Nazwij swój ból Melvinem

Gdyby cierpienie uszlachetniało, byłoby cnotą je zadawać.
(Karol Bunsch)

Musimy kochać aż do bólu, bo prawdziwa miłość musi boleć.
(Matka Teresa z Kalkuty)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Czasy takie, że trzeba uprawiając poletko Asklepiosa czytać i śledzić na bieżąco, gdyż to, co obecnie jest standardem, może być za chwilę błędem w sztuce... albo i odwrotnie. Klasycy nauczania zalecają, żeby nie ograniczać się do studiowania podręczników, ale chłonąć medycynę całą powierzchnią ciała. Z pomocą przychodzą radio, telewizja, internet i oczywiście prasa, zwłaszcza kolorowa, trudnopalna. Czasem perełka wiedzy trafi się w zgoła niespodziewanych okolicznościach i jak to perła powstaje z cierpienia małża lub innego stworzenia.

bol ZFK kopia660

Nasz Doktor przerzucając strony kryminału z mrocznej Skandynawii natknął się na nieortodoksyjną metodę walki z bólem. Upraszczając, polegała ona na spersonifikowaniu, czyli nazwaniu Go (bólu) imieniem. Potem można było taki Ból opieprzać, gniewać się na niego, strzelać focha itd.

– Ciekawe, ciekawe – powiedział do siebie głośno Nasz Doktor, a pomyślał „cuda, cuda ogłaszają”.

Czym jest ból?

Ból jest naprawdę fascynującym zjawiskiem, ale nie dla osoby doświadczającej go stale. Każdy, kto miał zwykły przewlekły zespół bólowy czegokolwiek, wie jak potrafi on przeorać psychikę. Nie ma nic szlachetnego w cierpieniu, chociaż przez całe stulecia uważano wprost przeciwnie.

Awangarda biczowała się do krwi i to w czasach krwioupustów. Bywało, że ból, jak i sama choroba, miał status kary za grzechy, a jego znoszenie wymagało od naznaczonego w ten sposób pokory i godności. Z tych co klęczeli na grochu w celu kształtowania charakteru wyrosły tymczasem całe pokolenia…

Gdy narkotyki w roli analgetyków zostały oswojone i znieczulenie zaczęło nieśmiało zaglądać nawet na porodówki, cierpienie w milczeniu nie jest już domyślnym aktem heroicznym.

Punkty bólowe

Trochę inaczej ma się sprawa z rehabilitacją bólu. W sensie medycznym, nie moralnym.

Nasz Doktor zauważył, że niektórzy Czyniący Rękami wręcz uwielbiają tzw. pracę z punktami bólowymi. Niewtajemniczonym szczęściarzom wyjaśnię, że praca owa polega na namierzeniu najbardziej bolesnego punktu w strefie leczonej i uciskanie go… aż przestanie boleć. W tzw. międzyczasie leczony, cały spocony z bólu, wije się jak przyszpilony robak. Tak z grubsza wygląda ta metodyka.

Leczony próbuje być sprytny i zataja miejsce – włącznik bólu, ale terapeuta jest czujny i błyskawicznie ładuje tam palec.

– Boli? – pada retoryczne pytanie poparte wbijaniem paliczka w ból delikwenta.

– Nie boli – równie retorycznie wysapuje delikwent, wciskając się w leżankę.

Po sesji zabiegowej leżanka zostaje wytarta z potu, a to, co pozostało z delikwenta, wlecze się na łóżko i zasypia wyczerpane.

Dookoła wszyscy oczywiście próbują pomagać. Sypią się życzliwe porady: weź się w garść, łyknij sobie antydepresanty etc. Najbardziej rozczulające są tzw. doświadczenia własne serwowane obolałemu: mnie też kiedyś bolało, o tuuu i przestało.

Nasz Doktor musiał się solidnie pilnować, żeby nie stosować tej taniej metody w stosunku do zbolałych pacjentów.

Ból niespersonifikowany

W tym kontekście nazywanie bólu imieniem tchnęło świeżością i, że się tak wyrażę, dobrze wróżyło, czyli rokowało na przyszłość. Nazywanie przedmiotów i ludzi ma swoją prehistorię i z lekka zalatuje szamanizmem. Ale czy to źle?

Według znawców tematu poznanie prawdziwego imienia człowieka może go osłabić. Lepiej podawać imię użytkowe, codzienne. Podanie komuś prawdziwego miana traktowane było jako akt największego zaufania i miłości. Robert, Miron, Zenon, Franciszek – próbował na sobie wyliczać Nasz Doktor, ale to jednak
nie było to. Jako doświadczony lekarz wiedział doskonale, że sprawa jest mocno pogmatwana i dla każdego cierpiętnika ból może mieć inne imię, a na pewno niejedno ma imię.

Pacjentka, która pojawiła się w gabinecie, miała już za sobą bagaż doświadczeń z wielu poradni specjalistycznych, a w tym poradni nomen omen leczenia bólu. Nie zrealizowała się tam jednak, choćby z tego powodu, że prowadził ją tu i tam jeden i ten sam lekarz neurolog. Chodzący ból został przekierowany z jednej swojej poradni do drugiej, gdzie czekał już ten sam doktor. Skierowania oczywiście sobie nie wypisał, bo jednak w jakiś sposób wyczuwał dziwność tej sytuacji. Skierowanie scedował na doktora rodzinnego. Ten zaś trochę zżymał się, cóż takiego może wymyślić ten sam lekarz przesiadając się na inny stołek, ale ostatecznie skierowanie zostało wydane. „Na wyraźną prośbę pacjenta i lekarza z poradni specjalistycznej” – zanotował sobie Nasz Doktor na marginesie lekarską cyrylicą.

– Jak ocenia pani dzisiejszy ból w skali od 1 do 10?

– Mocne 7 – odparła pacjentka, która znała wszystkie możliwe skale i inne pomysły lekarzy. – To co mi pan doktor dzisiaj zapisze? – skracała część badawczą wizyty.

– A gdybyśmy tak nazwali pani ból, np. Melvinem? – Nasz Doktor użył wyczytanego w skandynawskim kryminale imienia.

– A co mi tu doktor wyjeżdża z jakąś Malwiną! Ja tu przyszłam po receptę, po pomoc, a tu jakieś utrudnienia! To ja już chyba pójdę do mojego specjalisty na dwóch poradniach!

O, psiakość. Może trzeba było od razu użyć Mirona. Nasz Doktor skrytykował się za naiwność. Nie trzeba było tak dosłownie. Albo taki Ahab na przykład. Pacjent nawet nie znając kontekstu chętniej nazwie tak swój problem. Do tego napisał lek, na wszelki wypadek. Podał receptę ze słowami Fryderyka Schillera:

Wypij ten napój pociechy i zapomnij o wielkim bólu.

Pacjentka skrzywiła się ostatni raz, jakby ją znów coś zabolało. Opuściła gabinet wyraźnie zniesmaczona, a przecież jeszcze nie dowiedziała się nic o swoich emocjach, o pracy z punktami spustowymi bólu i innych nowościach medycyny.

Cóż, westchnął Nasz Doktor, ludzie jeszcze nie są gotowi na takie metody. Żyjemy w Epoce Szybkiej Kroplówki. A jeszcze niedawno popularne było ostrzykiwanie śródskórne kolki nerkowej, czyli wyganianie bólu bólem. Musi widać upłynąć trochę czasu, nim lekarze nauczą się, a od nich pacjenci, że poznanie imienia bólu wcale nie jest takim szaleństwem, na jakie wygląda.

Nasz Doktor wychynął z gabinetu i dostrzegł, że pacjentka z bezimiennym niestety bólem wciąż stoi przy rejestracji i rozprawia podniesionym głosem. Doszły go słowa: dziwny i zmęczony. To chyba o mnie. Może należy mi się urlop – natychmiast zracjonalizował usłyszaną opinię Doktor i bolesna rzeczywistość została oswojona.

Grzecznie wrócił do gabinetu i zajął się pracą, która jak wiadomo lubi niektórych, jest lekarstwem na wszystko i trzyma w ryzach. Mężczyźni, gdyby nie wyjście do pracy, prawdopodobnie nie goliliby się, a gdyby nie żony, to i pewnie nie myli. Przynajmniej niektórzy.

Bóle zespolone

– Co słychać? – zagadnął zgrabnie następną pacjentkę, która już wierciła się niecierpliwie na leżance.

– Kończę się, panie doktorze – odparła pacjentka zupełnie spokojnie. Nasz Doktor znał ją od lat i już nie reagował nerwowo na takie rutynowe otwarcie. Pacjentka zresztą nic nie chciała dla siebie. Przyszła w sprawie córki, a właściwie w celu przedłużenia leków nasennych dla pociechy. Pociecha, chociaż pełnoletnia, nie miała zupełnie czasu zajrzeć do przychodni i podobno nawet tego nie lubiła.

Jakie było zdziwienie Doktora, gdy pociecha zajrzała jednak jeszcze tego samego dnia wieczorem. Na pytanie co słychać odpowiedziała spokojnie:

– Coraz gorzej.

Nieodrodna córka, podsumował Nasz Doktor, który nie lubił być zaskakiwany.

– Ja w sprawie leków dla mamy. Na sen i na bóle głowy. Ona zupełnie nie ma czasu chodzić po lekarzach – powiedziała pacjentka na jednym oddechu i prawie już wyciągnęła rękę po receptę.

Nasz Doktor z początku trochę się spiął, ale zaraz przyszło zrozumienie.

– A panie się w ogóle widują?

– Doktorze, ja nawet nie mam czasu chodzić po lekarzach – córka zawiesiła głos, oczekując zrozumienia. Nasz Doktor coś zrozumiał.

Potem już nie usiłował wyciągać od przychodzących w dobrej wierze imion ich bólów. Sam jednak przyłapał się, że stosuje metodę automatycznie. I tak na przykład w dniu dzisiejszym leczył trzech Melwinów, Ahaba, Mirona i Mironka. Ten ostatni był małym bólem.

Nawet przez chwilę zastanawiał się, czy leczy chorobę, czy pacjenta. Wyszło na to, że pacjenta z choroby.

Poczuł się spełniony i ważny.

A przed snem nie wiadomo dlaczego, może jako figiel małpiego rozumu, kilka razy przeleciała mu przez głowę scenka z serialu Alternatywy 4:

Nad wszystkim czuwa gospodarz domu. Nie da on krzywdy zrobić nikomu. Nad wszystkim czuwa gospodarz domu. Nie da on krzywdy zrobić nikomu. Nad wszystkim czuwa gospodarz domu. Nie da on krzywdy zrobić nikomu.

Zasnął i śniły mu się lwy.

Rafał Stadryniak
internista

PS Skierowanie nie pomogło pacjentce. Rozważała zmianę lekarza, poradni, a może nawet miejsca zamieszkania. Od lekarza można uciec, pomyślał smutno Nasz Doktor, patrząc pacjentce w oczy. Od swojego Melwina nie uciekniesz. R.S.

Rys. Zen