Pies na chorych...

Cała wiedza, suma wszystkich pytań i odpowiedzi zawarta jest w psie. (Franz Kafka z księgi Dociekanie psa)

Są dwa sposoby na to, żeby znaleźć się na wierzchołku dębu. Jeden, to usiąść na żołędziu i czekać. Drugi, to wspiąć się na drzewo. (Charles Kemmons Wilson)

... czyli szukaj, Szarik, szukaj!

Rafał Stadryniak = @Grypa

O psie na baby wszyscy słyszeli, a niektórzy nawet o tym psie marzą po cichu. Tym jednak razem mowa o innym psie, który spuszczony na chorych, w imię Hipokratesa, nie spocznie, dopóki nie zdiagnozuje lub, jak się czasem też trafia, zadiagnozuje.

smoczekkk660

Są różne rodzaje takich psów. Cała kynologia medyczna. Jedne robią badania, żeby się coś działo, a inne jak bulteriery wchodzą z diagnostyką jak przysłowiowy przecinak w masło. Tych potem opiewają w pieśniach.

O przecinaku w maśle usłyszał Nasz Doktor od niezawodnego kolegi Nieztycha, który uważał, że jak lekarz na trzeciej wizycie nie ma pojęcia, o co chodzi pacjentowi, to od razu powinien wywiesić białą flagę i to nie symbolicznie, ale dosłownie. Najlepiej z tetry.

Często okazuje się zresztą, że pacjentowi chodzi o rentę lub zwolnienie, ale się tym nie chwali i nie afiszuje. Niech doktor sam do tego dojdzie. Wystarczająco czujny lekarz powinien się zorientować.

Tak zwany nos diagnostyczny, narząd wspólny dobrego psa i czujnego lekarza, jest nie do przecenienia. Co prawda niedźwiedzie mają jeszcze lepsze nosy, ale gorszy pijar ze względu na wszystkożerność, więc nie będziemy ich ruszali.

Raz spuszczony ze smyczy lekarz diagnosta nie podda się, dopóki pacjent ma choć kroplę krwi na badanie, choć kropelkę moczu…

Najzagorzalsi kierują pacjentów na oddziały, na których pracują lub dyżurują, żeby zrobić „wszystkie badania”. I tak parę razy w roku w myśl genialnej zasady starych praktyków, że najlepszym badaniem czynnościowym jest powtórzenie badania.

Pacjenci znoszą te fanaberie w nadziei, że wreszcie wyjdzie jakaś konkretna choroba, a nie koszmarek zaczynający się od słów „obserwacja” i dalej czego nie zaobserwowano.

I tu zaczyna się koszmar pacjenta, który odbiera badanie z dopiskiem wynik negatywny. Z tego trzeba nauczyć się cieszyć, bo badanie zorientowane jest na wykrycie choroby. Doktorowi zdarzało się wielokrotnie przekonywać pacjenta, że wynik negatywny jest dobry.

Stałym rytuałem stało się tłumaczenie wyniku badań hist-pat na nasze, zanim pacjent trafi do zlecającego badanie. Łaskawa łacina ze zwrotami „valde suspecta” i „excisio incompleta” nie ułatwiały zadania.

Luzik miał do zaciekłości diagnostycznej stosunek mieszany.

– Trzeba zdać się na żywioł, na swoje trzecie oko, swoją piątą klepkę – dowodził. – Ja na przykład spuszczam ze smyczy swojego diagnostycznego psa i mówię mu: szszszukaj, Szarik, szszszukaj.

– I to wystarcza? – zainteresował się Nasz Doktor.

– Musi wystarczyć – Luzik był praktykiem-pragmatykiem. – Mam czyste sumienie.

– I co ten Szarik znajduje? – interesował się Doktor.

– A różne takie. Lepsze to niż to, co mógłby przynieść kot – zażartował Luzik.

Nasz Doktor wyczuł, że porusza się na poziomie abstrakcji niedostępnym dla zwierząt, a nawet zwykłych nosicieli słuchawek. Nadstawił baczniej uszy, ciekawy tzw. ciągu dalszego. Niestety Luzik powtarzał sobie pod nosem już tylko „szszszukaj, Szarik, szszszukaj”. Trzeba go zostawić, zrozumiał Nasz Doktor, który empatię wyssał z mlekiem matki, a potem jeszcze certyfikował ją, empatię, na kursach NFZ-u.

Natomiast koleżanka Pszczółka miała podejście do chorych zgoła macierzyńskie. Jak pacjent chciał sobie zrobić jakieś badania, to mu, jak to się mówi, dawała. Pacjent był szczęśliwy. Pszczółka była szczęśliwa i spokojna. Pacjent niekoniecznie wracał z wynikami, bo często badania potrzebne były innym specjalistom lub na przykład jako kwalifikacja do zawodów hippicznych. Pacjenci kochali Pszczółkę, chociaż najczęściej sami sprawdzali potem badania w internecie. Pszczółka miała spokój i wdzięcznych pacjentów. Układ idealny.

Ale jak to w najbardziej zgodnej rodzinie bywa, czasem i tak wybuchają dzikie awantury.

Pacjent skierowany na wszystkie badania przyszedł, o dziwo, z wynikami do naszej Pszczółki. – Badania dobre – usłyszał i został pożegnany. Ot, kolejny z dobrymi badaniami.

Mimo dobrych badań pacjent wylądował w nocy na SOR-ze w stanie ciężkim. Pszczółka od tej pory straciła resztki ufności w medycynę.

Koledzy pocieszali, jak umieli.

– Jeszcze nieraz się zawiedziesz, jeszcze nieraz.

Zwłaszcza pocieszał Nieztych, który czuł się duchowym opiekunem koleżanki. Starał się racjonalizować:

– Przecież wszystkich nie skierujesz do szpitala.

Pszczółka nie była już sobą. Planowała zmianę pracy na mniej stresującą. Poprzednio przebranżowiła się z radiologii na POZ, bo POZ wydawał się bułką z masłem.

Badanie laboratoryjne, jak to mawiają starzy i doświadczeni ludzie, nie chroni przed myśleniem.

W przychodni było szaro i grypowo. Jedni kichali na drugich. Ci nie pozostawali dłużni i kasłali z tzw. otwartą przyłbicą.

Nawet komputer przeżywał jakieś wirusowe historie. Drukarka namyślała się minutami, zanim coś wypluła. Pacjenci czekali na wydruk cierpliwie.

– To może ja sobie pójdę i przyjdę kiedy indziej po receptę – próbował pomóc pacjent z biegunką.

– Zaczekajmy – mitygował Nasz Doktor – zobaczymy, co się stanie – i jak zwykle takie podejście się sprawdziło.

Szczęśliwiec wychodził z gabinetu z plikiem recept. W drzwiach odwracał się jeszcze i pytał: – A właściwie to z czego ta biegunka?

– Dobre pytanie – pochwalał Nasz Doktor. – Generalnie możliwości jest kilka do wyboru, ale za to wiadomo, jak leczyć.

Pacjent nie był zachwycony odpowiedzią, ale otwarte drzwi w gabinecie są jak sygnał do szturmu. Kolejnych dwóch pacjentów już się przepychało, próbując zmieścić się w szczelinie. – Ja z godziny – krzyczał jeden.

– Ja byłem pierwszy – odpierał drugi.

Nasz Doktor wyślizgnął się niepostrzeżenie z gabinetu, robiąc sobie przerwę kawową.

Po sesji medycyny stacjonarnej czekało Doktora leczenie obwoźne, nie wiedzieć czemu zwane wizytami domowymi. Chorych nawiedzać, strapionych pocieszać, powtarzał w myślach Nasz Doktor, który nie przepadał za tą formą leczenia. Dochodziło w tej materii do licznych błędów i wypaczeń. Skłaniała ona najbardziej przedsiębiorczych Polaków do czekania pod pierzyną na wezwanego lekarza, zamiast samemu udać się do lecznicy.

Po rosyjsku się to nawet udanie nazywa „wyzwać wracza na dom”, przypomniał sobie Doktor przydatny idiom.

Wielu lżej chorych tłumaczyło się, że naprawdę nie mogli dojechać, bo zepsuł się samochód, zmieniono rozkład jazdy autobusów etc. Nasz Doktor z doświadczenia wiedział, że w tej sytuacji nie oczekują, żeby podać im namiary na zakład autonaprawy, lecz raczej chodzi o wypisanie zwolnienia bez konieczności wychodzenia spod kołdry. Pacjenci mieli nieodparty argument: a jakby to był zawał?

Tym razem pacjentka była naprawdę chora. Z gatunku tych, które Nasz Doktor tytułował z szacunkiem „chora chora” (w przeciwieństwie do chorych zdrowych i zdrowych chorych), czyli chora przewlekle z zaostrzeniem choroby. Niestety dostępu do posesji bronił jakiś kudłaty, acz przerośnięty kundel. Nie wiadomo było, czy chce się bawić, czy może będzie kąsał po łydkach.

– Niech pan zabierze pieska – Nasz Doktor zwrócił się standardowo do męża pacjentki, który nie wykazywał zaniepokojenia psem, bo go znał.

– Niech się Doktor nie boi, nie gryzie.

– A co, zęby mu wypadły? – zainteresował się Nasz Doktor, który był wrażliwy również na krzywdę czworonogów.

– Niech się Doktor nie boi – powtarzał właściciel.

– Ja się nie boję, tylko nie wiem, czy pies ma szczepienia i ile kosztuje taka szkoda jak pogryzienie.

– On się chce bawić – obracał sprawę w żart właściciel.

– W takim razie przyjdę kiedy indziej z własnym psem, to się pobawią razem.

– To pan ma pieska? – ożywił się właściciel.

– Nie mam, ale specjalnie pożyczę na tę okazję. A tymczasem proszę sobie zabierać to zwierzę.

Zwierzę patrzyło na Doktora całkiem przytomnie w przeciwieństwie do właściciela.

– Takie są zasady – uzasadnił Nasz Doktor, a na stronie dodał – które właśnie wymyśliłem.

Właściciel w końcu złapał zwierzaka za obrożę i zawlókł do pakamery. Zwierzak odwrócił głowę i spojrzał z wyrzutem.

Sorry, Szarik, ale takie są zasady.

Psy na wizytach domowych to temat rzeka. Zdarzyło się kiedyś pewnej nobliwej lekarce, że po pukaniu do drzwi pacjentki, słysząc jakiś głos, otworzyła drzwi i puszkę Pandory jednocześnie. Pod nogami śmignęła jakaś mała psina na klatkę schodową. Pacjentka zamiast spodziewanego powitania ujęła się pod boki i huknęła: – No to jak pani doktor sobie wypuściła pieska, to niech teraz go łapie!

Nie wiem, co było dalej i nie chcę wiedzieć.

Po części jeżdżonej Doktor udał się do domu. Nieodmiennie codziennie dziwił się, jak dużo żołędzi może zrzucić w ciągu jednego dnia dąb rosnący przy podjeździe. Dąb zrzucał swoje owoce kilogramami. Doktor wziął się do roboty. Miotła i szufla, i podjazd będzie przejezdny. Do jutra.

Nie lubił rozjechanych żołędzi. Zresztą z dębem walczył cały rok. Na wiosnę pojawiały się masowo sadzonki, które trzeba było wytępić, zanim wczepią się w trawę, wejdą między ogrodzenie. Toczył tę nierówną walkę zupełnie jak Mały Książę z baobabami, z tym że żołędzie miały niewątpliwą przewagę liczebną. Dzisiaj, gdy tylko zabrał się do zmiatania, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się pani z pieskiem i siatkami w obu rękach.

– Ja po żołędzie.

– Proszę sobie pozbierać – zachęcał Doktor.

– Poczekam.

– My się znamy? – dociekał Nasz Doktor.

– Nie sądzę, ale przychodziłam po żołędzie jak jeszcze ten dom tu nie stał.

– A te żołędzie to dla kogo?

– Dla dzików. Właściwie to krzyżówka ze świnką, ale za żołędzie by się sprzedała.

Gdy wiadra były już napełnione, piesek zaczął się interesować zawartością.

– Też krzyżówka? – spytał Nasz Doktor z ciekawości.

– Kundelek.

– A jak się wabi?

– Jak to jak? – pani była zaskoczona pytaniem o oczywistość. – Wabi się Dziczek. Dzielny piesek, ale trochę choruje. Ma słaby przewód pokarmowy Żaden weterynarz nie może wpaść na to, co mu jest. Wydałam już kupę pieniędzy.

– Aha. Dziczek. To oczywiste. Dziczek.

Nasz Doktor podtrzymywał konwersację, sypiąc żołędzie do siatek. Trochę zmęczony przysiadł na odwróconym wiadrze po żołędziach, żeby sobie odpocząć, nie siadając na gołej ziemi.

– Niech sobie jedzą. Na zdrowie – pobłogosławił, jakby to kogoś obchodziło.

Pani od żołędzi już się więcej nie pokazała. Za to piesek Dziczek przychodził często, niestety bez siatek. Nasz Doktor dociekał, gdzie mieszka Dziczek. Ten jednak nie ułatwiał zadania i znikał to za jednym rogiem ulicy, to za drugim. W końcu Doktor dał za wygraną.

W pracy utrzymywał się klimat jesienno-grypowy. Szczepionki przeciw grypie sprowadzone jeszcze miesiąc temu schodziły jednak słabo. Pacjenci nagabywani do szczepień wietrzyli jakiś przekręt. Rozpytywali o cenę szczepionki, która była zresztą mocno okazyjna. Po namyśle „jednak na razie” wstrzymywali się ze szczepieniem. Jak się skończą zapasy, to dopiero wszyscy się rzucą – przewidywał Doktor i tak też się stało. Jak co roku.

Doktor dziwił się. Jak to jest, że każdy rozumie, że pies musi być szczepiony, a człowiek już niekoniecznie. Ciekawe, co psy miałyby do powiedzenia na ten temat. Może to, żeby ludzi szczepić obowiązkowo?

– Na ptasią grypę też działa? – dopytywali pacjenci. – A na anginę, a na zika?

Nasz Doktor pokazywał plakat, który mówił, że szczepienie od grypy chroni przed grypą. Dziwne, prawda? Pacjenci wiedzieli, albo raczej nie wiedzieli, swoje.

Po znojnym dniu spędzonym na przekonywaniu nieprzekonywalnych Doktor dotarł do domu obsypanego owocem żołędziem i zaległ w na kanapie. Nawet po pracy człowiek, który ma przyjaciół, nie zazna spokoju. Najpierw zjawił się Nieztych, potem kolega Luzik, a nawet Motyl znalazł czas. Miało to być typowe męskie przypadkowe spotkanie. Sprawy jednak wymknęły się spod kontroli, gdy do drzwi zawitała dawno niewidziana Pszczółka.

– Zaprosiłem ją ze sobą dla równowagi – tłumaczył się blado Nieztych. – Trzeba ją pocieszyć, bo ma uraz diagnostyczno-leczniczy. Chciała dobrze, aż tu nagle to, co do tej pory się sprawdzało, przysporzyło kłopotów.

– Taka nasza psia karma – stwierdził filozoficznie Motyl i już nic więcej nie powiedział.

Przypadkowe spotkanie zakończono dość późno. Wnioski z burzy odprężonych mózgów były dość oczywiste. Są sytuacje, kiedy nawet spuszczony ze smyczy diagnostyczny Szarik nic by nie znalazł. A może trzeba się nie prosić, tylko od razu krzyczeć: „Bierz go, Szariku!”.

Nazajutrz dzień był zupełnie pod psem. Deszczowo i szarawo. Wilgoć wisiała w powietrzu i kąsała w stawy. Na krzewach ujawniły się pajęczyny ze złapanymi w sieci kropelkami. Słowem lato i żarty się skończyły.

Doktor postanowił zrobić coś dla siebie i obciąć włosy. Bazował na nieortodoksyjnym twierdzeniu, że jak kobieta nie wie, co zrobić, to idzie do fryzjera. Zgłosił się do renomowanego zakładu i jak to się mówi, wstrzelił się szczęśliwie bez kolejki. Nawet nie potrzebował stosować przychodnianej mantry „ja tylko chciałem zapytać” czy „ja tylko na chwilę obciąć włosy”. Posadzony w fotelu, spowity w śliniak z fizeliny zapadł w dziwny stan. Fryzjerka pieszczotliwie trącała go nożyczkami. Słowem idylla. Prawie zasnął, co zdarzało się już wcześniej, również na fotelu dentystycznym. Z błogostanu wyrwało go męskie biadolenie. „Jak to już nie można. Tylko obciachnąć. Na sekundkę. Już tak mi urosły, że zawadzają w pracy.” Doktor odwrócił głowę i zaobserwował kudłate indywiduum z psem przy nodze z lubością gładzące się po czuprynie. Mimo kulturalnej odmowy klient nie rezygnował i stosował znaną skądinąd strategię zdartej płyty. Powtarzał do znudzenia, że tylko chwilka, tylko na minutkę, jak go obetną, to zaraz sobie pójdzie razem z psem etc. Uszy puchły od słuchania. Nasz Doktor nie wytrzymał. Lata służenia pacjentom zrobiły swoje. Wygrzebał się z fizeliny i zadeklarował:

– Ja cię, gościu, obetnę.

Gość skonsternował się.

– Za darmo – kusił Doktor, któremu pani fryzjerka właśnie równała baczki i regulowała zarost. Klient spłoszył się jak ptaszyna i odleciał, a za nim jego pies z podkulonym ogonem.

– Jak byście jeszcze mieli kiedyś problem z nadmiarem chętnych, to służę pomocą w rozładowaniu kolejki. – Nasz Doktor w ten otwarty sposób okazywał wdzięczność, bo fryzura udała się jak nigdy.

Pani fryzjerka nieśmiało podziękowała.

Wieczorem znowu czekały żołędzie do wygrabienia z trawy i Dziczek, który nie zauważył Doktora. W pobliżu sąsiad palił ognisko z trawy, które dymiło dokoła. Ciężki żółtozielony dym snuł się, szczypiąc w oczy. Z pobliskiego lasu wyglądała już wieczorna niska mgła. Psina obejrzała się lękliwie w prawo i w lewo, a potem zjadła dorodnego żołędzia, a za chwilę następnego. Nasz Doktor aż przysiadł na ziemi, nie zważając na żołędzie. Westchnął głęboko i zakasłał znacząco, zupełnie jakby coś zrozumiał, chociaż nadal miał wątpliwości, czy to nie przez ten dym z ogniska. Pomyślał o tych wszystkich zakrętach i pomyłkach diagnostyki, o złudzeniach, o zawiedzionych nadziejach na wykluczenie choroby, o czekaniu na decydujące wyniki. Zrobiło się naprawdę smutno.

W takich chwilach warto mieć jakiś stały punkt oparcia. Powtórzył sobie jak mantrę: „Szszszukaj, Szarik, szszszukaj!”

JamnikRafał Stadryniak, internista

 

Rys. Zen