Dzieci w gabinecie i w życiu...

Dziecka nie trzeba tolerować. Dziecko trzeba polerować. Anonim (ale i tak odważny…)

... czyli wiele hałasu o nic

Rafał Stadryniak = @Grypa

zdzieckiem660

Nasz Doktor, jak na rodzinnego przystało, dawał radę przyjmować dzieci, nie tzw. betowce wszakże. Betowce to małe, roczne stworzenia zakutane w beciki.

Przyjmowanie chodzących i demolujących gabinet stworzeń już leżało w jego kompetencjach. To proste – jak coś demoluje ci gabinet, to nie może być bardzo chore.

Niestety Doktor zapominał z premedytacją o jednym z ważniejszych elementów badania dziecka, jakim jest pozytywne uwarunkowanie. Tradycyjnie w Polsce odbywa się to przez nagrodzenie dzieciaka naklejką z napisem „dzielny pacjent” za to, że przyszło, że dało się zbadać…

Dobrą opinię o lekarzach wśród dzieci psuło zwyczajowe straszenie zastrzykami, albo że „pan doktor cię zabierze, jak nie będziesz grzeczny”. Nasz Doktor cierpliwie wyjaśniał, że straszyć trzeba policją i komornikiem. Że nie zabierze, a już na pewno nie będzie wychowywał. Pozostawała sprawa naklejek. Doktor, który upatrywał w płaceniu szkrabom naklejkami późniejszych zwyczajów korupcyjnych społeczeństwa, bronił się, jak mógł. Syzyfowe prace i męki Tantala w jednym.

Gdy matka dociskała o naklejkę, Doktor rozkładał bezradnie ręce i bezczelnie żartował: mam tylko naklejki dla dorosłych. W tym miejscu mrugał przepisowo. Dla dzieci nie mam nic. Matki ciężko wzdychały, bo brak nagrody za cierpienia potomstwa będzie wiązać się z zakupem kolejnych zabawek. To nie mój problem – pocieszał się w myślach Nasz Doktor. Żeby tylko nie przyszedł kiedyś taki dzień, że rodzic przejrzy blef i poprosi o tę naklejkę dla dorosłych.

Większy problem stanowiły prawie dorosłe panny przychodzące bez rodziców, za to poprzekłuwane to tu, to tam, z jakimiś kolczykami, dżetami. Do tego tatuaże, które wcale nie były małymi dziełami sztuki. Jakaś salamandra wspinająca się z trudem po pośladku, jakiś listek koło czegoś… Doktor tego nie ogarniał. Młodzież jednak nosiła je z godnością. Tak jak żuła gumę podczas wizyty w gabinecie.

Nasz Doktor jednak ustalił ze sobą, że bez względu na wszystko każdemu należy się szacunek. Wszak dzisiejsze dzieci to jutrzejsi dorośli. Jest w tym jakaś praktyczna mądrość.

Dzieciątko, które zostało przywleczone do gabinetu przez rodziców, było płci męskiej i rozpaczliwie płakało. Chłopak rzucał w przerwach na napełnienie płuc powietrzem cwane spojrzenia kontrolne, po czym zaczynał wycie od początku.

– Może puścicie go państwo na chwilę. Okna mam zakratowane, nie ucieknie – zażartował na próbę Nasz Doktor. Mały ze zdziwienia przestał wyć.

– Jego boli gardło – podpowiadała matka, która jeszcze chwilę temu wykręcała potomkowi rękę i podduszała.

– Nic dziwnego, gardło zdarte – Doktor zapuścił pobieżnego żurawia i teraz szykował się do obejrzenia całej tylnej ściany gardła za pomocą szpatułki i latarki.

– A nie będzie bolało? – dopytywał się przytomnie mały wyjec.

– Tylko bądź grzeczny, bo doktor przepisze ci zastrzyki – ojciec pomagał, jak umiał.

– Jak będzie bolało, to tata kupi ci misia – podchwycił Nasz Doktor, starając się utrzymać w konwencji.

– PlayStation – poprawił maluch.

– Właśnie – zgodził się Doktor.

Rodzice pootwierali szeroko usta zupełnie za darmo. Mały okazał się niezłym wspólnikiem. Na zakończenie wizyty Nasz Doktor nadaremnie czekał na rytualne poszturchiwanie malca przez rodziców i nagabywanie: no powiedz panu doktorowi do widzenia.

– Proszę się zgłosić do kontroli, gdyby PlayStation nie działał, tzn. pardon, gdyby gardło jeszcze bolało – zdążył dorzucić Nasz Doktor na odchodne. Niestety bez odzewu. Wszystkim nie dogodzisz, przypomniał sobie swoje własne motto i odprężył się.

Za drzwiami, które selektywnie przepuszczały dźwięki, słychać było szamotaninę i coś jakby zniekształcone: Ja ci dam stejszen. Nawet nalepki nie miał. Co to za doktor.

Nie od razu zbiera się żniwo, pomyślał samozachowawczo Nasz Doktor i wrócił do swoich obowiązków.

Dziwne te dzieci – niby mały dorosły, a tu wyrosła cała pediatria, żeby obsługiwać takie indywiduum. I po co, przecież i tak urośnie… Pediatrzy toczyli spory z internistami, kogo przyjmować, tzn. kiedy kończy się dziecko, a zaczyna dorosły. W szpitalu słynne były potyczki miedzy interną a pediatrią, gdzie położyć pannę, która za dwa dni będzie obchodziła osiemnaste urodziny. Czy nie od razu na internę? A może najpierw na dziecięcy, a z chwilą uzyskania pełnoletniości na dorosły oddział? Koronnym argumentem był fakt, że na oddziale są dzieci. Prawdziwe małe dzieci.

Fundusz zdrowia brutalnie przerwał te targi. Leczy się PESEL i koniec dyskusji.

W przychodniach zaś pediatrzy ustawili granice dorosłości na lat 16. Że niby już osobnik wyewoluował, jest ukształtowany i trzeba tylko tego nie zepsuć.

Kłopotem codziennym były dorastające panny urywające się z zajęć do przychodni bez rodziców. Jak taką zbadać, żeby nie być posądzonym o molestowanie? Sytuacje ratowały babcie jako towarzyszące przyzwoitki, bo rodzice byli zwykle zapracowani, a często przesiadywali za granicą.

Przyjmowanie dzieci, czy to małych, czy większych, było dla Doktora trochę męczące. Zęby zjadł na starszych osobnikach, ale jak trzeba, to trudno, trzeba.

Kolejny pacjent został wepchnięty do gabinetu przez rodzinę. W drzwiach stali ojciec, matka i babka, czyli romski standard kontaktów z lekarzem, zabezpieczając przed ucieczką zarówno dzieciaka, jak i lekarza. Doprowadzony nie chciał uciekać. Rozglądał się niepewnie, pokasłując co chwila.

– My prosimy o jakiś antybiotyk, bo mały tak kaszle, że spać nie można.

To fakt, potwierdził w myślach Nasz Doktor, że jak dziecko kaszle, to jest od razu reakcja rodziny. Jak kaszle senior, to mijają czasem miesiące i lata, nim rodzina zdecyduje się zgłosić z chorym do przychodni. Tylko podejrzenie gruźlicy w domu daje gwarancję szybkiego kontaktu z lekarzem.

Młody kasłał od miesiąca. Niby nic się nie działo. Nie gorączkował, nie miał kataru. Osłuchowo coś było nie tak. Jakiś cień podejrzenia. Jakby ściszenie szmeru nad płucem, ale ze znakiem zapytania.

– Trzeba będzie prześwietlić – stwierdził.

– A to konieczne? – dopytywała się rodzina. – To jeszcze dziecko. A może to alergia?

Nasz Doktor często się spotykał z takim mechanizmem, że w obliczu nieznanego rodzina podejrzewała pierwszą z brzegu chorobę, z reguły alfabetycznie. Alergia sama się narzucała. Doktor przemilczał alergię.

– Jak by nie było konieczne, to nawet bym nie proponował – zapewnił Nasz Doktor. – My tu skąpimy na badania i wykonujemy tylko wtedy, kiedy nie ma wyjścia.

– A jeśli tak, to zrobimy – uspokoiła się rodzina.

Wrócili za dwie godziny z kliszą. W podejrzanym miejscu bielał sobie na zdjęciu cień koralika, z przepisową dziurką w środku. Matka pokiwała głową:

– I znalazł się koralik. To od kompletu. A tyyyyle się go naszukałam…

Sprawa się więc wyjaśniła. Rodzice, mimo że wykryty konkret trzeba będzie leczyć w szpitalu, wydawali się już nieco mniej zaniepokojeni.

– Przynajmniej wiadomo, co mu jest, panie doktorze.

Doktor pokiwał głową. Tygodniowo leczył kilkunastu takich, co nie wiadomo, co im jest, więc teraz cieszył się razem z rodziną. Nie z choroby, broń Boże, ale że się wyjaśniło i nadal jaśnieje. Pozbycie się koralika nie będzie ani proste, ani przyjemne, ale tego już nie powiedział rodzicom.

Po tych przeżyciach należy się odpoczynek w domu, zarządził Nasz Doktor. Nie pójdę dzisiaj na żaden dyżur, zapewniał przewrotnie, choć przecież grafik dyżurowy był zapełniony na miesiąc do przodu i nie miał w planach żadnego. Będę odpoczywał, leżał bykiem, słuchał ptaków – odgrażał się w swojej naiwności.

W domu szybko zrzucił fartuch, którego w ferworze walki zapomniał zdjąć w przychodni. Wyłożył się w leżaczku przy ulicy i kontemplował chmury. Nie macie pojęcia, jaki tam ruch był na niebie. Kłębiaste rozpychały się nisko, cirrusy delikatnie rozciągnięte na wyżynach przesuwały się niczym siatkowate tło. Od czasu do czasu przeleciał samolot, kreśląc biały ślad. Słowem cisza i spokój.

Jednakowoż do czasu. Nagły warkot motorka przerwał te niebiańskie kontemplacje. Hałas powtarzał się co parę minut, tym bardziej irytujący, że motorek wyraźnie domagał się regulacji. Jakiś na oko 12-latek urządził sobie jazdę tam i z powrotem. Nasz Doktor miał przy tym wrażenie, że zuch chce mu zaimponować. Niestety mały nie mógł wiedzieć, że źle czyni. Hałas powtarzał się bez końca. Może skończy mu się benzyna, rozmarzył się Nasz Doktor zupełnie już pogodzony z hałasem. Postanowił jednak nie dać się i nadal tkwił w leżaku. Koszmar trwał i zdawał się nie mieć końca.

Z pomocą przyszedł niespodziewanie alarm w domu sąsiada, który, alarm, nie sąsiad, włączał się co jakiś czas z sobie tylko znanych powodów. Gdy syrena zawyła, mały na motorku przystanął i złapał się za uszy. A więc jednak słyszy, ucieszył się Nasz Doktor, który rozważał skierowanie młodego do renomowanego ośrodka w Kajetanach.

Mały stracił cały zapał i zniknął gdzieś za rogiem. Cóż to za przyjemność czynić hałas w hałasie? Zapytał retorycznie Nasz Doktor. I dokończył standardowo, tak jak czynią to rodzice przy każdej okazji: przecież to jeszcze dziecko.

Wrócił zatem do kontemplowania nieba. W międzyczasie dużo się działo. Chmurki goniły się, przyjmując niespodziewane konfiguracje. Większe jak zwykle połykały mniejsze. Nasz Doktor rozmarzył się. Znów miał 10 lat, leżał na łące, a w głowie brzmiał mu wierszyk o Dyziu Marzycielu, który widział w obłokach na nieboskłonie lody i watę cukrową.

Niestety. Cichą kontemplację przerwał ryk paralotni, która wychynęła znad cmentarza i teraz zataczała kręgi nad okoliczną ciszą. Warkot silnika był dojmujący. To już motorek nieletniego był lepszy, bo to co prychało i kichało w górze, miało prawdopodobnie silnik starej kosiarki w agonalnym stanie.

Nasz Doktor zapragnął nagle być zawodowych łucznikiem. Wszakże postanowił dać szansę sąsiadom. Minęło 5 minut i nic się nie stało. Lotniarz zaczął kreślić figlarne ósemki i nalatywał z coraz większym wigorem. Nie ma w okolicy żadnego myśliwego, pomyślał Nasz Doktor z goryczą.

Lotniarz powoli przesunął się nad lasem, po czym znów złapał ciepły prąd nad cmentarzem i majestatycznie poszybował za horyzont. Towarzyszyły temu zjawisku warkot i pokasływanie silnika.

Gdy w końcu zrobiło się szaro i zapadła cisza, Doktor zasnął niespodziewanie. Obudził się następnego dnia na tym samym leżaczku, na którym zaległ, pokryty rosą i babim latem. W domu go nie szukali, bo przyjęto, że jest na dyżurze.

Jak potrzeba, to ani szczeniak na prychającym motorku, ani szalony paralotniarz na kosiarce cię nie obudzą, gderał biorąc gorący prysznic i szykując się do pracy.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen

PS Przyroda nie znosi pustki, a życie jest przewrotne. Wczorajsi hałasowicze zgłosili się już następnego dnia na leczenie. Chłopak na motorku zapatrzył się na motolotnię i miał zderzenie z drzewem. Niegroźne, ale pouczające. Źródło hałasu zostało zezłomowane.

Lotniarz, mimo ciepłych prądów nad cmentarzem, przeziębił się i strasznie kasłał. Daleko mu było do kaszlącego silnika starej kosiarki, ale Nasz Doktor mu to wybaczył. Nikt nie jest doskonały. Zalecił egoistycznie, żeby lotniarz trzymał się z daleka od cmentarza, dla własnego zdrowia i dla zdrowia motorowerzystów. A najlepiej, żeby przerzucił się na spadochroniarstwo lub skoki na bungee.  R.S.