Nieśmiertelne zmęczenie...

Ty, dobry Boże, zsyłasz na nas wszystkie dobra za cenę naszej pracy. (Leonardo da Vinci)

Gdy patrzę w twe oczy, zmęczone jak moje... (Muniek Staszczyk)

Mickiewicz wciąż pisze (powiedzenie z lat 50., w związku z odnalezieniem nieznanych listów Mistrza)

... czyli Mickiewicz wciąż pisze

Rafał Stadryniak = @Grypa

Śmiertelne zmęczenie jest oczywiście groźne dla życia, natomiast zmęczenie nieśmiertelne, czyli nieśmiertelne zmęczenie jest stałym elementem życia pracujących na zmiany. Można się na nie obrażać lub nie, nie ma to znaczenia. Jak wybrałeś, bracie lub siostro, zawód na literę L, to się teraz męcz.

Przy kawie400

Uczciwi ludzie nie pracują po nocy i w święta,

jak mawiała starsza koleżanka, idąc w Dzień Pański o świcie na dyżur. W szpilkach i przez osiedle uczciwych. Bardzo się tego wstydziła. Tego stuku szpilek i tej pracy…

Kasjerka z okienka w szpitalnej kasie właśnie wyraziła swoje zdanie, wypłacając wywalczone i zasądzone zaległe dodatki za dyżury: „pieniądze nienależne”.

­– A poza tym przez takich lekarzy, co się nie zrzekają tych wygranych w sądzie pieniędzy, szpital ma kłopoty finansowe! – kontynuowała głośno swoje przemyślenia kasjerka. Wiadomo, kasjerka musi pilnować kasy.

– Nienależne pieniądze? – zdziwił się nasz Doktor. – Moje są jak najbardziej należne. Nawet już od dawna do nich tęskniłem. A nawet już je wydałem, czekając na wypłatę przez te kilka lat… Przecież wszystko jest jasne: czas pracy, stawka dyżurowa. Reszta to tylko proste mnożenie. Zresztą zdziwił się, że dziwi się na takie dywagacje kasjerskie, bo honoraria dyżurowe były w rzeczy samej niskie i trzeba się było nadganiać czasem pracy, żeby coś zarobić. A w międzyczasie zdarzały się też zgony dyżurujących, co niestety nie świadczyło dobrze o nich samych. Jak wszystko inne zresztą w oczach administracji szpitala. Poza tym nawet Mickiewicz brał pieniądze, a takie piękne rzeczy pisał i takie pokrzepiające.

Kasjerka nadal nie podnosząc głowy kontynuowała gderanie. Mickiewicza puściła sprytnie mimo uszu. A to nieładnie – pomyślał sobie Nasz Doktor.

– Bo wy to sobie możecie dorobić na dyżurach.

Nasz Doktor uwielbiał ten argument. Zwłaszcza jak trzymał w ręku plik banknotów, tak jak teraz i odliczał sobie nieśpiesznie.

– Przecież każdy może sobie dorobić na dyżurach w nocy, niekoniecznie w medycynie. Można rozładowywać w nocy wagony na kolei. Słyszałem, że ciężko, ale nieźle płacą . Czyli, że tak sobie pozwolę zażartować, pieniądze leżą na zwrotnicy.

Księgowa doznała śmiertelnego obrażenia. Może nie wiedziała, że prawdziwa komunikacja następuje dwukierunkowo i ustawiając przekaz, należy liczyć się z informacją zwrotną? A może kasjerki nie mają szkoleń z empatii – zastanawiał się Nasz Doktor, na wszelki wypadek kończąc przeliczanie pieniędzy i usuwając się spod okienka. Mogło tego być więcej, ale akurat wypadła specjalizacja, jakieś staże, dzieci się urodziły. Na cóż, wezmę co dają, powiedział do siebie Doktor, dla pewności trzymając się za portfel.

Odwrócił się

i dostał w plecy spojrzeniem ciężkim jak kasa pancerna.

Przy kasie spotkała się cała plejada lokalnych gwiazd medycyny. Był tam kolega Nieztych, który wziął pieniądze z łaski, Motyl, który nigdy nie śmierdział groszem, a chciał, i Luzik, który lubił ich, pieniędzy, szelest. Koleżanka Pszczółka wzięła, bo dawali. Jakby bili, to trzeba by uciekać. Na razie dawali.

Pieniądze wydawały się spore, bo wpadły w jednej chwili. Co prawda składały się na nie lata dyżurów z niedopłatami, ale gotówka przepłynęła lekko w czasie rzeczywistym i wydawała się wprost prowokować do jej użycia. Niekoniecznie w zbożnym celu, jak zaznaczył lojalnie Nieztych. Teraz wszyscy postanowili zabawić się w klubie jazzowym, co by to nie znaczyło.

A znaczyło tyle, że akurat dzisiaj było tu i teraz, że właśnie dzisiaj nie mieli dyżurów, taki przypadek. Oprócz Pszczółki, której pracowitość była legendarna, tzn. frekwencyjnie legendarna. Miała mnóstwo dyżurów, ale pracowała bez zbytecznego zapału, czyli w trybie zombi.

Klub był obszerną jamą

wydrążoną w podziemiach kamienicy, a przynajmniej tak sugerował surowy wystrój wnętrza stylizowanego na wczesny neolit. Rozsiedli się na kanapie o twardości bazaltu i pozwalali, by niespieszne dźwięki sączące się ze sceny oderwały umysły od przyziemności i uniosły w sferę niczym nieskrępowanej muzyki. Grał ktoś, kogo nigdy nie spotkali i pewnie nie spotkają. Godzina była jeszcze młoda i małolaty na razie nie zaczęły się jeszcze roić przy barze. Zlecą się później i będą się kłębić przy barze i potrącać na parkiecie.

– A gdzie się podział nasz pierwiastek żeński, nasza Pszczółka? – dopytywali się niezorientowani.

– A gdzie ma być. Jest na swoim miejscu.

– Czyli na dyżurze – dokończyli wszyscy chórem.

– A Mickiewicz ciągle pisze – z przekonaniem powiedział Nieztych. Wyciągnął na światło dzienne portfel i teraz delektował się plikiem banknotów. – Poznaję tę stówę. Gdzie się podziewałaś, gdy byłaś mi potrzebna. Albo ta dycha, z lekka wymięta, chociaż niestety nie w mojej kieszeni. Czy to nie ciebie zabrakło mi kiedyś na napiwek? – powiedział z wyrzutem, zaglądając do portfela. – Będziemy musieli się rozstać – poklepał pękaty plik – ale wcześniej pokażemy, jak się wydaje z gestem. Panie kelner – teatralnie podniósł obie ręce nad głowę błogosławiącym gestem – i kelner zjawił się natychmiast. – Zamawiam kolejkę dla wszystkich!

– Jak ty to robisz, że od razu tak przyleciał ten kelner i siadł ci na ręce – dopytywał się Luzik. – Do mnie tak nie lecą.

– To długa historia – Nieztych zaciągnął się powietrzem i zamyślił. – Chodzi o prezencję, mowę ciała i przekonanie przywoływanego, że warto. A dzisiaj warto – pochwalił się Nieztych, klepiąc portfel spoczywający przed nim. – Poza tym wiele się uczę na dyżurach, o ludziach – dodał widząc, że koledzy nie nadążają. – Trzeba być otwartym i stanowczym.

Motyl tymczasem zaliczył kolejną mikrodrzemkę, ale został natychmiast obudzony przez czujnego Nieztycha. Solidna sójka w bok potrafi zdziałać cuda.

– Spał to sobie będziesz na dyżurze. Tutaj toczy się Życie!

– U mnie na dyżurze też toczy się życie – bronił się niemrawo Motyl, który naprawdę potrafił przyciąć komara w każdej pozycji. To takie przystosowanie do pracy. – Dzisiaj jestem cokolwiek zmęczony, jak zwykle zresztą – dodał. – Ale na jutrzejszy dyżurek będę już jak nowonarodzony. Poza tym dżezik działa na mnie jak kołysanka. A Chopin gdyby żył, toby pił – zacytował fragment z „Wesela”, po czym popadł w stupor. To taki równoważnik drzemki.

Kelner już się zakrzątnął i Nieztych wzniósł ręce i oczy w górę ze słowami:

– No to za te nienależne pobory i żeby w przyszłości też się okazało, że nas ktoś oszukał i będzie oddawał forsę.

Wypili do dna,

a ciepło płynące z zimnego alkoholu mile rozlało się po organizmach. Motyl przysypiał.

– Słuchaj, dziweczko, ona nie słucha – przedrzeźniał klasyka Luzik, który po dyżurach nie bywał zmęczony. Twierdził, że to kwestia nastawienia i wprawy. Pozostali pokiwali głowami. Wprawę mieli tylko z nastawianiem się na kłopoty.

– Opowiadasz – podsumował Nieztych i z przyzwyczajenia klepnął Motyla.

Ten na chwilkę ocknął się, zatrzepotał powiekami, popatrzył prawie rozumnie i stwierdził, tuż przed zaśnięciem, że na ostatnim dyżurze nabiegał się, nastresował i nawet nie przyłożył głowy do poduszki.

– Mój ty biedaku – zainteresował się Luzik. – Witaj w klubie dyżurujących aż do śmierci.

– To jest taki klub? – zdziwił się Motyl i były to jego ostatnie słowa na jawie…

A jest. Z automatu należą tu wszyscy kredytowicze, spłacacze samochodów, budowniczowie domów, ci co mają dzieci na studiach, no i oczywiście rasowi pracoholicy, którzy sami nie wiedzą, po co dyżurują.

Uśpiony wydawał spokojne pochrapywania, a rozmowa potoczyła się swobodnie .O dziwo nie rozmawiali już o pracy. W oparach jazzu dyskutowane były samochody, dziewczyny, dzikie wyjazdy last minute. Fryzury żon, własne łysiny…

Mimo to praca była gdzieś cały czas obecna w tle,

w ciężkich powiekach Motyla. W wypchanym chwilowo portfelu Nieztycha leżącym dla szpanu na stoliku. Zawsze był gdzieś niedaleko następny dzień i praca. Dyżur czaił się wszędzie. Dni dzieliły się na te przed dyżurem i po. Nasz Doktor osobiście wolał te po, bo ulga doznawana wraz z tzw. zejściem z dyżuru nie znajdywała odpowiednika w szeroko pojętej przyrodzie. Czasem jednak przyjemność psuła uporczywa świadomość, że to „po” jest jednocześnie już „przed”.

– Macie jutro jakieś obowiązki? – Nasz Doktor spytał z ciekawości i dlatego, że miał pewien plan. – Może dla odmiany spotkamy się na siłowni.

– Ja mam obowiązki małżeńskie – zgłosił lojalnie Luzik. – Ale oczywiście przyjdę.

– Czy są jeszcze jakieś inne konflikty interesów? – podchwycił Nieztych. – Jak nie, to jutro w siłowni „Mały koks ”. Obowiązuje strój sportowy – upomniał na wszelki wypadek. – Każdy z własnym batonem energetycznym, bo po ekstremalnym wysiłku kanibalizm mięśniowy jest straszny.

– Każdy kanibalizm jest straszny – Nasz Doktor pomyślał o wężu zjadającym własny ogon i innych bliskich interakcjach tego typu.

Gdzieś w oddali zadzwonił telefon. Zrobiło się wcześnie, szarawo, a blade światło świtu wsączało się przez dyskretne okienka. Ktoś otworzył lufcik i chłód wdarł się do środka, działając jak sole trzeźwiące.

Paskudny dzwonek telefonu znów zabrzmiał. Kogut pieje – pomyśleli.

Wszyscy poderwali się równocześnie. To był ten sam znany dobrze sygnał, który na dyżurze zwiastował konsultacje, przyjęcia i inne, co tu dużo mówić, kłopoty. Nienawidzili go. To był ten sam dzwonek, którym Pawłow uczył swoje psy…

Jak nie zmienią tego dzwonka, to nigdy już tu nie przyjdziemy – pomyśleli jednocześnie, w tym Motyl przez sen. Czas się było zbierać. Wyraźnie widać to było po rozchodzących się grupkach rozbawionej, lub jakbyśmy to kiedyś powiedzieli, rozwydrzonej młodzieży.

– Budzić Motyla i wychodzimy – padały co rusz mobilizujące okrzyki.

Na odchodne Nieztych zostawił napiwek razem z portfelem.

– Nie zostało tam tego dyżurowego wiele i chcę zamknąć ten bohaterski rozdział. Niech to będzie taki symbol. Jak się dowiedzieli później, „taki symbol” czekał już na niego w pracy. Uczciwy znalazca, czyli w tym wypadku kelner, był pacjentem Nieztycha. Oddając odchudzoną przez interesujący wieczór zgubę, uśmiechał się porozumiewawczo. Że niby nie wiedziałem, co robię, pomyślał Nieztych i schował fant do kieszeni. Zostawiłem portfelik, a wrócił bumerang. A podobno pieniądze się mnie nie trzymają… Może jednak zarobione uczciwie?

Rafał Stadryniak
internista

Pamięci dyżurujących…

Rys. Zen