Człowiek (odpowiednio) zorientowany

Cudze wiedzieć rzeczy ciekawość jest, a swoje potrzeba.
(Aleksander Maksymilian Fredro „Przysłowia mów potocznych”)

Jeśli mnie nikt o to nie pyta, wiem, jeśli zaś chcę wyjaśnić pytającemu, nie wiem.
(Św. Augustyn)

Rafał Stadryniak = @Grypa

Stykając się z nieznanym, niepoznawalnym i zagadkowym, człowiek normalnie jest gapą. Pewnych rzeczy nie da się wyczytać z książek, nawet medycznych, ani wywróżyć z gwiazd. Wróżenie z fusów, tak popularne wśród lekarzy na długich nocnych dyżurach, też ma swoje ograniczenia.
Są takie rzeczy, w obliczu których niknie wszelkie doświadczenie i blednie wiedza. W zetknięciu z takim absolutem za każdym razem człek jest głupi, chociaż z niejednego pieca chleb jadł i z niejednego browaru popijał. Są takie rzeczy ostateczne i nieodwołalne, które spadają nagle i domagają się decyzji: w prawo czy w lewo.
Takie rzeczy, których nie da się ani przeczekać, ani ominąć, które psują się w jednej chwili.

Motylki660

Oczywiście chodzi między innymi o szlachetne zdrowie, a raczej poczucie zdrowia (vide definicja WHO), które niewiele brakuje, a stanie się oficjalnym dobrem narodowym, wszakże bez zwiększania na nie nakładów. Dlaczego? A dlatego, że każde państwo, które chce zrobić wrażenie na wyborcy, ma tylko jedną taką szansę, głosząc program zdrowia dla wszystkich, by w teorii doszlusować do europejskich gigantów publicznej medycyny. Bo nakładów na zdrowie przecież nie podniesie, więc cała para idzie w rozdawnictwo idei o darmowej służbie zdrowia.

Pacjenci z ochotą podejmują tę przewrotna grę i mamy całe tabuny oczytanych beneficjentów POZ, którym się należy wszystko z prostego faktu bycia ubezpieczonym lub i nawet nieubezpieczonym.

Nasz Doktor wiercił się

niespokojnie na fotelu, słuchając koncertu życzeń, jaki zapowiedział pacjent. Wiedział, czego żądać, bo świeżo wrócił z Anglii. I tego wszystkiego niestety mu tam nie dali. Można nawet zaryzykować tezę, że wrócił jedynie po badania.

Fotel Doktora był obrotowy, więc wiercenie się nie stanowiło większego problemu. Dopiero jak Doktor wykonał dwa szybkie obroty wokół własnej osi i wyjechał na środek gabinetu, pacjent przerwał na chwilę artykułowanie swoich potrzeb, a nawet stracił wątek:

– Na czym to skończyliśmy?

– Dawno się wyłączyłem – przyznał szczerze Nasz Doktor. – Może to, że jest pan ubezpieczony – podsunął w ciemno.

Teraz zaczynał rozumieć niektóre niewiasty, które mają na tyle podzielną uwagę, że podczas seksu rozmyślają o kolorze firanek w salonie. Grzeczność jednak nakazywała wysłuchania człowieka do końca, aczkolwiek był to osobnik mocno rozbudzony w swoich roszczeniach i – nie bójmy się tego słowa – zgoła niesympatyczny.

Pacjent powoli zaczynał coś podejrzewać. Wyjechał całkiem niedawno, zaledwie parę lat temu, a w kraju nie zaznał kontaktów z oficjalną medycyną, bo pechowo nie było potrzeby. Największy opór stawiała mu świadomość, że składki płacone „na zdrowie” nie kumulują się w razie tzw. nieskorzystania i w pewnym momencie nie zapuka listonosz z workiem pieniędzy za bohaterskie niechorowanie. Młody pacjent ostatecznie okazał się miłym człowiekiem, który po prostu chciał się rozmnożyć na obczyźnie, ale przedtem czuł potrzebę zrobienia sobie tzw. wszystkich badań. Termin „wszystkie badania” okazał się nieprzetłumaczalny na język angielski, który tym razem pozostał w tyle za polszczyzną.

Gdy młody człowiek wyraził w podobny sposób troskę o swoje zdrowie w angielskim POZ, został wyśmiany i nawet najzwyklejszego paracetamolu nikt mu nie przepisał. Po tych upokorzeniach postanowił wrócić do ojczyzny, żeby się przebadać.

Dobre i to – myślał Nasz Doktor – niektórzy wracają dopiero żeby zająć się spadkiem lub złożyć swoje kości na polskiej ziemi.

Nasz Doktor cierpliwie wyjaśniał rzeczy zdawałoby się oczywiste. Zdał sobie jednak sprawę z faktu, że jak komuś nie na rękę, to nawet i prawdy nie przyjmie jak należy. A słów czasem brakuje, by dotrzeć do świadomości.

Nasz Doktor mówił i mówił, a młodzieńcowi wyrywało się od czasu do czasu zdziwione „what”.

Ten jest z kraju naszego, ojczyzny naszej – pomyślał Doktor, czując, że czas najwyższy zakończyć dywagacje. – Może gdybym przemówił po angielsku, skutek byłby lepszy – obwiniał się lekko. – A przy okazji poćwiczyłbym współczesny ligua franca.

Jednak trud nie poszedł całkiem na marne.

Młodzieniec zapoznał się po polsku z zasadami rządzącymi tubylczym systemem ochrony zdrowia, a nawet złożył jego twórcom życzenia, po angielsku oczywiście, więc Nasz Doktor nie do końca się połapał. Życzenia były krótkie i treściwe, po czym założył kaszkiet w kratę na głowę, wsiadł do samochodu z kierownicą po prawej stronie i wyjechał z parkingu pod prąd, ale przeżył. Liczni obserwatorzy składali mu jeszcze długo życzenia na odległość, tym razem po polsku. Głośno i wyraźnie.

Kolejny pacjent ze światowym szlifem,

tym razem włoskim, był zupełnie uświadomiony. Wiedział nawet, że nie trzeba z każdą ulotką ze sklepu zielarskiego biec do lekarza w imię znanej mantry: skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą. Zapytany wprost przez Doktora, co myśli o owym „skontaktuj”, odpowiedział z włoską finezją, że to jest taki żart, taka konwencja.

Oczywiście, że żart, jednakowoż wielu się na niego nabiera, potwierdził Nasz Doktor.

Człowiek z Włoch był bywały w świecie i, jak to się mówi, wiedział, czym kaczka pije. Chciał jedynie przepisać sobie viagrę, tak na zapas.

– A serce to ma pan zdrowe? – dopytywał czujnie Nasz Doktor. Wiadomo, że zaburzenia potencji rzucają cień na serce, które w czasie wysiłku zwiększa przepływ krwi kilkakrotnie. A podczas podniecenia przepływ przez kluczowy narząd rośnie kilkanaście razy, stąd jego praca jest znakomitym predykatorem niedokrwienia serca.

– A serce ma pan zdrowe? – dopytywał kolejny raz Doktor zdezorientowanego pacjenta.

– Ale ja nie biorę TEGO na serce, tylko na spanie – tu pacjent wykonał charakterystyczny oburęczny gest brania w nawias.

– Na spanie? – zdziwił się Nasz Doktor, ale uznał, że chyba rozumie, o co chodzi. Ach, ci Włosi.

Pacjent wyszedł cały w skowronkach. Miał dodatkowo ten komfort, że nikt go tu nie znał. Zapisał się specjalnie do POZ Doktora, chociaż pomieszkiwał w daleko poza sąsiednią gminą, żeby użyć określenia NFZ na określenie odległości.

„Znany z pisania viagry”– pomyślał o sobie ciepło Nasz Doktor i wrócił do dopieszczania dokumentacji.

Rafał Stadryniak
internista

sexsmok kopia

PS Nasz Doktor starał się uświadamiać pacjentów, co naprawdę kryje się za słowami „równy dostęp do świadczeń medycznych”. Miał świadomość, że nagle nie stanie się światłość, zwłaszcza że gazety i inne media uparcie przeszkadzały w zrozumieniu tych praw, pompując informację, że należy się wszystko. Natychmiast i za darmo.

W praktyce tego nie było widać, ale człowiek wychowany w duchu rozdawnictwa zawsze wierzy, że końcu dostanie wszystko i to z dostawą do domu. Może przez tę wiarę świat jest bardziej przyjazny?

Nasz Doktor nie zrażał się. Wszak praca organiczna, praca u podstaw była zajęciem szlachetnym. Taki frak to dopiero leży jak trzeba w trzecim pokoleniu, dajmy sobie i pacjentom trochę czasu. Szkoda, że pacjenci będą już inni, a ja nie doczekam...

Pacjent od viagry okazał się prawdziwym szczurołapem z Hameln. Sprowadził tabuny mężczyzn, którzy utrzymywali, że ich jedyną chorobą jest brak niebieskiej tabletki. Ci nie chcieli się badać, nie chcieli robić żadnych analiz. Wyciągali za to ręce po receptę.

Nasz Doktor za każdym razem cytował w myślach klasyka, który definiował średnią: jak masz głowę w piekarniku, a nogi w zamrażarce, to średnia temperatura ciała wynosi 36,6 stopni Celsjusza.

Coś w tym jest. R.S.

Rys. Zen