadam, pomyślał z bólem Nasz Doktor, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów głową. Wczoraj było stanowczo za dużo toastów.

Na ekranie laptopa mignęła ikonka poczty. To Luzik przysłał zaszyfrowanego mejla.

„Ten gnojek, co nie wiadomo komu kabluje, miał obiecaną ordynaturę. Rozumiesz? Moją ordynaturę. Tylko czeka, aż powinie się moja noga. Dasz wiarę? Moja noga.”

Nasz Doktor dawał wiarę.

„A ja mu dałem podwyżkę”.

Ostatniego zdania Luzik w przypływie emocji nawet nie zaszyfrował.

„A fetor rozkładu czujesz” – odpisał Nasz Doktor i z przyzwyczajenia wcisnął przycisk: Odpowiedz wszystkim.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen