Opowiadanie dla czytelnika dorosłego, wyrobionego i przychylnego

Lepiej umrzeć, niż żebrać. (Syr 40, 28)

Każdemu według jego potrzeb, od każdego według jego sił. (Etienne Cabet)

W krainie żądań

Rafał Stadryniak = @Grypa

DSC05194 400

Zaczęło się niewinnie. Przychodnia pracowała pełną parą, jak to bywa jesienią. Chorowali wszyscy: ci, co zwykle, a nawet ci, co mówili, że nie chcą chorować. Specjalnością lokalną (local specialitete) było przyprowadzanie zdrowych dzieci, żeby je przebadać, czy czasem nie będą chore. Taka chora tradycja.

Nasz Doktor przemykał właśnie do toalety na króciutką przerwę techniczną, gdy wejście zagrodziła mu zdecydowanie jakaś bliżej na szczęście nieznana niewiasta.

– Ja do pana – oznajmiła konfidencjonalnie.

– Niestety nie jest nam po drodze – rzucił Nasz Doktor, usiłując zamknąć się w toalecie.

Czas jak wiadomo szybko leci i trzeba było wyjść z tego, nie bójmy się tego słowa, azylu. Niewiasta już czekała. Jeszcze bardziej niecierpliwa.

– Ja do pana. Muszę być przyjęta – sprawa pilna.

I nagle kolejka zapisanych godzinowo pacjentów się rozstąpiła. Nikt nie powiedział złego słowa na głos, a mógł. Pani skwapliwie skorzystała, wbijając się w drzwi.

– Pani do mnie – upewnił się Nasz Doktor na wszelki wypadek.

Niewiasta zignorowała zagajenie i od razu wyłożyła kawę na ławę.

– Potrzebuję zaświadczenia dla syna, że może uczestniczyć w wyścigu rowerowym młodych katolików. Oni już jadą – zaznaczyła.

No to przepadło. Nasz Doktor zmartwił się szczerze, chociaż jakaś część jego lekarskiego ego mówiła mu, że jeszcze nie jest po sprawie. Otóż to. Niewiasta była nieubłagana, jak bywają nieubłagane matki w sprawach swoich synów.

– Ale ja muszę dostarczyć ten świstek – nastawała. – I proszę.

To mówiąc, przybrała typową postawę boiskową piłkarza przed bójką. Wysunięta do przodu pierś i podbródek, ręce sztywno przy ciele lekko z tyłu.

Na razie lekko z tyłu, zauważył w myślach Nasz Doktor.

– Ja proszę bardzo – powtórzyła z naciskiem.

A nawet coraz bardziej, odnotował w myślach Nasz Doktor.

Niechaj mnie Zosia o wiersze nie prosi, bo kiedy Zosia do ojczyzny wróci... Nie, to nie to. Gorączkowo szukał jakieś odpowiedzi, jakiegoś cytatu. Twoje słowa są dla mnie jak brzęczenie much, spłynęło na niego nie wiadomo skąd. Nie, to niegrzecznie i nie zadziała, jeśli interlokutor jest niewyrobiony, a przynajmniej nie czytał tej samej książki.

Co robić, co robić, zatrzepotało Dyzmowe pytanie pod sklepieniem czaszki. I nagle spłynęło skądś uspokojenie: przecież to zaświadczenie to sprawa dęta, nie należy się.

– Nie należy się – wyszeptał Doktor.

– Ale ja proszę. – Pacjentka wychodziła z biblijnego założenia: proście, a będzie wam otworzone, żądajcie, a będzie wam dane. – I nie wyjdę z gabinetu – zaznaczyła zdecydowanie.

Nasz Doktor uważnie obserwował wyprężone ręce. Jeszcze nigdy nie dostał od pacjenta i chciał, żeby tak pozostało.

– O.K., proszę nie wychodzić – zaakceptował takie rozwiązanie.

– Pójdę do innego lekarza.

– Super – sam był zdziwiony, jak lekko wziął to na klatę.

– Wypiszę się – zabolało!

Szkolenia radzenia sobie z trudnym pacjentem nie przygotowywały na takich upartych terrorystów. Ból w skali wizualnej mocna szóstka, odnotował Doktor.

Nie można wydać takiego świstka, tu Doktor użył terminologii, jaką posługiwała się strona atakująca w celu lepszej komunikacji. Nawet był z siebie zadowolony, że oto w praktyce stosuje Wiedzę.

– Po pierwsze orzeka w tej sprawie lekarz medycyny pracy, po drugie przed rajdem i po osobistym zbadaniu pacjenta po trzecie i ostatnie. Widzi tu gdzieś pani swojego syna albo lekarza medycyny pracy? – zapytał na wszelki wypadek, żeby nie zostawiać pola przypadkowej interpretacji.

– Ja żądam rozmowy z kierownikiem placówki.

Co za dzikie żądze. Otóż stoję tu nagi przed panią, miał powiedzieć Doktor, który akurat pełnił funkcję rotacyjnego kierownika, ale ugryzł się w język i to dość boleśnie.

– Poskarżę się w prezydium – odgrażała się kobieta.

Naszego Doktora zalała fala wspomnień z dzieciństwa, gdy wszyscy zdawali się chodzić na skargi do prezydium, a świat był jeszcze piękny i młody.

Pacjentka jeszcze usiłowała szantażować, że zablokuje gabinet i inni nie wejdą po swoje zaświadczenia (ech, ta ksobność, jakby praca polegała tylko na zaświadczaniu), ale Doktor tylko uśmiechnął się do swoich wspomnień. Posiedzenie spokojnie ze złośnicą nie było wcale złą alternatywą dla rozgrzanej do czerwoności, kaszlącej kolejki.

Nie wiadomo, jak by się to wszystko skończyło, gdyby nie interwencja boska. Dosłownie.

DSC05198 660

Do gabinetu weszła po cichutkim pukaniu zakonnica, która widząc zupełną obstrukcję, zaproponowała pacjentce wyjście z gabinetu. Nasz Doktor wyposażył jeszcze zranioną matkę w stosowne przepisy prawne, z których wynikało, kto i kiedy ma się zatroszczyć o świstek. Pani wyszła z gabinetu, zakonnica została.

– Ja tak weszłam, bo słyszałam z gabinetu jakieś krzyki i bałam się, żeby coś się nie stało. A tak właściwie co ta pani chciała od doktora?

– Ta pani chciała jakiś świstek.

Zakonnica pokiwała głową ze zrozumieniem.

Nasz Doktor traktował całą sprawę w kategoriach interwencji boskiej. Zastanawiał się jednak, dlaczego wcześniej w podobnych sytuacjach zakonnica nie wkroczyła do akcji. Czy mamy do czynienia z cudem jednorazowym, czy może powtarzalnym? Zakonnica wyszła tak cicho, jak weszła. One działają bezszmerowo – zanotowała niezmordowana podświadomość.

Podskórne dywagacje przerwało wtargnięcie do gabinetu kolegi Nieztycha.

– Szykuj się. Jedziemy się szkolić z relacji międzyludzkich.

Nasz Doktor podejrzewał, że to może być dalszy ciąg interwencji na najwyższym szczeblu.

Czyżby NFZ zorganizowało kolejną turę doszkalania lekarzy, żeby nie utonęli w fali roszczeń i oczekiwań? Doktor pamiętał, że w każdym wypadku warto się szkolić, że z każdego, nawet najmniej udanego szkolenia można wyciągnąć jakąś naukę. Czasem najistotniejsze kwestie padają w kuluarach. Czasem udaje się je pochwycić tylko między tzw. wierszami.

Nieztych widząc mgłę niezrozumienia w oczach Doktora uśmiechnął się szeroko:

– Nie, matole, nie chodzi o szkolenie na NFZ. Jedziemy po prostu pobalować między ludźmi.

Twoje słowa są dla mnie jak brzęczenie much, pomyślał Doktor. Jak brzęczenie much w późny leniwy lipcowy poranek pod pachnąca lipą, gdy powietrze pełne jest jej zapachu i już lekko drga z gorąca.

Rafał Stadryniak
internista

PS. Pacjentka poczuła się obrażona odmową oraz brakiem możliwości wywołania awantury na skalę kosmiczną. Zamiast skorzystać z dobrej rady i załatwić sprawę z lekarzem sportowym, poruszyła niebo i ziemię, a nawet lokalne forum internetowe, na którym wylała swoje żale. Dzwonił też jakiś radny z interwencją w sprawie złego traktowania pacjentów. Padały słowa: a co szkodziło kobiecie dać to zaświadczenie? Czy to takie trudne? Po co sobie robić kłopoty. Nasz Doktor cierpliwie wysłuchał, chociaż przeszkadzały mu szumy w słuchawce do złudzenia przypominające znajome brzęczenie, bez lipy jednak i pozostałej oprawy. Nie ma lipy, odnotowała podświadomość. Jak rozmówca wyczerpał temat i się zmęczył, Doktor delikatnie, bo tak trzeba obcować z radnymi, zapytał: czy odsłuchał pan komunikat na początku rozmowy, że niektóre rozmowy mogą być nagrywane? Rozmowa przestała się kleić i trzeba było się żegnać.

Nasz Doktor stracił pacjentkę, która nie darowała zniewagi. Zyskał natomiast zakonnicę prawie na własność. Ta, świadoma dobrego uczynku, zjawiała się w przychodni częściej i z reguły niezapowiedziana. Wszak najbardziej kochamy tych, którym pomogliśmy. I lubimy oglądać owoce własnego sukcesu każdego dnia.

Z balowania nie zachowała się żadna relacja. Świadkowie do dzisiaj nie są przekonani, czy sprawność interpersonalnych relacji podniosła się po nim, czy zmalała. Nasz Doktor patrzył w przyszłość z optymizmem.

Fot. Mieczysław Knypl