Medycyna i total immersion

Denn wir fahren gegen Engeland.
(z wiersza propagandowego z okresu pierwszej wojny światowej).

Bo płyniemy do Anglii (w znaczeniu również przeciwko).
Wiersz miał służyć mobilizacji Niemców.

Mnie płynąć, płynąć i płynąć.
(Adam Mickiewicz)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Na biurku rozdzwonił się telefon. Mimo że elektroniczny, cały podskakiwał jak na czarno-białych filmach. Chyba jest coś na rzeczy – pomyślał Nasz Doktor. – Zawsze jest na rzeczy, gdy dzwoni telefon, chyba że to pomyłka.

DSC02067400

 

To nie była pomyłka

Dzwonił kolega Motyl z POZ-u niesąsiadującego z placówką Doktora, a więc niekonkurencyjnego. Był bardzo podniecony, czego oznaki dało się rozpoznać nawet przez telefon.

– Słuchaj, w naszej gminie będzie kurs pływacki metodą total immersion. Takie rybie pływanie!

– To żaba jest już dépassé? – zdziwił się Nasz Doktor nieszczerze, gdyż od paru lat znajomi pływacy nie mówili o niczym innym niż o pływaniu bez wysiłku.

– Zarządzam pilną zbiórkę na basenie. Stroje dowolne. To jest okazja, żeby coś zmienić w swoim pływaniu, a może i w życiu – zakończył górnolotnie. – Dzwonię powiadomić resztę chłopaków.

Nasz Doktor z przyzwyczajenia wyrównał oddech i wykonał kilka ruchów pływackich. Nawiasem mówiąc, wykonywał je często między przyjęciami pacjentów, żeby nie wrosnąć w krzesło. Zdarzało się, że pacjent, który jeszcze nie nauczył się pukania, wchodził w trakcie rozgrzewki pływackiej. Zawsze to jakiś temat do rozmowy.

Widocznie telefony spełniły swoje zadanie

i ziarenko niepokoju i ciekawości wykiełkowało na basenie, bo spotkali się w komplecie. W męskim komplecie. Nieztych rej wodził w obcisłych pływackich legginsach i w czepku z wysztancowaną płetwą rekina.

– To pomaga nawiązywać znajomości międzypłciowe – usprawiedliwiał się zupełnie niepotrzebnie. – Wszystkie kobiety zlatują się jak piranie, żeby dotknąć i potrzymać takie cudo.

Znaczy wabik – podsumował w myślach Nasz Doktor i postanowił zapamiętać tę lekcję.

Luzik występował w workowatych wzorzystych bermudach, które jak zapewniał, są całkowicie chloroodporne i nie będą farbować. Za wszelkiego typu brudzenie i oddawanie moczu w wodzie groziły horrendalne kary.

Kolega Motyl już był na miejscu i czekał na instruktora.

– Wiecie coś więcej o tej metodzie pływania? – dopytywał się, żeby nie tracić czasu.

– Chodzi o to, żeby mieć opływowe kształty i nie walczyć z wodą – informował Luzik, który poczytał trochę w internecie.

– Żeby nie chlapać – uzupełnił Nieztych, patrząc znacząco na Motyla, który znany był w środowisku z wyjątkowo długiego języka. Zdarzało mu się nawet informować pacjentów, co który lekarz powiedział na ich temat, a to już nie było sympatyczne. – Woda przyjmie wszystko – dodał Nieztych, nie spuszczając wzroku z Motyla, który właśnie otrzymywał pierwsze instrukcje. – A my sobie popływajmy – poprawił płetwę rekina, w tym wypadku głowową i skierował się w największe skupisko pływających pań. – Idę siać zamęt – rzucił jeszcze znad wody i zanurkował.

Nasz Doktor przyglądał się wysiłkom Motyla w wodzie. Jeszcze raz potwierdziło się stare powiedzenie, że ciężko jest żyć lekko. W końcu nie wytrzymał i zaczął pomagać.

– Przyj, przyj! – krzyczał z brzegu aż do utraty oddechu. Nauczył się tego okrzyku z amerykańskich seriali. Po pewnym czasie dołączyli się inni przypadkowi obserwatorzy i cały basen rozbrzmiewał dziarskim „przyj, przyj”.

– To mój kolega – pochwalił się Nasz Doktor stojącej najbliżej nieznajomej. – Zuch chłopak. Na sześćdziesiąte urodziny zamierza wystartować w triathlonie.

– A ile ma teraz?

– Czterdzieści.

– No to jeszcze trochę poćwiczy – stwierdziła nieznajoma.

Spotkali się w kawiarence przy basenie

Wokół pełno napompowanych mięśniaków pogryzało wstydliwie batoniki energetyczne, popijając napojami izotonicznymi. Zupełnie jak schabowy i nasza stara poczciwa kroplówka – rozmarzył się Nasz Doktor. Tylko Nieztych gdzieś się zawieruszył.

– Gorąca kawa plus naleśniki to jest to, co misie lubią najbardziej – ekscytował się Luzik, opychając się nieprzyzwoicie. – Trzeba uzupełniać kalorie.

Wpadł zdyszany Motyl.

– Wiecie, że gonił mnie zombie?! Szedł taki za mną, podrygiwał i głowę miał na jedną stronę. Już miałem go skasować kraulem zamachowym, ale okazało się, że to tylko woda w uchu. Osobiście pływam z zatyczkami, o tu są do nosa, a tu do ucha albo odwrotnie. Trochę się mylą.

Motyl był lekko przygaszony. Pływanie na luzie wyraźnie go zmęczyło.

– Chodzi o to, żeby się poddawać falom – zaczął relację z treningu.

Jak na komendę wszyscy się odwrócili, ale na basenie nie było żadnych fal. Przez szklane ściany kawiarenki widać było jedynie Nieztycha, który kończył ratować kolejną niewiastę.

– Ten to ma zdrowie – zastanawiał się Motyl. – A ze mnie woda wyciągnęła wszystkie siły.

– Według mnie total immersion polega na tym, żeby nie zwracać uwagi na tych, którzy cię wyprzedzają, tylko płynąć sobie spokojnie. To jest trudne – kontynuował Luzik. – Zwłaszcza jak cię dublują żabkarze.

Nasz Doktor miał podobne przemyślenia. Prześladował go pływak w czerwonym czepku, który zawsze pojawiał się na sąsiednim torze. Nasz Doktor podejrzewał, że facet mieszka na basenie, albo jest to lokalny duch utopionego. Czerwony czepek ścigał się do upadłego. Wprost nie można było spokojnie popływać. A o pływaniu total immersion nie było mowy. Później okazało się, że to jest pacjent Naszego Doktora i że ma dokładnie takie same wrażenia… Ale to nie ja nosiłem czerwony czepek – pocieszał się Doktor, wspominając tamte zdarzenia.

Dotarł wreszcie Nieztych, przyprowadzając parę oswojonych topielic. Oczywiście okazało się, że każda jest czyjąś pacjentką.

– Dlatego lubię sobie popływać na obcych akwenach – zauważył szeptem Luzik.

Metoda rybiego pływania była szeroko dyskutowana. Każdy miał coś do powiedzenia. Jedni zalecali wolne sekwencje ruchów, inni dowodzili skuteczności drilli treningowych i pracy z akcesoriami pływackimi.

Wszyscy zgadzali się co do jednego. Nie ma żadnego wstydu w wolnym pływaniu. Padło nawet stwierdzenie, że zbytnie staranie się w wodzie tylko usztywnia.

– Widzę głębokie analogie do medycyny – odezwał się filozoficznie Nieztych, gdy uratowane przez niego pacjentki już się oddaliły. – Nawiasem mówiąc, jedna powiedziała mi, że teraz to naprawdę ocaliłem jej życie. Wracając do medycyny, to darujmy sobie total immersion. Najlepiej od razu skoczyć na główkę na głęboką wodę.

– A potem pieskiem do brzegu? – dopytywał się Luzik.

– Nic nie rozumiecie, kolego pływaku. Płynięcie na luzie, swobodne oddychanie… Kto ma taki komfort w medycynie?

– Ja wiem, ja wiem – zgłosił się do odpowiedzi Motyl. – Medyczne single w deficytowych dziedzinach.

– Pytanie było retoryczne – z politowaniem popatrzył Nieztych. – Czyli nie odpowiadamy – wyjaśnił.

– Czyli total immersion znaczy total inertia – podsumował Nasz Doktor. – A poza tym czas się zbierać.

Wychodzili rozgrzani i przyjemnie zmęczeni.

– Ach, gdyby tak mieć taki mały basenik na dyżurze, żeby się trochę pochlapać – rozmarzył się Motyl.

– Tylko nie pochlapać! – Nieztych spojrzał na niego karcąco. – Tylko nie pochlapać!

Po pływaniu w stanie rozluźnienia Nasz Doktor miał bóle karku, Nieztycha nękała prywatnymi telefonami uratowana pacjentka, a Motyl złapał opryszczkę, taką na pół twarzy. Tylko Luzik nie odniósł żadnych obrażeń i wyraźnie złapał bakcyla basenowego. Okazało się, że bermudy jednak farbują, więc od razu kupił profesjonalny ubiór i mimo przestróg Nieztycha czepek z płetewką rekina. Nieztych dowodził, że panie uwielbiają być ratowane przez rekiny, ale i tak się to dobrze nie kończy – dodawał nieco zakłopotany.

Kolega Motyl nie poprzestał na jednej lekcji. Zaczął jeździć na kursy organizowane przez guru tej metody. Od pewnego czasu skarży się, że prześladuje go pan w czerwonym czepku. Pytany o postępy w stylu motylkowym odpowiada niezmiennie, że zostawia sobie to na koniec, jak już skończy z żabą i kraulem.

Rafał Stadryniak
internista

PS   Na fali powszechnej fascynacji pływaniem Nasz Doktor postanowił rozruszać sportowo rodzinę. Pierwsza nawinęła się córka, ale nie dało rady. Zasłoniła się kobiecymi sprawami. Następnie padło na syna. – Chodźmy razem na basen – nęcił Nasz Doktor. – Nie idę – zakomunikował krótko Młody. – Ale dlaczego, pływanie jest zdrowe – Doktor doświadczał na własnej skórze, jak trudno zachwalać coś, na co druga strona nie ma ochoty. – Tam jest woda – brzmiała lakoniczna odpowiedź. – Nie ma żadnej wody – chytrze negocjował Doktor, ale Młody nie dał się złamać. Pozostało kupienie czepka z wypustkami i szukanie towarzystwa na basenie. R.S.

Fot. Mieczysław Knypl