Sztuka konwersacji...

wykrzyknik200Kochanko moja! na co nam rozmowa? (wieszcz Adam)

... z obecnymi i nieobecnymi

Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor w pośpiechu zbierał się na dyżur. Jeszcze tylko spakować słuchawki i zamknąć drzwi w poradni rodzinnej. Najwyższa pora zmienić dyscyplinę z pchania kamienia pod górę medycyny rodzinnej na marszobiegi po oddziałach – pomyślał ciepło. Najważniejsze, żeby nie siedzieć w jednym miejscu, bo można, mówiąc kolokwialnie, zwariować. W kilku miejscach pracy wariowanie jest trudniejsze, bo nie ma na to czasu, bo zmienia się scenografia i problemy.

Po drodze była jeszcze krótka szarża do Biedronki, żeby uzupełnić zapasy żywności. A w Biedronce standard. Jak wszędzie wyzysk człowieka przez człowieka, czyli w tym wypadku przez Biedronkę. Kilka minut buszowania w spożywce i już mamy gotowego pracownika kontraktowego na dyżury razem z kanapką i mineralną do popicia.

Lekarska siła robocza musi wykazać się licznymi talentami, nie wahajmy się użyć tego słowa – sportowymi. Mianowicie: dobry start, przegląd sytuacji na boisku to podstawa. Przemykał szybko myśląc, by maksymalnie usprawnić wszystkie czynności. Nie lubił się spóźniać.

Przygotowany na ile to tylko możliwe, rzucił się na szerokie szpitalne wody. A tam już czekał na niego informacyjny Sajgon.

Nieetatowiec na dyżurze w oddziale staje się obiektem wielu zaczepek chorych pytających znienacka o plan leczenia, wynik rentgena sprzed godziny czy po prostu dla sprawdzenia, czy aby powie to samo, co pacjent usłyszał na porannej wizycie lekarskiej.

Typowo polską specyfiką

jest uzyskiwanie informacji o stanie zdrowia przez każdego przybyłego w odwiedziny. Każda boczna odnoga drzewa genealogicznego, ślepy zaułek ewolucji, zapomniany kuzyn Waldek, koleżanka z podstawówki i majster z pracy chcą znać całą prawdę o pacjencie. Całe zastępy żądnych informacji zderzają się w drzwiach gabinetu lekarskiego.

Żeby chociaż jakieś małe potykacze albo wilcze doły przed gabinetem… – rozmarzył się Nasz Doktor.

Nie robią na nich wrażenia takie terminy jak osoba upoważniona do uzyskiwania informacji o stanie zdrowia pacjenta, tajemnica lekarska czy prawo do prywatności. Stopień nachalności rośnie wręcz lawinowo, gdy maleje pokrewieństwo. To ciekawe zjawisko. Nasz Doktor też tak miał. Zauważył, że dla obcej osoby jest w stanie wznieść się na wyżyny nachalności, żeby coś załatwić, a dla własnej prywaty lub rodziny staje się dziwnie nieśmiały. Może kiedyś ktoś znajdzie logiczne wyjaśnienie tego paradoksu – podsumował tok rozpędzonych myśli, bo właśnie rozdzwoniły się telefony. Ich dzwonek wywoływał efekt w postaci elektrowstrząsu. I nic na to nie można było poradzić mimo upływu lat i siwizny na skroni.

Telefony były prawdziwym utrapieniem,

zwłaszcza te z zagranicy, a zdarzały się też międzykontynentalne.

– Tu mówi ciocia Waldemara z Australii. Chcę znać sytuację. Co mu jest?

Aha, prawdę, całą prawdę i tylko prawdę – przetłumaczył sobie Nasz Doktor na polski medyczny.

Ciocie z Australii wyjątkowo źle znoszą odmowę udzielenia informacji. Naciskają na doktora przez słuchawkę, którą traktują jak dźwignię o wyjątkowo długim ramieniu, na ile oczywiście pozwala wątłe połączenie z antypodami. Gdyby było chociaż trochę bliżej, pewno doszłoby już do rękoczynów. Miłość do siostrzeńca jest czasem zaskakująco silna i ślepa.

Nasz Doktor zaczął perswazyjnie, że nie zagraża życiu obecny stan zdrowia pacjenta, jakby stan zdrowia mógł zagrażać życiu, ale ciocia podrażniona informacyjną żelazną kurtyną tym bardziej nalega.

Trudno, trzeba użyć logiki. I nie zawaham się tego zrobić, dodawał sobie pewności Nasz Doktor, słuchając cioci Waldka.

– A szanowna pani mieszka w Dąbrowie Pogłównej na ulicy Łąkowej numer 5? Nie? To informacji nie można udzielać. Nawet za pieniądze – dodał Nasz Doktor niebacznie i zaraz pożałował dowcipu, bo rozpętał się tropikalny cyklon.

– Ja tu płacę za połączenie międzykontynentalne – krzyczała ciocia, która wyszła z roli dobrego wujka i ukazała swoje prawdziwe, wymagające oblicze.

– To może prościej byłoby się rozłączyć? – podsuwał pomysł Nasz Doktor, który nie chciał być niegrzeczny i zerwać połączenia ze światem bez uprzedniego obopólnego pożegnania.

Ciocia wygrażała w soczyście polskim stylu.

Padały groźby, był szantaż moralny i obietnice zaszkodzenia teraz i później, i zawsze.

Może to i lepiej, że wyjechała, dywagował w myślach Doktor, który już dawno odłączył swoją uwagę od rozmowy. Tylko zaszczepione w dzieciństwie kanony nie pozwalały mu klepnąć słuchawką o glebę, tak że w Australii przetoczy się tsunami. Taki efekt motyla.

Ciocia przeszła właśnie do działu lekarz polski i śmiało krytykowała polski system kształcenia kadr, zaangażowanie, kompetencję. Dłużej zatrzymała się na kulturze osobistej.

Nie skrytykowała niestety zarobków, zauważył Nasz Doktor mimochodem. Zresztą dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach. Gdy ciocia zaczęła jeździć po ministrze zdrowia, Nasz Doktor nie wytrzymał i wybuchnął. Kim właściwie jest ta pani, żeby obrażać wizytówkę polskiej medycyny? Może on i nie najlepszy, ale to nie znaczy, że może go sobie bezkarnie krytykować jakaś ciocia z Australii. Nie wytrzymał i w ostrych słowach wygłosił filipikę przeciw rzucającym kłody pod nogi ministrom.

Teraz jednym uchem Doktor słuchał odpowiedzi cioci, a drugim okiem (bo miał podzielną uwagę) oglądał wiadomości telewizyjne, żeby w razie czego obserwować tsunami.

Podrażniona Ciocia jeszcze raz brutalnie przejechała się po ministrze. Było to, jak już ustaliliśmy, nieuzasadnione i niesprawiedliwe, jednak Nasz Doktor postanowił zapamiętać co trafniejsze określenia. Tak na wszelki wypadek.

Rozmowa przeciągała się w nieskończoność.

Ciocia mimo presji opłat abonamentowych nie ustawała. Może ma darmowe minuty do naszego ZOZ-u – głowił się Nasz Doktor. A może myśli, że jak się dostatecznie długo tupie nogą, to można wszystko załatwić.

Już wiem, Nasz Doktor złapał się za głowę. Przecież to proste. Polski pacjent nawet na wyjeździe do Australii nadal pozostaje Polakiem. A Polak ma wdrukowany taki tryb: tylko ten ostatni raz, tylko dla mnie wyjątek, potem niech i tsunami…

Prośby, by pogadać z osobą, która jest upoważniona do informacji, nie trafiały w gusta dzwoniącej.

Nasz Doktor nawet gotowy był coś tam powiedzieć więcej, albo poprosić Waldka do telefonu, ale ciocia sama strzeliła sobie w stopę w odległej Australii, pytając retorycznie:

– To na co idą nasze składki? Przecież to za nasze pieniądze…

Na to hasło Nasz Doktor zawsze odkładał słuchawkę. Automatycznie. Połączenie zostało nieodwołalnie zerwane z powodu zupełnego braku kontaktu logicznego.

No to pogadaliśmy, a teraz do roboty – pogonił się sam Nasz Doktor, rzucając się w wir pracy. Wir pracy skutecznie przyćmił telefoniczne pogaduszki.

Dzisiaj było wyjątkowo dużo konsultacji

na innych oddziałach, czyli możliwości kontaktów towarzyskich z kolegami lekarzami. Nie należy niedoceniać tego dobrodziejstwa.

Właśnie zaszedł na konsultację do oddziału, gdzie rządził na tępo niejaki doktor Motyl. Koledzy zdążyli wymienić tylko rytualne złośliwości, jak to bywa między dyżurantami, gdy konsultacja została brutalnie przerwana. Dzwoniła pielęgniarka, wzywając Doktora do pacjenta, który źle się poczuł. Przypadkowo chodziło o pana Waldka. Jego ciotka zadzwoniła na dyżurkę, że siostrzeńcowi się pogorszyło, a tu nikt nic nie robi. Doktor kłusem dopadł do pacjenta i tu niespodzianka. Klient sobie siedzi na łóżku, merda nogami, czyta gazetkę i pije kawkę.

O co tu chodzi? To prawdziwa zagadka medyczna. Nasz Doktor zrobił się czujny. Czujność nieraz przydawała się, żeby rozplątać pozornie błahy przypadek i rozbroić ukrytą w kwiatach bombę.

Mimo lekkiego oporu pan Waldek dał się zbadać.

Badanie in vivo nie ujawniło żadnych rewelacji. Być może in vitro by coś wykazało? Doktor miał problem, zaczął nerwowo skubać brzeg fartucha, drapać się w głowę, huśtać słuchawkami jak wahadełkiem. Przed ssaniem kciuka powstrzymywał się jedynie siłą woli. Tak się dzieje, gdy występuje dysonans poznawczy. Nastawiamy się na coś, a tu nie ma. My nie wierzymy, zaglądamy pod dywan w poszukiwaniu tsunami, a tam też nie ma.

W końcu, jak to zwykle bywa, z pomocą Doktorowi przyszedł sam pacjent.

– A, bo ciocia rodzona dzwoniła do mnie. Z Australii. Ona jest bardzo rodzinna. Już dość miałem tego jej gadania, to powiedziałem, że mi się pogorszyło i rozłączyłem się. Musiała chyba źle to zrozumieć. Zadzwoniła na dyżurkę i narobiła bigosu.

Nasz Doktor pokiwał smutno głową.

– Pana ciocia pana kocha – wykrztusił wreszcie i zawinął się porozmawiać z pielęgniarkami, które wykazały się sprawnością w odbieraniu telefonu, jednakowoż bez jakiejkolwiek dociekliwości.

Spuśćmy zasłonę milczenia na tę rozmowę, gdyż nie przebiegała książkowo. Chodzi o to, żeby nie gorszyć maluczkich. A tak na marginesie okazało się, że pielęgniarki wyrażają zgodę na opieprzanie tylko i wyłącznie przez Siostrę Oddziałową. Nikt inny nie wchodzi w grę. W tym lekarz dyżurny też nie. Teraz to i ja będę wiedział – podumał Nasz Doktor i obiecał sobie, że w takim razie opieprzy Wielką Siostrę Oddziałową. Może wtedy część łaski spłynie na resztę personelu?

Tak czy owak warto rozmawiać, a rozmowy mogą mieć przecież różny przebieg.

Wychodząc rankiem na wolność, Doktor spotkał się z zarzutem ordynatora, że jak na ciężki pojedynczy dyżur ostry wygląda zdecydowanie za dobrze. Cóż było robić. Na drugi raz trzeba będzie zaprezentować tłuste włosy w strąkach i czerwone z niedospania lub płaczu (niepotrzebne skreślić) oczy, żeby nie budzić niepotrzebnych emocji. „Bierze pieniądze i ma z tego przyjemność” – zawisło w powietrzu. Nawiasem mówiąc tak było. Ale to zupełnie inna historia…

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen