Wielka, wielka interna...

Obraz 170 400Znacie? Znamy. Więc słuchajcie. (Pan Jowialski)

Może nie wiedzieć Polak co to morze,
Gdy pilnie orze
(Sebastian Fabian Klonowic, wiek XVI)

... na morzu medycyny

Rafał Stadryniak = @Grypa

O tym, że interna wielka jest, nie trzeba nikogo przekonywać, a osoby niezainteresowane czytaniem i uczeniem powinny trzymać się od niej z daleka. Wśród kończących studia medyczne obszerna Pani I. wywołuje przerażenie i chęć ucieczki w wąskie specjalizacje. Zwana także królową i matką innych gałęzi medycyny, obecnie jest raczej macochą dla swych adeptów. Ani nie przynosi szybkich korzyści, ani o dziwo prestiżu. Rozrosła się i roztyła niemożebnie ta matrona. Łatwiej ją obejść, niż objąć… Samo zbieranie wywiadu i sondowanie pacjenta może przyprawić o zawrót głowy, a to zaledwie gra wstępna...

Na sporcie, polityce i medycynie zna się każdy,

z tym że medycyna równoznaczna jest tu z interną. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że jest specem od okulistyki, że chirurgię ma w małym palcu, a urologię wyssał z mlekiem matki.

A internista, zwany zamiennie lekarzem ogólnym, nie budzi dreszczyku emocji w narodzie. Oswojony on i taki zwyczajny. Ot, tabletkę na sen zamieni, druczek podstempluje. Wysłucha, pocieszy.

A tymczasem żeby słuchać i pocieszać, całe pokolenia internistów zarywają noce, żeby przyswoić sobie to, co i tak każdy pacjent wie lepiej bez nauki: jak katar – to antybiotyk, jak boli – to coś na ból, jak biegunka – to kroplówkę. Problemy zaczynają się, gdy lekarz nie rozumie takich oczywistości i upiera się, że na katar najlepsza jest chusteczka, od bólu specyfik kupiony samemu, a biegunkę najprościej popić wodą i trochę poczekać.

Taki internista, który hamuje zapędy pacjenta do zastrzyków, nie chce kierować wszystkiego do szpitala i przekazuje zalecenia dietetyczne zamiast leków, jest uważany za niedouczonego, ewentualnie zamiennie za leniwego. No bo proszę sobie wyobrazić: pacjent przychodzi ze swoim cierpieniem (katar już od wczoraj), nie był przez to na siłowni, a doktor tylko rozkłada ręce i każe chorować dalej. Stąd tylko jeden mały krok do eutanazji!

Nasz Doktor pracował już parę lat i wiedział, że jednak mimo wszystko nie należy leczyć pod gusty pacjenta. Choćby z tego powodu, że te mogą się diametralnie zmienić. To, że rodzina dzisiaj chce porobić pacjentowi zdjęcia całego kośćca, nie znaczy, że za chwilkę nie będzie skarżyć lekarza za uporczywe naświetlanie promieniami Roentgena. Słowem: wy rób ta, co chce ta, a my róbmy swoje.

Trzeba jednak zwracać baczną uwagę na otoczenie i okoliczności.

Ot, dla przykładu taka wakacyjna wyspa Kreta. Wyspa prawie dziewicza i nie do końca skanalizowana, mimo tysięcy lat historii. Trochę czasu zajmuje przestawienie się na niecodzienne zalecenia sanitarne. Otóż papier toaletowy rzuca się tam (uwaga, uwaga) nie do muszli, tylko do kosza. Tak zapewnia się większą płynność transferu. Po dwóch tygodniach wakacji nie stanowi to już żadnego wyzwania. Po prostu jest, jak jest. Problemy ze zmianą optyki zaczynają się dopiero po powrocie do domu.

Pacjenci napływający tłumnie w poniedziałkowe przedpołudnie okazywali się prawdziwymi kosmopolitami. Opowiadali obszernie o swoich doświadczeniach na obczyźnie w kontekście różnych chorób i bolączek. Nasz Doktor dowiedział się, że wyspy greckie mają wiele smaczków sanitarno-epidemiologicznych. Na Santorini zwiedzanie kończy się na szczycie, z którego trzeba dostać się do portu. Jest kilka możliwości. Można zjechać za kilka euro koleją linową. Można zjechać na osiołku – trochę taniej, chociaż już zatrąca to hardcorem. Osiołki to nie jest to, co misie lubią najbardziej. Osiołki kolebią i nogi im się ślizgają na wyszlifowanych kamieniach. Dla oszczędnych jest wersja zejścia osobistego, niestety po śladach licznych osiołków, które załatwiają swoje sprawy fizjologiczne tu i teraz. Nieliczni śmiałkowie, którzy wybrali trasę per pedes, do końca życia przyswoją sobie pewne standardy higieniczne oraz przeświadczenie, że w niektórych okolicznościach lepiej wydać parę groszy więcej.

Nasz Doktor słuchał z zainteresowaniem, bo były to informacje, których nie posiadł był na studiach.

Ale co ma medycyna do wysp greckich?

Otóż jednak trochę ma. Polski pacjent, który z mlekiem matki wyssał numer do pogotowia, z trudem odnajdywał się w wyspiarskiej medycynie Krety. Kolebka sztuki medycznej nie była wcale ani łaskawa, ani przyjazna dla chorych.

Nad hotelowym basenem zaniosło się na kolejny parzący dzień w greckim kurorcie. Wokoło przemykali już pierwsi Niemcy ze swoją różową urodą i poparzonymi do mięsa piętami. Stadko Polaków-rodaków bawiło się w najlepsze. Właśnie ktoś odkrył zabawę typu celebrity splash zasadzającą się na wrzucaniu piszczących do basenu. Kto piszczał, tego wrzucali. Turystka z „dalekiego kraju” wrzucona przed chwilą jakoś zdołała wydostać się na brzeg. Na początek zaprezentowała stupor, co zapewne było równoważnikiem obrażenia się, po czym zaczęło się przedstawienie pod tytułem „źle się czuję, wezwijcie pogotowie”. I wezwali.

I niestety, przyjechał taki Asklepios z Hipokratesem, nawet przystojni panowie obaj. Jakby nie było grecki typ urody. Nie wdając się w żadne zbieranie wywiadu czy badania, zajęli się wystawieniem rachunku za przyjazd. Padła propozycja przewiezienia do szpitala. Nasza wrzucona na głęboką wodę rodaczka miała na tyle refleksu, że nie zgodziła się na porwanie przez karetkę z kurortu all inclusive.

Polacy byli oczywiście bardzo oburzeni pracą pogotowia. Ani nie przyjechali na sygnale, ani nie krzyczeli co chwila „tracimy ją”. Słowem zupełnie nie pasowało to wszystko do serialowych wyczynów karetek i ich dzielnych załóg. Najbardziej zabolało oczywiście wystawienie rachunku i to, że nikogo nie obeszło, gdy wrzucona do wody okazała się niezainteresowana dalszą diagnostyką. Bon mot „baba z wozu, koniom lżej” musi mieć ewidentnie grecki pierwowzór.

Wyglądało na to, że tych turystów już uleczono. Ciekawe tylko, czy efekt terapii utrzyma się po powrocie do kraju.

Poza tym nasi mieli prawdopodobnie fatalny akcent, gdy usiłowali nie przyjąć rachunku za przyjazd pogotowia, wykrzykując „inszurenc” i „olinkluziw”. A wiadomo, że w pewnych sytuacjach właśnie akcent jest najważniejszy. Grecy tylko uśmiechali się z politowaniem. Ich cywilizacja jest dużo starsza i wiedzą, że zasadniczo nic nie jest tak do końca ani „all”, ani „in”. Mamy więc klasyczny przykład, jak działają ideały, na które powołują się w swojej naiwności pacjenci.

Z wakacji wracali kolejni pacjenci doświadczający medycyny za granicą. Niektórzy wręcz prosili się o kłopoty. Tnąc koszty, student spał na gołych marmurach, czego efektem była pneumonia z płynem w opłucnej. Trzy tygodnie leczenia, w tym pobyt na pulmonologii okazały się dłuższe niż kontakt cielesny z archeologią.

Do Doktora przychodzili tłumnie pacjenci po leki

dla swych rodzin przebywających za granicą. Dostali telefon, że boli ucho, kaszel, brak sił i biegli w te pędy do rodzinnego. Po co? Po antybiotyk oczywiście. Szybko, szybko, bo trzeba to zaraz wykupić i wysłać do chorego. Doktor nieodmiennie dziwił się temu i zapytywał, czy w kraju pobytu nie ma zorganizowanej siatki medycznej, czy może sam zainteresowany nie wybrałby się do lekarza? Wszak nikt nie jest samotną wyspą.

Rodziny chorych nieodmiennie patrzyły na Doktora jak na wariata. Przecież tam trzeba płacić za wizytę! Lekarz i tak zleci paracetamol, a poza tym szkoda tracić czasu na lekarza, jak ucieka praca i pieniądze. No i są przyjemniejsze rzeczy niż tzw. chodzenie po lekarzach.

Tu Nasz Doktor zgadzał się w stu procentach. Osób, które tak twierdziły, sam chętnie by nie oglądał…

Tak, interna jest wielka, ale serce rodziny jest jeszcze większe.

Zmotywowane rodziny nie chciały wyjść z gabinetu bez antybiotyku.

– Chociaż jakiś słaby, ale żeby był, doktorze – negocjowały rodziny.

– A może być taki, który w ogóle nie działa? – bronił się poirytowany Nasz Doktor. Pytanie zawisło w próżni i wisiało jeszcze przez cały dzień.

Takie i inne historie chętnie opowiadali pacjenci, nieodmiennie się dziwiąc. Zdziwienie dotyczyło wszystkiego.

Nasz Doktor uspokajał. Powtarzał, że jesteśmy w Europie, że musimy dawać przykład takim Grekom, którzy czasy świetności swojej medycyny mają za sobą.

– Teraz, że tak powiem, my jesteśmy w głównym nurcie medycyny – podbudowywał skołowanych i niezadowolonych.

Główny nurt? A to dobre. Ja to powiedziałem? dziwił się nasz Doktor, gdy trochę ochłonął.

Pacjentka z Włoch, która zaszła do przychodni na sam koniec, nie miała włoskiego akcentu. Chciała jedynie pochwalić się wynikami przed wyjazdem.

– Jak chodzę do cukrowni, to mierzą cukier i ostatnio jest podwyższony.

Nasz Doktor zrobił się podejrzliwy, bo ostatnią cukrownię w okolicy wykończyła polityka. W takim razie musi chodzić o poradnię diabetologiczną – dopowiedział sobie zadowolony z rozwiązania łamigłówki. Tego cukru nigdy nie braknie.

Słodka pacjentka natomiast nie przestawała mówić, a wszystko to na tematy medyczne. Nie dalej jak wczoraj została przytrzaśnięta w drzwiach autobusu. Kierowca udawał, że nie widzi i wcale się nie zatrzymał. Potem tłumaczył, że pilnował drogi. Uwolnił przytrzaśniętą dopiero na następnym przystanku. Po takiej jeździe w drzwiach ręka bolała i puchła. W poradni ortopedycznej zanim poszkodowana zdążyła zacząć swoją historię, lekarz tylko kiwnął głową na pielęgniarkę i ta założyła gips. Próby opowiadania skończyły się skarceniem, że gips może być za ciasny. Po drodze było jeszcze zdjęcie rentgenowskie, ale i tam nikt nie chciał wysłuchać chorej nabrzmiałej od niewypowiedzianej historii. Pozostała poradnia rodzinna i internista, który jest stworzony do słuchania, co tam inni naleczyli…

Może i wielka ta interna, ale ile się przy niej nasłuchać...

Pacjenci zawsze bardzo chętnie dzielili się szczegółami, które w ich mniemaniu mogą pomóc w leczeniu. Niektóre panie uściślając, kiedy np. wystąpiły bóle głowy, barwnie opowiadały, że to było zaraz potem jak Helenka zadzwoniła, że przyjeżdża z pociechami, a może jednak tuż przed telefonem Danusi? Żeby przejść do następnego etapu, trzeba było sumiennie opowiedzieć o wszystkich połączeniach wychodzących i przychodzących. Po prostu bez tego nie dało się ruszyć z wywiadem. Ale interna jest jak rzeka, wszystko wchłonie. I nawet jak jakaś chirurgia wymknie się jej jako osobna specjalność, to przecież żeby pogadać z lekarzem i tak trzeba spotkać się ze swoim internistą.

Na sakramentalne 5 minut przed zamknięciem przychodni

wpadła kolejna rodaczka tuż po zagranicznych wojażach. Już od progu wołała, że nie zajmie dużo czasu, bo tylko przyszła po badania.

– I mam coś dla Doktora – oznajmiła triumfalnie, wyjmując zawiniątko w szarym papierze. – Jak byłam w Grecji, to myślałam o Doktorze.

Nasz Doktor spłonił się, bo pacjentka była jeszcze niczego sobie, a pod słońcem Grecji do głowy mogą przychodzić całkiem różne myśli. Lekko krygował się z przyjęciem prezentu, ale ostatecznie przekonało go skromne obleczenie w szary papier, przywołujące wspomnienie książek w szkolnej bibliotece.

– Mam nadzieję, że nie wywiozła pani brakującej ręki Wenus z Milo – zażartował automatycznie.

– Nie, w Milo akurat nie byłam, a może przejeżdżałam... – zastanawiała się pacjentka, a Nasz Doktor pomyślał filozoficznie, że dobro wyrządzone komuś jednak pod tą czy inną postacią wraca do człowieka.

Postawił przedmiot na biurku. Po wyjściu pacjentki rzucił się do rozpakowywania. Szary papier w końcu poddał się przemocy i ze środka wychynęła figurka osiołka sprytnie wyrzeźbiona w drewnie oliwnym. Cóż, mógł być przecież plastikowy, westchnął Nasz Doktor, a nie jest. Będę trzymał go na biurku – zdecydował – żeby wszyscy wiedzieli, że już mam takiego.

Poza tym jakoś dziwnie kojarzy mi się z interną, zwłaszcza ośli upór w zdobywaniu wiedzy...

Tekst i zdjęcie
Rafał Stadryniak
internista