Nowa fala w medycynie

Czego chce „nowa fala” w filmie? Miejsca po starej. (Jean Cocteau)

Decima unda (dziesiąta fala) – określenie ostatniej niszczącej fali.

Motylek1200

Rafał Stadryniak = @Grypa

Pacjenci różnie myślą o swoich chorobach. Jedni swoją wiedzę czerpią z zasobów internetu lub czasopism kolorowych trudnopalnych. Jest jednak grupa „świadczeniobiorców usług medycznych”, która bazuje na swoim własnym rozumieniu chorób.

Zadżumiona

Pacjentka, która właśnie rozebrała się do badania, zaliczała się niewątpliwie do tej drugiej kategorii.

– A co dolega chorej? – zainteresował się Nasz Doktor, gdy milcząca niewiasta była już rozebrana i zaczęła nawet lekko drżeć z zimna.

– Niech doktor sam mnie zbada i powie, co mi jest. Dopadła mnie epidemia – podpowiedziała półgębkiem.

Nasz Doktor rozejrzał się na wszelki wypadek po gabinecie, ale poza wymienioną uczestniczką interakcji nie było nikogo, ani chorego, ani tym bardziej zdrowego. W prasie i innych środkach zmasowanego rażenia opinii publicznej również było dziwnie cicho na temat gromadnych infekcji. Ale, jak to mawiają w medycynie, pacjent wie lepiej. A przynajmniej wie swoje – podsumował w myślach.

Na epidemię Doktor zalecił syrop, czopek i odpoczynek. Pacjentka nie pogardziła też zwolnieniem z pracy.

– Żeby epidemia się nie rozszerzała – zażartował Nasz Doktor i demonstracyjnie umył ręce.

Już wyraźnie uspokojona i rozluźniona Zadżumiona zaczęła się dzielić swoimi przemyśleniami na temat odporności populacyjnej i jakości materiału genetycznego.

– Moja babka miała kataraktę, a urodziła nas sześcioro – podała pierwszy z brzegu przykład na to, że dawniej ludzie byli silniejsi.

Nasz Doktor zbaraniał. Podejrzliwie podszedł do informacji, że pacjentka została urodzona przez własną babkę, ale z drugiej strony pacjent ma zawsze rację. Czyli mamy typowy paradoks. Coś na kształt paradoksu dziadka w podróżach kosmicznych.

Czyżby to już była ta zapowiadana nowa fala pacjentów? Coś jak baby boom, tylko mniej radości i zero optymizmu.

Inny wniosek był jeszcze bardziej karkołomny. Prawdopodobne jest, że rzeczona niewiasta bez katarakty mogłaby jeszcze bardziej podnieść zanikający wskaźnik dzietności.

Pacjentka przyjęła przedłużające się osłupienie Doktora za sygnał do zakończenia wizyty. Słusznie zresztą. Na odchodne zapewniła, że pokaże się do kontroli „jak katar nie przejdzie do jutra”.

– Dajmy katarowi chociaż dwa dni – negocjował nieśmiało Nasz Doktor.

– We czwartek nie przyjdę, bo jest targowica – pacjentka miała wszystko zaplanowane i byle katar czy inna epidemia nie miały szans naruszyć tego harmonogramu. – Tak się umawiamy: jutro się skontroluję, bo muszę być szybko zdrowa.

Nasz Doktor znów zbaraniał na skutek kompletnego braku logiki. Można nawet powiedzieć, że się zawiesił jak komputer.

Dopadnięci

Następna pacjentka nie kryła, że „dopadła ją miażdżyca”.

– A jak się to objawia?

– Ano marzną nogi i pamięć już nie ta.

Ta historia przynajmniej jakoś trzymała się Arystotelesa. Był sens, była logika.

Prawdziwe utrapienie z tą miażdżycą. Pacjenci pytani o marznięcie końcówek i zapominalstwo potwierdzali straszny obraz społeczeństwa zaatakowanego przez chorobę, zwaną dawniej sklerozą.

Na szczęście naukowcy wykryli, że jest taki lek, etanol, który przeciwdziała miażdżycy. Niestety nie wszyscy mieli zdrowie, żeby go zażywać.

Kolejni pacjenci odsłaniali nowe oblicza epidemii. Studenci nie pamiętali, czego się nauczyli lub nie nauczyli do egzaminu, nieco starsi zapominali odebrać swoje pociechy z przedszkola. Najstarsi mieli déjà vu śniadania, wypróżnienia, spaceru.

Czyli sytuacja poważna. A gdzie jest sanepid, jak tutaj rozgrywają się zachorowania na skalę masową?

Nasz Doktor rozdarł symbolicznie szaty… i wykrakał. Sanepid zapowiedział się na kompleksową kontrolę przychodni, czyli od początku sprawdzanie wszystkich pozwoleń, umów, dat ważności, czasu pracy lamp bakteriobójczych, a zwłaszcza procedur. Bo w świecie nieskrępowanej wolności właśnie procedury są najważniejsze. Załóżmy, że mamy miażdżycę, a tu jeszcze spotyka nas jakaś sytuacja, w której trzeba szybko reagować. Nie wyważamy wtedy otwartych drzwi, nie biegamy, nie krzyczymy, nie grzebiemy nerwowo w internecie, tylko szast-prast wyjmujemy procedurę i jedziemy po kolejnych punktach. Żadna miażdżyca nam nie podskoczy. Nie powstrzyma przed realizacją punkt po punkcie. Trzeba pamiętać tylko, gdzie są te procedury.

System działał doskonale. Tony papieru na wszelkie okazje regularnie przydawały się przy kolejnych kontrolach sanepidu, który za każdym razem wymyślał coś nowego, żeby nie zardzewieć.

Zresztą przyroda sama podsuwała kolejne nieszczęścia: a to zapalenie opon mózgowych, a to ebola, a to malaria wiecznie żywa, która wróciła z wakacji w tropikach…

Oporny edukacyjnie

Kolejny pacjent był schludnym panem tuż po sześćdziesiątce. Wykryta świeżo cukrzyca wymagała starannej edukacji, a tu jak na złość nic nie szło. Pacjent nie mógł przyswoić sobie podstawowych informacji. Liczne kartki edukacyjne rodziły tylko absurdalne pytania. Słowem budził podejrzenie o kłopoty intelektualne. Nie do przeskoczenia było wytłumaczenie, że cukier niższy po posiłku niż ten na czczo to nie znaczy, że cukrzyca ustąpiła. Badania biochemiczne nie wykazały innych odchyleń od normy, TSH też prawidłowe.

Zrozpaczony Nasz Doktor wpadł na pomysł zebrania wywiadu środowiskowego, żeby ujawnić ewentualny deficyt intelektu. Zwykle tego nie robił, ale z wahaniem w końcu zapytał, gdzie nasz oporny edukacyjnie pacjent pracował.

Pacjent nie obraził się wcale i z dumą odparł, że był kierownikiem Kółka Rolniczego.

– Całe życie na kierowniczym stanowisku – dodał z jeszcze większą dumą. – Miałem pod sobą wielu pracowników. Musiałem ich cały czas pilnować, żeby czegoś nie popsuli.

– To wiele wyjaśnia – Nasz Doktor aż podrapał się po głowie z zakłopotaniem. Tak musiał pilnować innych, że nie nauczył się pilnowania siebie. Zdarza się to u notorycznych dyrektorów, wiecznych kierowników, etatowych przywódców i innych altruistów. Też podpada pod zjawisko nowa fala, usiłował oswoić problem intelektualnie Nasz Doktor.

Efekt motyla

Tak wzburzonego strasznym obrazem oświeconej miażdżycy zastał Doktora kolega Motyl z sąsiedniego POZ-u. Motyl miał problem techniczny do rozwiązania: jak tu odmawiać pacjentom badania cholesterolu, żeby nie biegali po nie trzy razy roku?

Nasz Doktor próbował wytłumaczyć Motylowi, że problem jest szerszy i nie dotyczy li tylko cholesterolu, cholesterolu dobrego i złego. Dotyczy każdych badań robionych w ramach „dawno się nie badałem”. Przy czym to „dawno” zwykle wynosi ok. pół roku. I że nie da się tak odmówić raz na zawsze. Motyl jednak uparł się rozmawiać wyłącznie o cholesterolu.

– Młodzi przychodzą, żeby sobie zbadać cholesterol, bo nigdy nie mieli. Starsi po świętach. Kobiety jak przytyją albo schudną w pasie. Mężczyźni jak żony ich wygonią z domu na badania. A wszyscy dwa razy w roku, bo płacą jakąś składkę. À propos, jest jakaś specjalna składka na badanie cholesterolu?

Doktor rozumiał kolegę, ale starał się zracjonalizować problem.

– Jeśli przyjście po badanie jest pretekstem do poważnej rozmowy o zdrowiu, to wszystko porządku – łagodził.

Motyl nie był tego taki pewien.

– Ale oni nie przychodzą potem z tym wynikiem do mnie. Stosują diety z kapustą, cudaczą z jedzeniem. Przy następnej wizycie w celu zlecenia kolejnego cholesterolu okazuje się, że poprzedni wynik został w domu, „ale chyba był niedobry, a może dobry”. Jak dobry, to już się nikt nie pofatyguje do lekarza, żeby mu o tym powiedzieć – poskarżył się żałośnie.

W końcu udało się go jakoś wypchnąć z gabinetu.Od wałkowania problemu jeszcze nikomu się nie poprawiło. I pozostał ten smutek i zagubienie kolegi Motyla. Mimo to Doktor odetchnął z ulgą.

– Efekt Motyla* – odkrywczo powtórzył za myślami na głos i uśmiechnął się mimo woli.

A co z nowa falą? Na pewno będzie jeszcze niejedna.

Rafał Stadryniak
internista

*Efekt motyla – przekonanie, że wielkie rzeczy mają swój początek w małych, odległych i pozornie zaniedbywanych zjawiskach. Trzepot skrzydełek motyla może prowadzić do tsunami na drugiej półkuli.

Rys. Zen