Sztuka przyjmowania...

Ludzie wolą być zrujnowani przez pochwały niż naprawieni przez krytykę.(George Bernard Shaw)

Ja nie pochwalam ani nie potępiam, ja tylko opowiadam.(Charles Marice de Talleyrand-Perigord, przypisywane)

...pochwał

Rafał Stadryniak = @Grypa

Nasz Doktor zastanawiał się, jak działa człowiek. Może nie chodziło o to, co go kręci, ale co nakręca. Na liście potencjalnych osi działania nachalnie pojawiały się: zaspokojenie głodu w każdej postaci i potrzeba bezpieczeństwa. Gdzieś z tyłu głowy zamajaczył także krzykliwy neon z napisem sex.

W trakcie operacji myślowych uwaga Doktora uległa rozproszeniu i zamiast konstruktywnego myślenia pojawiły się wspomnienia. Nasz Doktor gdy był ledwie Doktorem i Bardzo Młodszym Asystentem, starał się ogarnąć pracę na oddziale, mając jednocześnie etat dzielony z przychodnią. Nie było to takie zabawne, jak się prowadziło jedną albo dwie sale chorych. Szef, będąc starym dydaktykiem, nie spieszył się z wizytą lekarską na tym odcinku. Bez wizyty wiadomo, robota stoi. Jak już w końcu wizyta się odbyła, trzeba było pędzić na złamanie karku do tzw. rejonu, gdzie kłębił się polski naród chorych. Siłą rzeczy nie można było ogarnąć papierów.

Szef przyglądał się zmaganiom Bardzo Młodszego z zainteresowaniem, ale nie zamierzał robić wcześniej wizyty. Stara szkoła, zimny wychów. Za to kiedyś poprosił Młodszego do siebie i teatralnie rozdarł szaty:

– Jak mam na pana wpłynąć, żeby pan lepiej pracował? – spytał. Stara szkoła dopuszczała jak najbardziej autokrytykę.

– To proste – odparł Bardzo Młodszy. – Na mnie działają pochwały, nagrody okolicznościowe, prezenty. Tylko żeby były zasłużone. No i to tyle na razie, ale jeszcze przemyślę temat i ewentualnie dorzucę.

Szef się załamał, ale wkrótce zebrał się w sobie i nawet zmienił zwyczaje wizytowe na oddziale.

Na bazie tej historyjki

można pokusić się o rozważenie, jak ważna jest w życiu sztuka przyjmowania pochwał. Aczkolwiek każdy inny wniosek jest równie uzasadniony.

Pochwały, pochwały, pochwały… Nie jest łatwo. Pochwały nie chcą jakoś przechodzić przez gardło, a i obdarowany nie wie, co z tym szczęściem zrobić. Nasza kultura aż razi skromnością. W tym względzie jesteśmy bardziej podobni do Chińczyków, którzy wpółzgięci czerwienią się ze wstydu pod wpływem komplementów.

Nawiasem mówiąc, tak można ich pokonać – kombinował Nasz Doktor – gdyby doszło co do czego.

Gospodyni komplementowana przez gości za wyśmienita kaczkę w pomarańczach i jeszcze lepszą kreację wieczorową automatycznie odpowiada, że kaczkę kupiła w ostatniej chwili w supermarkecie okazyjnie, z krótką datą ważności. Ale po wypłukaniu w chlorowym wybielaczu jest jak nowa. A kreację przerobiła z sukienki studniówkowej córki. Oczywiście goście są w lekkim szoku, bo kaczka już jest ich.

Nasz Doktor latami obserwował, jak lekarz potrafi pochwalić kolegów po fachu wprost do pacjenta. Czasem są to pochwały bardzo zawoalowane typu: No świetny lek panu przepisał kolega X, ale nie na ta chorobę.

Czasem zaś ostrze pochwały jest proste i szczere jak złoto.

Ortopeda, który komplementował Doktora Internistę za zlecenie kwasu moczowego, sam zasługuje na pochwałę.

– Doktor ortopeda powiedział, że to był prawdziwy majstersztyk – cytowała pacjentka, która czuła potrzebę puszczenia pochwały w obieg, bo przecież dobro zawsze wraca do człowieka.

Chyba chodziło o pochwałę sfinansowania tego badania, a nie wkład intelektualny w diagnostykę choroby, zachodził w głowę Doktor.

– Niech pani powie ortopedzie, że wyrabia ponadczasowo artystyczne gipsy. – Doktor czuł się zobowiązany. Dobro powinno wrócić do człowieka.

Ciekawe co by powiedział ten kolega, gdyby pacjentka na następną wizytę przyniosła np. wynik LDH. Czy piałby z zachwytu? Jakich słów by użył? Znając realia finansowania POZ, nigdy się tego nie dowiemy.

Leniwe, acz przyjemne myśli pierzchły nagle,

gdy zza drzwiami gabinetu rozległo się znajome szuranie. Była to starsza pacjentka, która ulubiła sobie Doktora.

– Pan jest taki ładny – lukrowała na wstępie. Nagminne były też próby pocałowania Doktora, a to w czoło, a to w oko, a to w rękę.

– Gdzie się podziewałaś, kobieto, jak byłaś młodsza – burczał Doktor, niezgrabnie zasłaniając się przed brutalnymi karesami. – No, no, już wystarczy – mitygował wdzięczną pacjentkę. – A sio – oganiał się cichutko, ale Szurająca była nieubłagana.

– Ja tak doktora lubię – mówiła z czułością. – Jak jestem u Doktora, to potem przez dwa tygodnie nic mi nie dolega. Rodzina to mówi, że za rzadko chodzę do pana.

I walcz tu, człowieku, z taką miłością i z takimi wyznaniami.

– Już wystarczy, kochana, bo inni pacjenci będą zazdrośni – zażartował Nasz Doktor niemrawo, ale o dziwo zadziałało. Czyżby stara szkoła?

Szurająca odeszła, prawie nie szurając.

Następny był w kolejce kolega ze szkoły, który przyprowadził, a raczej doprowadził swoją żonę.

– Ona nigdy nie chorowała, ale teraz jak jesteśmy w trakcie rozwodu, to może zacznie.

Żona przytaknęła.

– Wybrałem ciebie na lekarza rodzinnego, bo cię znam – zaznaczył.

– Komplement surowy, ale też przyjmę – nie wybrzydzał Nasz Doktor. – Przyjmę jak te trzy nagie miecze krzyżackie na znak zwycięstwa, chociaż broni u nas dostatek.

– No to przekazuję ci żonę i lecę.

Kolega ulotnił się, jak obiecał. Żona została. Skoro już przyszła, dostała pakiet startowy typu MOC (mocz, morfologia, OB, cukier).

– Mój mąż bardzo pana chwalił. Mówił, że oddaje mnie w dobre ręce – upewniała się „żona na wylocie”.

Nasz Doktor spłonił się i dopisał na zleceniu kwas moczowy. Niech się nie wydaje, że tamto to był jednorazowy majstersztyk.

Tu mała dygresja.

Zlecanie badań to nie takie proste, jak się wydaje, zadanie. Jak się powiąże zlecającego z kosztami badań, nagle okazuje się, że wiele rzeczy jest niepotrzebnych. Badania można robić z wielu powodów albo i bez powodów. Są profilaktyczne (to pacjenci uwielbiają, aczkolwiek prawdziwe badania profilaktyczne z pracy lekceważy się powszechnie, oczekując podpisania kwitu, najlepiej zaocznie). Są badania z ciekawości, takiej ludzkiej ciekawości. Badania z niewiedzy (nie wiem, doktorze, jaki mam dzisiaj cukier). Osobną kategorię stanowią wieloletnie monitoringi OB i ASO u osób zdrowych. Nie ma co próbować tego zrozumieć. Osoby z tą przypadłością, którym odmówi się badania, same go nie zrobią, natomiast obraza i uraz sięga trzeciego pokolenia. Można wykonywać też badania kontrolne do kontrolnych. Najlepszym badaniem czynnościowym jest powtórzenie badania - jak mawiał szef Bardzo Młodszego, obserwując objawy zrozumienia na jego twarzy.

Młodszy w końcu zrozumiał.

Są też badania wykonywane ze strachu, żeby czegoś nie przeoczyć, z bezradności – że jeszcze coś się robi, że piłka w grze. Są analizy zlecane pod presją rodzin, analizy do dokumentacji potwierdzające kolejny raz chorobę. Badania do renty, żeby coś było świeżego do dokumentacji, do sanatorium etc. Osobne miejsce zajmują badania koncepcyjne zlecane przez lekarza ni z gruszki, ni z pietruszki. Jak się coś trafi, wtedy nagle nabierają sensu, a zlecający wkłada na głowę należny wieniec laurowy.

No i jest kwas moczowy.

Ostatnio zaś rozmnożyły się badania przekazywane ustnie przez specjalistów do wykonania w POZ. Ustami pacjentów. Na przykład gastrolog życzy sobie wykonania HbA1C, żeby rozpoznać cukrzycę. Urolog nie może ruszyć z terapią, zanim nie ujrzy fT3 i fT4.

To nie żarty. Internę teraz czytują do poduszki już wszyscy.

Za to im więcej badań zleconych, tym większa miłość pacjentów, którzy sami podpowiadają:

– Zróbmy, doktorze, wszystkie badania, żebyśmy wiedzieli, co mi jest. – I podstawiają rękę do pobrania. Na takie zaufanie nie ma lekarstwa.

Jakby wiedziony instynktem

Nasz Doktor przez chwilę wstrzymał myśli i popatrzył na drzwi. Te zaś rozstąpiły się i pojawił się w nich uśmiechnięty Nieztych.

– No kolego, całuj w mankiet. Załatwiłem bileciki na koncert.

Tylko nie całuj, tylko nie w mankiet, pomyślał z przerażeniem Nasz Doktor, mając przed oczyma Szurającą.

– No dobra, to pochwal mnie. Wezmę to na klatę – zadeklarował Nieztych, który lubił być doceniony.

– A bileciki to skąd, jak wszystkie podobno już poszły? Pytałem w zeszłym tygodniu i nic. W kasie powiedzieli, żebym się dowiadywał, bo może jak ktoś umrze…

– A nie, to pacjentka mi załatwiła. Wyleczyłem ją z migdałków i co tu dużo mówić, chciała się zrewanżować.

– Pozazdrościć – powiedział Nasz Doktor, który jednak wolał osobiście nie wchodzić w takie relacje. Może z ostrożności, a może ze strachu przed utratą dystansu? – À propos dystansu – przypomniało się Naszemu Doktorowi – to będę się zwijał i lecę do pogotowia.

– Co, dyżurek? – zapytał domyślnie Nieztych.

– A tam, taki malutki. Nie ma o czym mówić – machnął ręką Doktor, ale już myślał o pracy na karetce jak o walce w półdystansie.

Dyżur nie zawiódł Doktora.

Wyjazdów było mnóstwo i do tego bardzo dziwnych. Całe zastępy pokiereszowanych pijanych zwoziło się teraz na SOR. Swoim zapachem i zachowaniem wyznaczali zupełnie nowe standardy medyczne. Leżeli i pachnieli...

Kolejny znaleziony „leżak” został odholowany oczywiście do holu, gdzie w trosce, żeby nie spadł z łóżka lub broń Boże z wysokości własnego ciała, został położony w przygotowanym kąciku. Leżało tam już dwóch malowniczo, acz nieświadomie obejmujących się bywalców podłóg. Dorzucenie trzeciego spowodowało dziwne poruszenie i wkrótce uformowała się prawdziwa grupa Laokoona, z tym że na leżąco. Grupa wydawała zduszone okrzyki i promieniowała zapachem. Ktoś zadzwonił po ochronę. Na wezwanie zjawiło się dwóch zatrudnionych ochroniarzy. Obaj z grupami inwalidzkimi. Taka moda. Jeden z usztywnioną ręką, a drugi powłóczący nogą. Od razu zabrali się do roboty.

– Leeeż spokojnie, bo ci przywalę – krzyczał pierwszy.

– Sieeedź, bo ci zakopię – wtórował drugi, obaj z bezpiecznej odległości.

– No to możemy jechać – zawyrokował Nasz Doktor. Sytuacja opanowana. Panowie są w dobrych rękach.

– I nogach – dodał kierowca karetki, kończąc papieroska.

Dyżur jak dyżur, ale nazajutrz spotkała Doktora przyjemna niespodzianka. Na tablicy ogłoszeń w pogotowiu wisiały podziękowania „za uratowanie życia mężowi”. Doktor od razu skojarzył, że musi chodzić o ostatniego „leżaka”. Tajemnicą było, jak te dowody wdzięczności pojawiły się tak szybko, nad ranem.

Dziwne.

Schodząc z dyżuru Doktor zagadnął na ten temat dyspozytorkę.

– A, to ja sama napisała, jak zadzwoniła żona z podziękowaniami. Mąż leżał przed klatka schodową, a ona mieszka na trzecim piętrze, tak że nie dałaby rady go wciągnąć. Ale, że to jednak mąż, to wezwała pogotowie. Na pewno nie napisze podziękowania w gazecie, a nas tak ostatnio mało chwalą, że po prostu napisałam w jej imieniu. Powiedziała: jestem bardzo wdzięczna, że go zabierzecie. No to napisałam karteczkę…

Nasz Doktor spłonił się, nie wiedząc sam czy ze wstydu, czy przez skromność. Miał nadzieję, że ochroniarze w szpitalu nie zepsuli obrazu tej idylli.

Wyjście do teatru udało się niespodzianie.

Była to operetka. Rzędy pierwsze. Na sali gorąco, żeby śpiewacy nie przeziębili gardeł. Sen przyszedł niespodziewanie.

Przynajmniej z tym nie ma problemu, pomyślał Doktor i zanurzył się w przyjemnych marzeniach sennych.

Występ wszystkim się podobał, a najgłośniej klaskał Nasz Doktor, trochę z poczucia obowiązku, a trochę dla dowcipu. Były bisy i ukłony.

– Już załatwiam bilety na następny raz – nakręcał się Nieztych.

Nasz Doktor popatrzył na obrzękłe od aplauzu dłonie i schował je do kieszeni.

– Na mnie nie licz. Ja mam swoich wdzięcznych pacjentów.

Rafał Stadryniak
internista

Naestradzie660

Rys. Zen