Łaskawa pamięć...

Pamiętajcie, mnie tu nie ma. (Słowa Stanisława Dziwisza skierowane do dziennikarzy w czasach, gdy był sekretarzem papieskim)

Fuimus Troes, fuit Ilium – byliśmy Trojanami, była Troja. (Wergiliusz, wspomnienie dawnych dobrych czasów...)

... ulotna pamięć 

Rafał Stadryniak = @Grypa

nalapach2400

Był wczesny ranek. Nasz Doktor dopijał pierwszą kawę. Dzień zaczął się jak u Hitchcocka. W jednej chwili było rześkie chłodne powietrze sączące się przez uchylone drzwi balkonowe, szelest wysokich, ozdobnych traw i delikatny szron na równiutkim trawniku. W następnej rozległ się łomot w okno i coś kolorowego przemknęło na ułamek sekundy.

To na pewno Ptaki – wysnuł wniosek Nasz Doktor i rzucił się do okna. Na trawie siedział zaledwie jeden kulisty ptaszyn i z niedowierzaniem kręcił głową. Nasz Doktor też tak wczoraj kręcił głową, gdy polecana pomoc domowa umyła okna. Żeby tylko się nie zagapić i nie wyjść na balkon razem z szybą – usiłował wzmóc w sobie czujność, która rano budziła się ostatnia.

Ptaszek był dziwny i, jak to zwykle ptaszki, filigranowy. Szara kuleczka z żółtymi oblamówkami skrzydełek. Coś było nie tak. Takich tu w pobliżu dotąd nie bywało. Doktor rzucił się do atlasu, żeby sprawdzić kto zacz, ale w atlasie grzybów nic nie znalazł, a trzeba się było sprężać. Dochodziła ósma.

Odstawił rozbitka poza zasięg bezpańskich kocurów wałęsających się po okolicy i, jak to się mówi w przenośni, naciągnął czapkę na uszy i wyszedł do pracy.

A może ten ptaszek jest krewniakiem tych sprzedawanych przez tubylców z Nowej Gwinei żądnym odkryć zoologom? Podrasowany, pomalowany tu i tam. Takie nowe gatunki szły na pniu. Kłopot polegał tylko na tym, że cały gatunek składał się z jednego oryginalnego i niepowtarzalnego ptaszka.

W pracy szybko zapomniał o porannym zdarzeniu. W pracy była praca.

Na początek przez grzecznie czekających na zarejestrowanie przedarł się nerwowy pacjent krzycząc:

– Ja do lekarza! Miałem się zgłosić do kontroli. Jak to nie ma już miejsc, jak właśnie przyszedłem?!

Zupełnie jak ten ptaszek, co to się tak spieszył – pomyślał Nasz Doktor. Tamtego zatrzymała wypucowana szyba, ten rozbił się o szklaną konsolę rejestracji...

Pierwszy pacjent wyglądał dziwnie znajomo. Zwykle przychodził z chorą żoną, a dziś role się odwróciły.

– On jakiś mułowaty się zrobił, o moich imieninach nie pamiętał, słaby jest, nic mu się nie chce.

– A płacze? – spytał Nasz Doktor, tropiąc depresję.

– Nie, to ja płaczę. Po prawdzie to sobie lubię czasem popłakać – uzupełniała pacjentka. – A w ogóle to mnie coś strzyka w barku i lędźwiach.

– Aha, zmasowany atak znienacka – wyrwało się na głos Doktorowi.

– Co takiego? – pacjentka była zdziwiona i oszołomiona.

– Powtarzamy: byk-mur-las. Proszę to zapamiętać – Nasz Doktor kontynuował test na otępienie.

– Byk, mur, a jak było temu trzeciemu?

– Las – podpowiedział pacjent żonie. – I nie przeszkadzaj Panu Doktorowi, bo mi robi test.

– A jaki dzisiaj mamy dzień?

– Środę – pacjent był na razie bezbłędny.

– A wczoraj?

– A wczoraj środę – padła odpowiedź na pewniaka.

Hmmm. Dziwne zachowanie, bóle głowy, chwilowe zaburzenia równowagi i permanentna środa – podsumowywał. Co nam to daje? Już wiem, zakrzyknął tym razem w myślach Nasz Doktor. To nam daje skierowanie do szpitala.

– Następny, proszę!

Następnym była niewiasta z bólami krzyża.

– Proszę się położyć na wznak – poprosił Doktor. – Do badania – dodał na wszelki wypadek.

Pacjentka zwinęła się na boku w pozycji embrionalnej. Dziwne. Przechodzi badanie neurologiczne parę razy w roku i nigdy nie pamięta, jak się ułożyć do badania. Nasz Doktor był czujny po ostatnim pacjencie ufiksowanym na środzie.

– Bo tak mi jest wygodniej – usprawiedliwiała się z lekka wcale niespeszona pani.

– Na razie badamy na wznak, ale medycyna tak szybko się rozwija, że nie wiadomo, co będzie jutro – usprawiedliwiał się Nasz Doktor, próbując ratować sytuację.

Doktor przypomniał sobie wersy z Sienkiewicza i dzielnego Sorokę mówiącego: Będzie żył, nie upadł na wznak. Wydaje się, że wpływ literatury na życie jest większy i bardziej skomplikowany niż nam się wydaje…

Jak tylko pacjentka zwolniła leżankę, przyszedł fryzjer ze swoim kłopotem. Problemem były zmniejszone głowy.

– Na pewno zmniejszone głowy?

– Zmniejszone głowy, a właściwie główki – potwierdził fachowiec od strzyżenia. – Jak zaczynam strzyc, to głowy klientów robią się malutkie. Wie pan jakie to męczące? I trudno strzyc. Na szczęście funkcjonowała pamięć w rękach, które strzygły same i utrzymywały interes.

To się nazywa żyć z pracy rąk, pomyślał Doktor.

Teraz wyobraził sobie fryzjera jako amazońskiego łowcę głów, pomniejszonych, wypreparowanych i nanizanych na sznureczki. Jest okazja, narzędzie i wizja. Straszne. Następnie przyszły mu na myśl głowy wawelskie. Też paskudne.

Pacjent był już ze swoim problemem tu i tam. Okuliści mówili, że problem jest w głowie, a neurolodzy, że w oczach. Sam zainteresowany próbował leczyć się tradycyjnie, upijając na rybach, nie czekając na diagnozę. Alkohol czasem pozwala zapomnieć o chorobie. Alkohol nie pomógł i nasz miniaturzysta był coraz bardziej przestraszony. Może to otępienie z ciałkami Leviego? Zastanawiał się Doktor. Ale tam pokazują się maleńkie żyrafy, krasnoludki i inne drobne obiekty, których nie ma realnie. A tutaj mamy główki i faceta z nożyczkami. Trzeba mu wypisać zwolnienie – zakończył proces myślowy logicznym wnioskiem Nasz Doktor. I nie pożałował zwolnienia.

Pod koniec pracowitego dnia pod stertą kart znalazł dyskretny liścik. Grupa kolegów i koleżanek z roku studenckiego organizowała spotkanie. A jakże. Powspomina się dawne dobre czasy, z czasem zresztą coraz lepsze we wspomnieniach. Co się zje, coś się wypije. Coś się potańczy, coś się podszczypie – dopowiadało licho, które nigdy nie śpi.

Na spotkaniu było sentymentalnie. Niewidziane od 20 lat twarze, a czuło się, jakbyśmy rozstali się wczoraj. Tak działają przyjaźnie zawiązywane na studiach czy w liceum. A weź tu się, człowieku, zaprzyjaźń na starość. To już lepiej się zakochać.

Spotkanie przebiegało jednak inaczej niż na studiach. Z piciem było ciężko. Toasty mało kto mógł spełnić, bo wiesz, ja mam pęcherzyk do operacji albo moja borelioza nie lubi alkoholu albo mój lekarz mi zabronił.

Z tańcem też nie było tak, jak Doktor zapamiętał ze studiów. Koleżanki miały a to właśnie iniekcje insuliny, a to coś strzeliło w biodrze i taksówka już czekała, żeby odwieźć do domu.

Na szczęście w pamięci pozostaną zabawy do białego rana – pocieszał się Doktor.

Następnego dnia, pewnie z powodu niedosytu, wylądował w lokalu z tańcami. Zanim jednak na dobre zaczęły się pląsy, do stolika dosiadł się na pewniaka nieznajomy, który przywitał się bardzo serdecznie. A pamiętasz, jak zabalowaliśmy po maturze? Pamiętasz to, pamiętasz tamto? Ni cholery.

Nasz Doktor przetarł oczy. Na ramieniu znajomego nieznajomego siedział poranny ptaszek i co jakiś czas chował główkę pod skrzydełko z żółtą lamówką.

Doktor mrugnął. Ptaszek zniknął. Mrugnął drugi raz – nieznajomy zniknął.

Wiedziony odpowiedzialnością za świat złapał się za oczy, żeby powstrzymać mruganie. I w takim stanie wrócił do domu.

Rafał Stadryniak
internista

PS Historie z reguły mają jakieś zakończenie. W wypadku styku medycyny z życiem jest podobnie. Środowy pacjent pojechał na operację ogromnego tętniaka. Pacjentka od leżenia na boku pewnie przyjdzie za pół roku. Już teraz Nasz Doktor robił zakłady, jak się ułoży do badania.

Fryzjer przyszedł jeszcze raz do przychodni w czasie zwolnienia z propozycją obcięcia głowy Doktorowi. Co prawda mu się nie polepszyło, ale cierpiał na bezczynność. Nasz Doktor grzecznie podziękował. R.S.

Rys. Zen