Wypłukanie...

O, Leonardo, czemu się tak trudzisz? – Tak pytał sam siebie mistrz Leonardo. Z braku jasnej odpowiedzi kontynuował swoją frenetyczną działalność. Ale Ty, czemu się tak trudzisz?

... zawodowe

Rafał Stadryniak = @Grypa

Co to jest wypalenie zawodowe, wie już każde dziecko od dziecka. Co to jest wyścig szczurów, wiedzą ci, co w nim uczestniczą, albo i często gęsto nie wiedzą. Na pocieszenie dla przegranych zawsze można powiedzieć, że wygrał szczur.

Czasem granice szaleństwa nie są ostre i wyścig pozornie wygląda jak spacer, a wypalenie zawodowe bardziej przypomina wypłukanie…

À propos wypłukania zawodowego. Po dyżurach organizm Doktora domagał się jakiejś innej aktywności, a nie tylko nerwowego ogryzania paznokci. Stąd narodziła się idea basenowej wspólnoty dyżurujących. I tak kolega Nieztych, co to wrażliwy jest na pięknie pływające panie, Luzik, co pływa jak musi, i oczywiście kolega Motyl, który liznął bakcyla total immersion, i również oczywiście Nasz Doktor nieodwołalnie spotykali się raz w tygodniu na pływalni. Raz w tygodniu razem, bo w inne dni w miarę możliwości ćwiczyli indywidualnie.

Stali w przedsionku rozbieralni, spoglądając na kuszącą zieleń chlorowanej wody.

– Coś cię nie widuję na basenie – zagaił Doktora kolega Motyl.

– Bo nie bywasz, kolego – odpalił sprytnie Doktor. – Ja tam jestem po każdym dyżurze, żeby spłukać z siebie, że tak powiem, cały ten szpitalny stres. Do tego chlor i woda są najlepsze. Jak w domestosie.

– Ja za to – oznajmił Motyl – wynalazłem nowy styl pływacki. Jeszcze nie ma nazwy. Chyba nazwę go swoim imieniem.

– Ale już jest jeden styl od twego imienia – Nieztych pojawił się jak zwykle znikąd, klepiąc przy tym dotkliwie kolegów po plecach na powitanie.

– To właściwie jest od nazwiska – rozważał Motyl.

– No to nazwij teraz od imienia. „Stefan” to nawet brzmi. Płynąć stefanem. Zawody stefanem. Jest potencjał w nazwie.

– Ohohoho, jaka piękna pani – rzucił znienacka swój stały tekst Nieztych i wszystkie głowy powędrowały za wchodzącą do wody niewiastą. A było co podziwiać, gdyż kobieta przemieszczająca się w płetwach ma do zaoferowania patrzącym koneserom znacznie więcej niż ta w szpilkach.

– Niepoprawni seksiści – zgromił zaaferowanych wodnym zjawiskiem mocno spóźniony Luzik. – Przecież ona widzi i słyszy, że się ślinicie i wydajecie te samcze pomruki.

– One zawsze widzą i wszystko słyszą – potwierdził Nieztych. – Ohohoho, jaka piękna pani – rzucił znienacka, doceniając kolejną wchodzącą, zanim jeszcze pierwsza zniknęła w wodzie. – One po tym lepiej pływają – usprawiedliwiał się niepotrzebnie. – Jedna panna to tak się chciała popisać, że o mały włos by utonęła. Uratowałem oczywiście zupełnie automatycznie. Potem okazało się, że w ogóle jest pierwszy raz na basenie i od razu na głęboką się rzuciła. Wanda jedna. Myślała, że wystarczy wejść do wody i jakoś to będzie. Naprawdę tradycyjne spojrzenie nie tylko na pływanie – zamyślił się Nieztych. – Dała mi numer telefonu, ale zaginał pod prysznicem. Przepadło, bo drugi raz już tak się nie rzuci do wody jak Wandaconiemcaniechciała.

– Ale z drugiej strony – włączył się Luzik znany z ostrożności w kontaktach z niewiastami – jeśli rzucanie się stanowiło cechę charakteru, to lepiej omijać takie tonące prosto z mostu z dużego daleka. I jeszcze dla pewności obchodzić bokiem.

Pływanie nie może trwać wiecznie i po godzinie trzeba już było wychodzić z wody. Niektórzy popijali izotoniki w dzikich kolorach. Drudzy, którzy napili się nieco basenówki, nie musieli uzupełniać płynów.

Nieztych jeszcze w szatni próbował zaczepiać piękne panie, które bez czepków i bez kostiumów wyglądały zupełnie niepodobnie do siebie. Stawało się to źródłem licznych pomyłek. Niektóre panie zostały zaczepione przez pomyłkę dugi raz. Inne ani razu. Nie ma sprawiedliwości na świecie i na basenie.

Tak czy owak wszyscy rozeszli się zmęczeni i odświeżeni na swój sposób.

Nazajutrz Nasz Doktor miał świąteczny dyżur i na oddziale trzeba było zrobić wizytę. Rękawy zakasane, słuchawki odkażone – to do roboty.

Wizyta snuła się leniwie, przerywana co trochę wezwaniami z SOR-u. Pacjenci nie ułatwiali roboty, wymykając się na mszę świętą do pobliskiej kaplicy, gdzie jak wiadomo nie sięga władza lekarska.

Nasz Doktor dobrnął do połowy, a tu już – że tak powiem – słońce stało wysoko na niebie i rosa na łąkach już obeschła.

To do dzieła, sam sobie dodając odwagi, ruszył na tak zwane damskie sale. Damskie sale charakteryzują się tym, że NIKT ich nie chce prowadzić. Kobiety chorujące są bardziej dociekliwe, kłopotliwe, płaczliwe i gadatliwe. Jak ktoś to lubi, to damskie sale są jego.

Doktor wziął głęboki oddech i przekroczył próg. Nie było tak źle. Na sali ogólnie bez płaczu. Spokój. W kącie przy oknie leżała jednooka staruszka, niedająca żadnych znaków, w tym życia. Nasz Doktor kątem oka obserwował, czy aby klatka piersiowa unosi się w oddechu. Unosiła się aby. Gdy przyszła kolej na starszą panią, ta najniespodziewaniej ożywiła się i otworzyła jedyne oko:

– Ale nasz doktor dzisiaj młodziuńki i piękniutki mężczyzna – zaczęła śpiewnie, ale przecież całkiem do rzeczy.

– Jaki tam młodziuńki – Doktor bronił się nieśmiało przed awansami. Panie z sali chichotały.

Trzeba docenić taką optykę. Dzielna starsza pani, pomyślał Nasz Doktor. A nie na darmo też mawiają, że wśród ślepych jednooki królem.

Swoją drogą to miłe, że ktoś w ogóle usiłuje komplementować i to bezinteresownie. Nasz Doktor spotykał się najczęściej z innym rodzajem słownych karesów. Z reguły po pochwałach zaczynały się żądania.

Załóżmy, że jest piękny słoneczny dzień, a tu wchodzi pacjentka z naręczem dokumentacji i rzucając kuse spojrzenie, wypala:

– O, widzę, że doktor ma dzisiaj dobry humor. (To ten komplement) To dobrze, bo mam parę nieprzyjemnych spraw. – I miała…

Z czasem dreszczyk emocji i poczucie posłannictwa bledną, bo muszą zblednąć. Pojawia się maska profesjonalisty, która pozwala dłużej pracować. Pozwala nie płakać z każdym pacjentem. Pozwala przyjmować pochwały bez zażenowania i przygany, które nie są przecież końcem świata, bez niepotrzebnej ekscytacji. Pojawia się lekko wypłowiały emocjonalnie produkt pod tytułem doświadczony i asertywny Pan Doktor. I też jest niedobrze.

Ludzie mimo wszystko kochają emocjonalnych lekarzy, a asertywność, która ma chronić lekarza przed emocjonalną demolką, postrzegana jest jako zachowanie nieludzkie.

Latami zdarzało się Doktorowi wysłuchiwać pacjentów opowiadających, jak to lekarz kopnął ich w siedzisko, bo zawracali mu głowę. Pacjenci o dziwo byli na swój sposób dumni z tego faktu. Miał fantazję panisko. Dziś takich lekarzy już nie ma. A fantazję to mają pacjenci…

Do gabinetu zaglądała właśnie pacjentka. Nasz Doktor znał ją właśnie z takiego zaglądania. Podobno też pukała, ale tego nikt jeszcze nie słyszał.

– Doktor skierował mnie do laryngologa z uszami – zagaiła Zaglądająca, która za zaglądającą głową zapuściła już resztę ciała w głąb gabinetu.

– To by się zgadzało, z uszami – mruczał Doktor, przeglądając dokumentację. – I co z tymi uszami?

– A nic. Wyznaczyli mi termin za miesiąc i co teraz doktor zrobi?

– Ja? – zdziwił się Doktor? – Będę kibicował – chciał powiedzieć, bo właśnie rozpoczęła się faza pucharowa mistrzostw w piłce nożnej, ale coś mu mówiło, że nie wszyscy w tym towarzystwie znają się na żartach.

Pacjentka wylała swoją frustrację. Nasz Doktor taktownie poradził, żeby trochę jadu zostawiła na wizytę u specjalisty, która w końcu nadejdzie. Powód wizyty nie jest chorobą śmiertelną. Pacjentka nie chciała tego słuchać. Nie po to tu przyszła. Chciała komuś opowiedzieć o swoich emocjach.

Nasz Doktor przeniósł się już myślami na basen. Właśnie robił nawrót i długimi, spokojnymi ruchami zagarniał wodę. Oddech miał wyregulowany, ciało rozluźnione. Gdy się ocknął, pacjentka już powoli zbierała się do wyjścia.

– Niech pani zajrzy za 4 tygodnie, jak się będą kończyły leki i opowie mi pani o wizycie u laryngologa.

Zaglądająca rutynowo nie złapała dowcipu, bo skąd mogła wiedzieć, że jej zaglądanie stało się przysłowiowe.

Następne dni były pełne słońca, luzu i transmisji piłkarskich. Kąpiele słoneczne, całe dnie na świeżym powietrzu. Wieczorem mecze w gronie znawców piłki kopanej i lubelskiej perełki. Doktor zupełnie zapomniał, że jest Doktorem. Był po prostu człowiekiem, albo jak kto woli – mężczyzną.

Na kortach Gornika 660

Powrót do kieratu po takim rozluźnieniu zawsze boli. I bolało jak cholera.

Na dyżurze usiłował zagajać pielęgniarki. Tak dla uzyskania pozytywnej atmosfery pracy.

– Zobaczcie, jaki jestem opalony – zaczynał Doktor.

– A jak my jesteśmy wypalone… – odpowiadały pielęgniarki, które na pewno nie umawiały się w kwestii wypowiedzi. Nie musiały. Wszystkie były złe, zmęczone, niewyspane, rozdrażnione i niedocenione, także finansowo. Każde nowe przyjęcie pacjenta na oddział stanowiło powód do niekończących się narzekań. Każde badanie do pobrania kwitowane: co znowu, a po co to, a na pewno to potrzebne?

Cholera – pomyślał Nasz Doktor – medycznie i niemedycznie zarazem. Muszę bardziej szanować swoje małe wypalenie, a właściwie wypłukanie, z którym idzie się dogadać. Te tutaj pracownice to już tylko garstka popiołu z domieszką żółci. Aż strach pomyśleć, że wypalone idą do domu, a idą, i swoim wypaleniem częstują rodziny. Nie, to zbyt straszne, nie będę o tym myślał.

Jednak natrętna myśl, jak robak dążący w drewnie, nie dawała spokoju: nigdy nie spotkałem ich na basenie. Może basen jest tu kluczowy? Może basen by coś pomógł?

A może już nie ma nadziei i pozostaje tylko fraza Bukowskiego: płonąc w wodzie, tonąc w ogniu? Czyli tak czy owak koniec.

A może basen by coś jednak pomógł?

Może, może, może…

Nasz Doktor wyszedł w końcu z pracy lekko rozdrażniony ogólną niemocą i krzywdą ludzką. Na wielkim murze przed szpitalem ktoś bezceremonialnie namalował sprejem baranka metrowej długości, a obok na przystawkę, koślawymi literami ociekającymi czarną farbą tekst:

Codziennie palę się jaśniej
Codziennie głębiej tonę
W mokrym popiele szczęście
Jak papieros zgaszone.

Dobre. Z serca młodego wyrwane. I takie dosłowne. Proszę bardzo: wszyscy cierpią, nawet operator spreja – pomyślał Nasz Doktor znacznie już uspokojony.

Tylko baranka szkoda, bo nie wyszedł.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen