Wdzięczność ludzka i nieludzka

In human relations kindness and lies are worth a thousand truths. (Graham Green, noblista)

To małostkowość okazywać wdzięczność z umiarem. (Roberto Begnini, jak dotąd bez nobla)

Rajdol ko400

Rafał Stadryniak = @Grypa

Lecząc i dając zaświadczenia na różne okazje, lekarze narażają się na tzw. przejawy ludzkiej wdzięczności.

Może to być poryw czystego serca jak wyjęty z kieszeni pantalonów cukierek czekoladowy (lekko nadtopiony ciepłem wdzięcznego ciała) lub zostawiana systematycznie tania i nienadającą się do picia kawa. Wiadomo, doktorzy piją kawę, żeby nie usnąć, dlatego też Nasz Doktor pozawalał na takie karesy, żeby nie wywoływać dysonansu poznawczego. Doktor i nie chce kawy? Podejrzany cwaniak. Zresztą odmowa i zwrot tych skarbów nie wchodzi w grę. Nikt nie chce przecież usłyszeć zranionego „to już mnie pan nie kocha, doktorze”.

Tak to snując swoje rozważania i uzupełniając zaległe wpisy, Nasz Doktor wyłowił charakterystyczne pukanie w rytmie taranteli.

Na horyzoncie zdarzeń pojawił się dopiero co upieczony ordynator Luzik. Był świeży jak majowy poranek, gdyż właśnie zerwał się z łańcucha dyżurowego.

– Szefowi nie wypada dyżurować – dowodził – a poza tym w nocy i pod presją nawet gwiazdy medycyny wypadają blado.

Tym razem pod maską świeżości kryły się prawdziwe dylematy.

– Zobacz – dowodził Luzik, opowiadając o swojej pracy w poradni przyszpitalnej – leczyłem go, wypisywałem mu tzw. świstki na wszelkie okazje, a to do sądu, a to po jakieś świadczenia, chociaż jest to robota lekarza rodzinnego – zaznaczył. – Najdroższe leki mu pisałem. Wysyłałem go do innych specjalistów kilka razy w miesiącu.

– Czyli mamy do czynienia z leczeniem ze szczególnym okrucieństwem – wyszeptał Nasz Doktor spieczonymi ustami.

– A teraz przyszła żona rozpieszczonego, żeby przenieść dokumentację do innej przychodni. Oczywiście w przenośni, bo wystarczy zrobić ksero. Nawet mogła nie przychodzić i załatwić sprawę na poziomie rejestracji. Ale nie, chciała, żebym cierpiał. Czego mu nie dałem? Co przegapiłem, że napuścił ślubną?

– Oj tam, oj tam. – Doktor pocieszał standardowo kolegę, sam bowiem dobrze znał smak tej zdrady, chociaż sam odczuwał jedynie ulgę… Jak świat światem pacjenci przepływali między lekarzami testując ich wiedzę, a także cierpliwość. W takich wypadkach empatia pruła się jak za przeproszeniem stare reformy.

Zbytnia lojalność śmierdziała z daleka jakimś wynaturzeniem. Czasem okazywało się, że pacjent tylko dlatego nie zmienia lekarza, że nie pasuje mu autobus do innej przychodni, albo wybiera sobie takiego doktora, który jest podatny na każda sugestię i chętnie „daje na badania”.

– Muszę się dowiedzieć, do kogo teraz będzie chodził mój pacjent – desperował Luzik.

First cut is the deepest – zanucił Nasz Doktor, odprężając się jeszcze bardziej. – Jak to fajnie, że wpadłeś. Jakbyś miał jakieś kłopoty, to wal, chłopie, do mnie jak w dym.

Luzik popatrzył się nieco podejrzliwie.

– Muszę jednak cię odwieść od tego fatalnego pomysłu śledzenia pacjenta. To może podkopać twą wiarę w medycynę uprawianą przez ciebie. Musisz znieść to z godnością, a nawet zapomnieć. Najlepiej byłoby, gdybyś się ucieszył. Ale to nie takie proste. Z czasem dojdziemy i do tego.

Na początek komunikat dla zrujnowanego ego: każde dziecko wie, że gorszy pieniądz wypiera lepszy. Co by to nie znaczyło – chociaż znaczyło co innego, dodał Doktor na stronie. – Jak chcesz, to podeślę ci tabuny innych pacjentów. Wszak twa sława dotarła nawet do naszego skromnego przysiółka.

– Ale ja chcę tamtego – Luzik upierał się jak dziecko.

No to mamy problem. Kolega zakochał się w pacjencie, a to jest wysoce nieprofesjonalne i nie należy tego robić w żadnym wypadku. No może, gdy pacjent jest pacjentką o wymiarach 90-60-90 prosto z wybiegu modelek i zna się na piłce nożnej – Nasz Doktor od razu znalazł wyjątek od reguły. Nawet sobie ten wyjątek dość dobrze przypominał. W ramach psychoanalizy, którą czasem uprawiał pokątnie, postanowił także dowiedzieć się, na co właściwie „poleciał” kolega. Otóż nie było żadnych prezentów ani porozumienia dusz. Skąd taki afekt? – głowił się Nasz Doktor.

Luzik przypomniał sobie, że pacjent miał zwyczaj rozbierać się do badania kompletnie, nie pomijając skarpetek, które zdejmował ciągnąc je od palców. Trzeba było być niezłym lekarskim cwaniakiem, żeby uchylić się przed pierwszą strzelającą skarpetą, a następnie balansem ciała puścić drugą nad głową.

Jednak nie tego brakowało Luzikowi najbardziej. Nasz Doktor w końcu wyśledził, że cały sekret zauroczenia tkwił w warstwie słownej, czyli związek był czysto platoniczny. Otóż pacjent miał zwyczaj wygłaszać co jakiś czas rozdęte komplementy dotyczące kunsztu medycznego kolegi, jego gustu do ubrań, a zwłaszcza samochodu, którym jeździł. No to wszystko jasne. Nawet zakonnica by się nie oparła, pomyślał Nasz Doktor, chociaż o zakonnicach wiedział naprawdę niewiele.

– No to po prostu, kolego, twoja sytuacja jest taka: przez lata przyjmowałeś, kolego, dowody wdzięczności, w tym wypadku komplementy. To uzależnia.

Zdiagnozowany Luzik był spokojniejszy i nawet melancholijny uśmiech zagościł na jego obliczu.

W tymże momencie znienacka, bo bez pukania pojawił się Nieztych, który z wrodzoną sobie delikatnością zagaił:

– Co, panowie, macie takie miny, jak kot zerkający przez ramię na swoją kuwetę?

– A nic, nic takiego. Rozmawialiśmy właśnie o medycynie.

– To by się zgadzało – kiwnął głową Nieztych.

– No to wy sobie rozmawiajcie, a ja muszę lecieć, bo mi się jakoś śpieszy – rzucił zdawkowo Nasz Doktor i zostawił Luzika, miejmy nadzieję, w dobrych rękach. Jeśli chodzi o odegranie roli przewodnika w powrocie do realu, kolega Nieztych na pewno wywiąże się ze swojego zadania.

Swoją drogą to niezły dowcip, zostawić w swoim gabinecie dwóch obcych lekarzy. Pacjenci, którzy wpadają bez pukania „tylko się zapytać”, na pewno będą zdziwieni.

Następnego dnia w przychodni wrzało, bo zbliżały się kolejne święta. Które to już, zastanowił się Nasz Doktor filozoficznie i dodał: znowu święta.

Pierwszy pacjent, pan Lucjan, wkroczył na scenę, wylewając swoje żale podniesionym tonem.

– I to właśnie lubię, że od razu do rzeczy, a nie takie pieszczoty z komplementami, po których pozostaje koci zapach – odpowiedział Nasz Doktor, gdy pacjent na chwilę zamilkł w celu nabrania oddechu.

– Doktorze, jak fatalnie się czuję. Kończę się. Chyba kwaśnicy jakiejś dostałem. Nic nie mogę zjeść, bo piecze tu i tu, i tu. – Pacjent podawał wywiad jak na srebrnej tacy. – A martwię się, bo wszystkie wnuczki wyjechały do tych Stanów Złajdaczonych – tu mrugnął łobuzersko i trochę nostalgicznie. – Jak przyjadą na święta, to nie chciałbym im robić kłopotu. Muszę być dziadek-całkiem-jak-nowy. Będę wdzięczny – dodał po namyśle.

– A to dobrze pan trafił – z kamienną twarzą powiedział Nasz Doktor.

– I co mi pan tam przepisuje – interesował się pacjent, widząc, że Doktor coś tam bazgrze na recepcie. – Coś żebym bym jak nowy? – zażartował pacjent.

– A zdrowia 5 kg – odżartował Nasz Doktor. Na seniorki to działało.

– A ja chcę 100 kilo – przechwycił piłkę pacjent.

– Tyle to pan może nie udźwignąć – odbił kręconą Nasz Doktor.

Pacjent podziękował za wizytę i po namyśle wyjął jednak z kieszeni nadtopiony batonik. Zawsze nosze na wszelki wypadek, dla wnuczków.

– Naprawdę nie trzeba – bronił się niemrawo Nasz Doktor, nie chcąc urazić uczuć pana Lucjana do wnucząt.

– No dobrze – zgodził się w końcu pacjent – dostanie pan Doktor następnym razem.

I to jest właśnie „wdzięczność Lucka”, Nasz Doktor pozwolił sobie na takie porównanie, bo chyba miał do tego prawo, a poza tym już czekał na niego obiecany batonik.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen