Bój się...

klodka200

Jeśli ktoś żyje według zaleceń lekarza, żyje nędznie (Richard Burton)

Świat się przewrócił. Więcej teraz lekarzy niż chorych (Albert Camus)

... czyli medycyna instynktowna

Rafał Stadryniak = @Grypa

Za lekarzem stoją lata wkuwania i praktyki podszytej strachem, za pacjentem stoją murem internet i sąsiedzi. Można powiedzieć, że jest remis i równowaga. Można sobie mówić…

Luzik był cały w nerwach i nie próbował tego ukrywać. Zresztą nie mógł, bo nerwy rozlazły mu się po całym ciele. Siedział i trząsł się jak galareta. Nasz Doktor próbował poklepywać go po ramieniu, ale wydawało się, że plecy będą lepsze.

– No już, no już dobrze, dobrze.

Poklepany w końcu osiągnął jaką taką równowagę i zapanował nad głosem.

– Zapłaciłem karę za recepty – przemówił matowym głosem z rezygnacją. – Dostałem za kilka lat z odsetkami. To ten mój ulubiony pacjent, który mnie wychwalał i prosił o różne specyfiki dla żony, dla dziadka, żeby wypisywać na niego. A teraz trzeba płacić... Jak się raz złamałem – chlipnął Luzik przeciągle – to potem nawet dla swojej sąsiadki coś na robaki chciał. Dla psa. I cały czas mnie wychwalał. A potem jak przyszła kontrola, to powiedział, że nie brał tych leków.

– Bo nie brał – logicznie podsumował Doktor.

– Ale receptę to brał. I tak mnie wychwalał.

– Wychwalał i miał rację. Kto inny by mu tak powypisywał? A teraz przyszedł rachunek. Pardon, a wiele tego jest?

– Tauzen, ale przy okazji sprawdzili mi inne rzeczy typu paradoksy refundologiczne i zrobiło się razy trzy. Tylko nie mów żonie – zaznaczył już normalnym głosem.

– Nie powiem – przyrzekł Doktor i wyobraził sobie furię Luzikowej. Domowe skąpiradło okazało się hojnym donatorem w pracy. – Nie martw się – pocieszał kolegę jak umiał Nasz Doktor. – Niech się martwią martwi – nie ustrzegł się od drobnego żarciku. – My jeszcze pożyjemy. Wszystko ma swoje dobre strony.

– Jakie strony?

– Teraz trochę minie, zanim znowu cię sprawdzą. A i ty będziesz mądrzejszy. Może jakoś przeżyjesz bez pochwał.

– A tak wychwalał moją wiedzę, diagnostyczne wyczucie.

– Bądźmy dobrej myśli, może dalej będzie wychwalał – podsunął Nasz Doktor, a na stronie dodał ciszej: – z rozpędu.

Pocieszanie zostało brutalnie przerwane dźwiękiem telefonu. Rozmówcy jednocześnie złapali się za komórki, każdy za swoją, ale to dzwonił aparat Doktora, a konkretniej kolega ze studiów. Medycznych ma się rozumieć. Kolega pochwalił Doktora, że mimo upływu lat numer ciągle ten sam.

– To świadczy o solidności i wzbudza szacunek.

– I żona ciągle ta sama – domagał się pochwał Doktor.

Luzik, któremu nie okazywano już zainteresowania, pozbierał się szybko i w ogóle nie przypominał siebie w stadium galarety.

Od czego są przyjaciele, pomyślał ciepło Nasz Doktor. Pod wpływem telefonu powróciły wspomnienia bezgrzesznych studenckich lat. Kolega ze studiów był niezłym oryginałem z roboczym pseudonimem „Bój”. Nie była to żadna partyzancka historia. Po prostu lubił znienacka zaskakiwać studentki, zachodząc je od tyłu i wykrzykując do ucha „bój się”. „Bój” było wyartykułowane w sposób wybuchowy, z eksplozywnym „B”. I studentki się bały.

Ech, gdyby tak zastosować tę technikę wobec niektórych interesantów w przychodni. Nie, broń Boże, wobec chorych i niespodziewających się niespodzianki prawdziwych nieszczęśników. Poza tym trudno kogoś przestraszyć w ten sposób, rozmawiając z nim en face. Muszę zatem popracować nad techniką. Założenia już mam, teraz szczegóły – zrekapitulował. A jutro pierwsze próby. Najlepiej na atolu Mururoa – rozmarzył się. Jaka szkoda, że nie pracuję na psychiatrii. Tam pewnie technika miałaby szanse na okrzyknięcie innowacyjną. W POZ będzie trudniej, ale ambitniej.

Pierwszy pacjent potraktowany „bóóój” był pod wpływem alkoholu. Nie wykazywał strachu, tylko zamrugał żywo oczami.

– Znaczy, że to takie memento mori – upewniał się co do natury zjawiska dźwiękowego.

– Takie memento mori – zgodził się Nasz Doktor.

Po paru próbach zorientował się, że pacjenci, w przeciwieństwie do studentek medycyny, nie są wcale płochliwi. I zupełnie nie boją się lekarza. A powinni – podsumował refleksyjnie.

– Niech będzie, że to taki test na słuch – Nasz Doktor pogodził się w końcu z myślą, że metoda nie wypaliła. Nie wszystko to, co w teorii hula że hej, w praktyce okazuje się przebojem.

Pacjenci się nie bali, za to wykazywali się zadziwiającą wiedzą medyczną. Może ta wiedza sprawiała, że wiele sobie obiecywali po medycynie. Była to wiedza z założenia niesystematyczna, raczej typu patchwork, ale momentami dość szczegółowa. Brakowało jednak właściwego rozkładu akcentów, tak że do jednego worka wrzucano standardy medyczne i dobre rady Goździkowej, która nawiasem mówiąc miałaby ze 200 lat, gdyby żyła. Standardy miały się gorzej, zmieniane co dwa, trzy lata. O lekach nie ma w ogóle co wspominać.

Kolejnemu pacjentowi zostało darowane i nie otrzymał gromkiego „bój się” na powitanie. Zresztą sam wiedział, czego chce, a chciał zwolnienia z pracy. Doktor nie pozwolił sobie na utratę czujności i zaczął zbierać wywiad podstawowy, jak uczą na studiach. Zwolnienia chcą wszyscy, ale za tym czasem może się kryć jakaś choroba.

– No więc pracuję rękami i wczoraj złamałem jedną – młodzieniec podniósł do góry całkiem zgrabny gips, a na nim tradycyjne odciski ust w szmince i jakieś wyrazy z wykrzyknikami pisane markerem. Czyli standard. Trzeba było przerwać żmudne zbieranie wywiadu, które rzetelnie wykonywane stanowi o pięknie zawodu. I nie szkodzi, że doświadczony lekarz już po kilkudziesięciu sekundach rozmowy z pacjentem ma gotową, z reguły trafną diagnozę.

Następnie nie było łatwiej. Kolejni pacjenci też mieli gotowe swoje diagnozy… Nasz Doktor wyobrażał sobie, jak w egipskiej scenerii wznoszą się do góry te konkurencyjne diagnozy, walcząc ze sobą o to, która dostanie się przed tron absolutu.

„Psujaaaczek” – usłyszał jako żywo głos kobiety wzywającej syna na wieczorną modlitwę. Otrząsnął się z zamyślenia. To ta nowela Prusa, którą zapamiętał z dzieciństwa. A Psujaczek mimo pozornej niestaranności osiągnął na zupełnym luzie sukces…

No więc na czym to skończyliśmy, zastanowił się Nasz Doktor, który wrócił do polskiej rzeczywistości, ale pacjenta już w niej nie było. Wyszedł ochoczo, unosząc w dłoni skierowanie na jakieś badania, które powinien sobie zrobić wg diagnozy z internetu.

A może wiedza medyczna jest instynktownie dana pacjentowi? – zastanawiał się Nasz Doktor. Bo raczej nie lekarzowi. Tu działa rutyna, a instynkt jest najczęściej instynktem samozachowawczym. Tu trzeba wszystko wykuć i zaliczyć.

Gwoli sprawiedliwości, Doktorowi zdarzało się przekonywać trudnych pacjentów, że najlepszymi specjalistami od leczenia są oni sami, wystarczy wsłuchać się w organizm, a nie ganiać codziennie do innego lekarza. Starał się tylko tego nie mówić osobom z jawną hipochondrią.

Niestety na zdrowiu zna się każdy rodak, tylko nie każdy dostał się na studia. Niektórzy nawet nie próbowali. Za to, jak to się mówi, każdy wie, gdzie i co przeczytać o chorobach. Na forum pacjentów aż wre od porad. I znowu ten cholerny rozkład akcentów – wyrwało się w myślach Doktorowi. Od tego są lekarze.

Nasz Doktor miał już dosyć na dzisiaj. Spakował wszystkie utensylia, a właściwie zagarnął je z biurka jednym zamaszystym ruchem wprost do teczki. Tylko komputer się ostał.

A teraz do warsztatu z samochodem. Coś słabował bestia, a tu jeszcze leasing się nie skończył.

Za każdym razem Doktor czynił to z pewną nieśmiałością, odkąd znany mechanik powiedział mu, że przy samochodzie praca jest toczka w toczkę jak praca lekarza. Diagnoza, leczenie. Tylko recept nie ma.

– Ale jest honorarium – upewnił się Doktor.

– Oczywiście.

Na drzwiach warsztatu wisiało wesołe ogłoszenie, które zaczynało się i kończyło cudzysłowem, że niby wszystko żartobliwie:

„Klient, który zagląda prze ramię w trakcie naprawy, płaci 30% więcej.

Jak zagląda przez ramię i doradza – 40%.

Jak zagląda, doradza i wie lepiej – 50%.

Jak chce pomagać – płaci podwójnie.”

Nie było napisane, przez które ramię nie należy zaglądać, ale i tak Nasz Doktor uśmiał się do łez.

Ale drzwi były zamknięte na kłódkę.

Rafał Stadryniak
internista

Rys. Zen