Mówią o mnie...

Sic itur ad astra Tak idzie się do gwiazd.

Nie chcę cię, Kasieńko, nie chcę, bo o tobie ludzie mówią źle (z piosenki ludowej)

... w mieście…

Rafał Stadryniak = @Grypa

Lepiej żeby gadali źle i głupoty, niż wcale a wcale. Jak nic o tobie nie mówią, to znaczy, że skończyło się i nie żyjesz. Te i podobne stwierdzenia rodem z opowieści o świecie celebrytów królują obecnie. A tu człowiek sobie żyje spokojnym żywotem lekarza dyżurującego i żaden rozgłos nie jest mu potrzebny. Zwłaszcza że przeciwnie do gwiazd popu, ekscesy i wpadki nie są powodem do lekarskiej dumy. Niemniej jednak człowiek pracując i żyjąc dłuższy czas w jednym miejscu, musi się z czasem zmierzyć ze swoją legendą i do tego ją udźwignąć.

Cafe 400

Nasz Doktor zasłyszał pewne plotki na swój temat.

Było to w maglu czy może u fryzjera, nieważne. Skarżąca się niewiasta z nazwiska deprecjonowała Doktora. Chciała sobie tylko przedłużyć receptę w przychodni rodzinnej, a Doktor robił jej jakieś dziwne wstręty, dopytywał, chciał badać.

– Ja po receptę, a on każe mi się rozbierać.

– I co, i co i co? – wszystkie stworzenia w maglu i u fryzjera zamarły. Napięcie rosło.

– I… zbadał, a potem receptę wypisał – napięcie pozostało nierozładowane, a puenta już przemknęła.

Nasz Doktor uwielbiał takie opowieści, które były de facto zakamuflowanymi komplementami: że się interesuje, zbiera wywiad, że bada…

– A ja tam piszę takie recepty na paszczę. A co się będę kopał z koniem. Oszczędność czasu i, pardon, moich nerwów. A nerwy mam tylko jedne – podjął niezbyt elegancko temat kolega Luzik.

Spotkanie znajomych lekarzy odbywało się już po pracy, w jego domu. Z gospodarzem nie wypada polemizować, toteż Nieztych tylko westchnął i zacytował swoją złotą myśl na ten tydzień:

– Życie zmusza człowieka do wielu czynności dobrowolnych…

– A słyszeliście, koledzy? – kontynuował Luzik. – Zacząłem mieć prywatnych pacjentów z odległych okolic. Znaczy moja sława dotarła nawet do osiedla Pod Lasem w rejonie osady Przedmurze. Zaraz przy skręcie z drogi krajowej na Kościółkowice Drugie trzeba jechać jakieś dwa kilometry i jeszcze raz skręcić w lewo przy takim dużym kamieniu – objaśniał niezrażony Luzik, stosując typowe wskazówki topograficzne dyspozytorek pogotowia. Potem zresztą okazywało się, że kamieni i skrętów była po drodze cała masa, ale i tak w końcu karetka trafiała na miejsce. – Miałem już trzech pacjentów „spod lasu”.

– Tam chyba nie dociera światło, dźwięk – próbował obniżyć rangę dokonań kolegi Motyl, który właśnie spijał najstarszą whisky gospodarza.

– Problem w tym, że jestem ofiarą własnej popularności – Luzik zamyślił się, dobierając słowa. – Ludzie z najdalszych zakątków dobijają się, żeby się przebadać na moim oddziale.

– Obecnie w sezonie wakacyjnym kładący się do szpitala chcą wykluczyć wszelką zarazę – dodał pod nosem Motyl – bo np. wybierają się w podróż dookoła świata, planują ślub lub zmieniają pracę i nie życzą sobie, żeby coś stanęło na przeszkodzie… Jednym słowem, inwestują w siebie i swoją przyszłość. Już nie boją się kolonoskopii i gastroskopii, które przez lata stanowiły skuteczne narzędzie walki z hipochondrią. Stawiają na szeroko pojętą profilaktykę.

– My to nazywamy uderzeniem wyprzedzającym – objaśnił łaskawie Nieztych, który należał do jakiejś organizacji paramilitarnej, a ostatnio nawet nocował sam w lesie, ale nie chciał o tym rozmawiać.

– My to nadal nazywamy profilaktyką – włączył się Nasz Doktor – chociaż czasami nazywamy to nerwicą. Nie dalej jak tydzień temu naszła była mnie pacjentka, która seryjnie robi wszystkie badania parę razy w roku. Choroby na razie nie chcą wychodzić, ale jak wszystko inne i to jest kwestią czasu. Po wielu rozmowach na temat co się komu należy, niektóre badania finansuje sama, chociaż głośno narzeka.

– Nie można jej tego zabronić – westchnął Nieztych, rozwalając się na kanapie. Temat najwyraźniej go nudził.

Pałeczkę prowadzącego przejął z wdziękiem kolega Motyl, który po whisky robił się bardziej towarzyski.

– A ja tam takim nerwowym szukającym chorób opowiadam historię o autobusie, który ma przyjechać o 15.30. Jak która zagląda o 15.00, samochodu nie ma. Sprawdza co 5 minut, nie ma. A dlaczego? Bo będzie o 15.30 – oznajmił tryumfalnie.

– Chyba że przyjedzie za wcześnie – przytomnie zauważył Luzik.

– I co, nie dajesz na tzw. badania? – zdziwili się wszyscy.

– Daję, ale przy okazji i edukuję.

– Czyli tracisz czas, mój drogi, czas który powinieneś przeznaczyć na następnego pacjenta i ponadto uczciwie pracujesz na opinię nieużytka. Za państwowe pieniądze – to przebudził się Nieztych. – O, a ja, proszę, jestem niewrażliwy na naciski, i proszę – tu trzepnął ręką egzemplarz lokalnej gazety – cała ostatnia strona to podziękowania za opiekę dla kogo, no, dla kogo? Dla lekarza z powołaniem, czyli mnie.

– Może bali się, że jeszcze będą musieli korzystać z twoich usług – zasugerował Nasz Doktor.

– Może. Ale jakie piękne i miłe podziękowanie napisali.

Jakby na podsumowanie dyskusji niespodziewanie zabrzmiał dzwonek u drzwi.

W drzwiach stała dawno niewidziana Pszczółka, którą najprawdopodobniej dr Luzik również zaprosił.

– Musicie się wybrać do opery – zaczęła Pszczółka bez żadnych ceremonialnych wstępów. – Grają tam takie superdzieło, niestety tytuł mi umknął. Zresztą nie po polsku. Po prostu przebój. Zresztą dają na raz tylko jedną operę, więc się nie pomyli – zracjonalizowała swoją nieznajomość języków i opery. – Za rekomendację niech wam wystarczy, że wszyscy są zachwyceni, nawet ci, co nie byli, nawet ci, co nigdy nie pójdą – eskalowała napięcie.

– To zupełnie wystarczy za całą rekomendację – odezwał się Nasz Doktor, który usiłował sobie przypomnieć, co mu się właściwie nie podobało w operach. Może to, że cienko śpiewali? Nieważne. – Zwłaszcza przekonali mnie ci, co nigdy nie pójdą. To dla nich warto. – Bardzo to warto – dokończył w myślach Stachurą. – Jednakowoż nie zapomnijmy o tych, co nigdy nie pójdą.

– Nie zapomnimy – zapewnili chórem koledzy. Pszczółka stała z miną dobrej wróżki i była szczęśliwa.

Towarzystwo zgodnie z deklaracjami, może nazbyt pochopnymi, ale udało się na operę. Wysokie dźwięki i atmosfera uczty kulturalnej były wszechobecne. Nieztych bawił się najlepiej, rozglądając się nerwowo i kontemplując na swój sposób wystrojone niewiasty.

– Ohohohohohoho, jaka piękna pani – wyrywało mu się zgoła niekameralnie.

Gdy było już po wszystkim, przybiegła Pszczółka, która czuła się w jakiś sposób odpowiedzialna za kolegów, a może chciała ich rozbudzić artystycznie. W każdym razie kuła żelazo, póki gorące.

– I co, podobało się?

– A podobało, podobało – padały zapewnienia.

– To w przyszłym miesiącu idziemy na następną, niestety nie mam głowy do tytułów.

– Do leków też – mruknął Nieztych między jednym a drugim „ohohohohohhoho”.

– Nie zawsze sztuka idzie ręka w rękę z medycyną, ale trzeba próbować. Taki Wieniawa na ten przykład był w sercu artystą, z zawodu lekarzem, a ostatecznie ułanem i adiutantem Naczelnika. Niepraktykującym lekarzem był Krzysztof Komeda i wielu innych… No, ale dość już tych wysokich dźwięków – zakomenderował Nasz Doktor – pora odsapnąć.

Wracali ze śpiewem na ustach.

spiewy300

Nazajutrz, nie wiadomo skąd, rozeszła się fama, że miejscowa medycyna bywa w operach.

Wiedzieli już wszyscy pacjenci, personel biały i, jeśli jest niebiały, to też już wiedział. Pacjenci zaczynali rozmowę od „Widziałem pana wczoraj w operze. Jak pan znajduje arię finałową?”. „Z trudem” było złą odpowiedzią i całkiem słusznie nie przechodziło przez gardło.

Nasz Doktor plątał się, albowiem nie zdążył przyswoić sobie podstawowego słowniczka operowego. Gdzieś po głowie przemykało mu tylko jakieć „fłaje”, ale to nie było to.

Po pracowitym dniu wychodząc z przychodni, słyszał wokoło na poczekalni sceniczne szepty:

– Nasz Doktor bywa w operze. Ciekawe kiedy ma czas się dokształcać.

– Ale niechętni, a któż ich nie ma – powtórzył sentencjonalnie Nasz Doktor za nie byle kim, bo za samym Sienkiewiczem Henrykiem – zabiorą człowiekowi każdą przyjemność, a nawet nieprzyjemność – dokończył niespodziewanie dla siebie, przypominając sobie przeszywające dźwięki.

Ziarno zostało posiane. Większość pacjentów jednak wolała mieć kulturalnego doktora, chociaż żadne referendum w tej sprawie nie się nie odbyło.

Dziwnym trafem nikt nie zauważył obecności w operze kolegi Nieztycha. Nieztych był urażony i sfrustrowany.Teraz planował kolejny nocleg w lesie, zupełnie sam na łonie natury.

– Ohohoho – jaka piękna opera – wyzłośliwiał się Nasz Doktor za każdym razem, widząc kolegę.

– Nie ohohoho, tylko Ohohohohohoho – poprawiał cierpliwie Nieztych, pomagając sobie palcem jak dyrygent. Bez entuzjazmu jednak.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen