Telemedycyna

Odległość nie znaczy nic, kiedy ktoś znaczy dla ciebie wszystko. (Zassane z internetu)

It’s a long, long way to Tipperary. (Z irlandzkiej piosenki Jacka Judge’a, symbolizuje długą drogę do celu)

Odległość, która leczy

Rafał Stadryniak = @Grypa

Wszyscy się już przyzwyczailiśmy, że leczenie odbywa się w bliskim kontakcie, żeby nie powiedzieć w zwarciu, a tu, proszę, pączkuje sobie zuchwale myśl przeciwna. Leczmy z daleka. Uprawiajmy telemedycynę. Oszczędność na rękawiczkach, maseczkach, biletach. Pacjent siedzi w domu – ma komfort. Doktor siedzi w domu – ma komfort.

DSC07725660

Gdzie jest haczyk? Świetne pytanie. Właśnie o to chodzi. Telemedycyna jest starożytną gałęzią udzielanych świadczeń uzdrowicielskich, która nie znajduje uznania w oczach NFZ. Na NFZ trzeba wszystko osobiście. A przecież iluż to małżonków chodziło bezinteresownie do lekarza w zastępstwie żony, żeby jej coś przepisać na nerwy. Jeśli nie jest to medycyna tele, to niech ktoś mnie uszczypnie, ale bez przesady.

O pacjenta można się troszczyć nawet telefonicznie i zwykle przez telefon podaje on informacje już skondensowane i na temat. Spotkanie twarzą w twarz przeciwnie, stwarza pokusę, żeby sobie pogadać o samochodach, o polityce. Doktor dla porządku podciągał takie pogaduszki pod bardzo szeroko pojętą profilaktykę.

Nasz Doktor właśnie działał stacjonarnie i usiłował z pacjentki wydobyć prawdę o jej chorobie. Szło to dość nieskładnie:

– A jak pani kaszle, to jaki kolor wydzieliny? – podpytywał Doktor.

– Waham się między écru a Tikkurila Symphony 2436 – zastanawiała się głośno pacjentka.

Doktor sięgnął po swojego ulubionego gryzonia na biurku, myszkę z ogonkiem w komputerze i bez zażenowania odszukał wzornik kolorów. Chyba muszę się cały dokształcać, bo przecież warunkiem dobrej komunikacji jest rozumienie, o czym mówi interlokutor – przemknęło mu przez głowę między jednym kliknięciem myszki a drugim. W medycynie wszystko się pozmieniało. Lekarzom na razie zabroniono mądrzenia się po łacinie. Ma być jasno i bez żargonu. Przekaz prosto do głowy. Pacjentom jeszcze wybaczano i łacinę, i mądrzenie się.

Po pracy w bardzo bliskim kontakcie Nasz Doktor czuł się znużony. Niektórzy milusińscy, tak paternalistycznie ich nazywał, usiłowali nie tyle się leczyć, co zaprzyjaźnić. Było to dodatkowe obciążenie. Wiadomo, że podczas życia człowiek ma masę znajomych, ale zaledwie paru przyjaciół. Dla pacjentów w roli kumpli nie było tu po prostu już fizycznie miejsca.

Do świadomości pacjentów nie docierało, żeby nie wchodzić w sferę prywatną, że i bez zaprzyjaźniania Doktor będzie leczył, dopóki starczy mu sił. Nic nie pomagało. Milusińscy skracali dystans czasem bezwiednie, a czasem całkowicie świadomie.

Po ostatnich imieninach w rodzinie, na których gościli również bywalcy przychodni, następnego dnia trójka z nich przyszła jak w dym po zwolnienia, jakieś skierowania. Słowem chcieli skonsumować związek na gorąco. Trochę to trwało, zanim obie strony zrozumiały, że nic nie będzie z przyjaźni. Życie jest ciężkie.

Trzymaj dystans, trzymaj gardę, pouczał się Doktor słowami trenera bokserskiego. Inaczej od razu możesz rzucić ręcznik na ring.

Pacjenci w ramach oswajania znosili swojemu zaprzyjaźnionemu doktorowi różne dziwne rzeczy. Nie pomagało powoływanie się na piątą poprawkę do konstytucji i zakazy sanepidu. Notorycznie zdarzały się próby skracania dystansu. Dochodziło do przynoszenia nadwyżek z ogrodu, głównie spadów śliwek, pojedynczych orzechów, winogron, co przechodzą od sąsiada, czy samotnego pętka kiełbasy, żeby obłaskawić doktora.

– I weź tu co poradź, jak cię tak kochają – burzył się nieco kolega Motyl, ale po wyrazie twarzy widać było, że znoszone dary traktuje jak daninę przynależną bóstwu. – W zeszłym tygodniu przynieśli mi kogutka. Pacjent tak mnie lubi, że nawet zaznaczył, żeby szybko go wstawić do lodówki, bo już przebywa nieżywy na wolności drugi dzień.

– Znaczy w pewnym sensie żyje – systematyzował sobie Nasz Doktor.

– Nie, skąd, zimny trup, tzn. ciepły, ale zaraz go włożyłem go lodówki w zabiegowym. Znalazł się w dobrym towarzystwie drugich śniadań pielęgniarek i wczorajszego torcika imieninowego.

– Może on padł i trzeba go było jakoś zutylizować – teoretyzował Nieztych, któremu nieobca była siła praktycznego umysłu tzw. narodu. Bez powodu to tylko kwiaty przynoszą i to kobietom, i to może i nie bez powodu, ale w określonym celu.

– Oho, już zbaczacie na te wasze szowinistyczne tematy – zauważyła przytomnie Pszczółka, wyczulona na wszelkie przejawy dyskryminacji płciowej, która co dziwne, uwielbiała dostawać kwiaty.

– Nie byłoby kobiet, nie byłoby męskiego szowinizmu – równie przytomnie zauważył kolega Luzik. Prywatnie Luzik był pantoflarzem, który sam szuka pantofla.

– Bo wam tylko jedno w głowie – nie przestawała Pszczółka. – Jak już wam się znudzi stara żona, to sobie odchodzicie do młodszej – zakończyła niespodziewanie tyradę. – Do czego to podobne – dodała z głębi serca.

Nieztych, który do tej pory trzymał się na uboczu, bawiąc się smartfonem, nie wytrzymał.

– I tutaj widzę szereg błędów w myśleniu, koleżanko. My myślimy tak: tę panią już uszczęśliwiliśmy, dziś uszczęśliwimy tamtą. A co będzie pojutrze, tego nie wiemy – dodał i rozłożył ręce w geście bezradności.

– Jak to jednak różnie działa mózg w zależności od płci – zadumał się Nasz Doktor. Nie wiedzieć dlaczego stanęło mu przed oczami kolorowe wspomnienie z dzieciństwa. Pamiętał, jak kogut po efektownym pościgu doganiał kurę i egzekwował swoje samcze prawa. Wszyscy młodzieńcy przyglądali się z zainteresowaniem. Starsze chłopaki zajmowały najlepsze miejsca do obserwacji natury w działaniu. Nie trwało to po prawdzie zbyt długo... Właścicielka fermy kurzej widząc te same kogucie umizgi, traktowała koguciego kawalera dosłownie z buta i jeszcze wymyślała mu malowniczo w gwarze: ty gwołcicielu! Istnieje obawa, że kogut zupełne nie wiedział, o co chodzi z tym kopaniem.

– Tak, piękno jest w oczach patrzącego – Nasz Doktor przypomniał sobie obiegową opinię.

Dostrzegacie różnicę w podejściu do tematu. Tam młodzież tolerancyjna i otwarta na przyrodę, a tutaj właścicielka koguta broniąca praw swojej płci. Tak czy owak, koguty na tej fermie miały etykietę gwałcicieli, chociaż żadna kura się nie skarżyła.

Przekomarzania i wymiana informacji wśród braci lekarskiej trwały w najlepsze. Podczas rozmowy o tym i owym wyszło na jaw, że pacjent od kogutka miał całą fermę kurzą. Motylowi przestało smakować przyniesione.

– Nie pękaj. Skruszałe jest zdrowe – Nieztych pocieszał kolegę, który doznał poważnego uszczerbku wizerunkowego.

W takich chwilach trzeba zmienić temat. Motyl skorzystał skwapliwie z dobrej rady.

– Otóż dostałem zaproszenie na szkolenie – zaczął z nowej linijki. – Do naszego sławnego przysiółka przyjeżdża nie mniej sławny lekarz O. z wykładem. Jeśli ty nie szukasz wiedzy medycznej, ona sama cię znajdzie – zakończył quasireklamowe przemówienie Motyl.

– To ten doktor O., o którym mówią, że jest doktorem honoris causa ignota? – upewniał się Nieztych.

– Ten sam – potwierdził Motyl. – Ale dlaczego do nas? – zastanawiał się głośno. – Jest tyle pięknych miast.

– Ma tournée po przysiółkach – wyjaśnił Nieztych. – Jest w trasie od dwóch lat. Ten sam wykład słyszałem już kilka razy i to słowo w słowo, bez żadnych odstępstw, a to spora sztuka.

– Kolejny perfekcjonista – mruknął Luzik. – Niesie okruchy wiedzy do odległych zakątków kraju. Dobrze, że nie za darmo.

Pszczółka, która rzadko zjawiała się w tych stronach, miała pytanie do tubylców.

– A nie wiecie, koledzy, co to za mężczyzna sterczy codziennie w polu za przychodnią przy linii przesyłowej wysokiego napięcia? On tak sterczy z rozłożonymi rękami.

– A wiemy, wiemy. To nasza naturalna konkurencja, uzdrowiciel, czy inaczej mówiąc, święty człowiek leczący przez nakładanie rąk. Zresztą świetnie prosperujący. Każdy niezadowolony z leczenia może sobie za drobną opłatą zafundować seans. A pomaga ponoć na odległość.

– A te ćwiczenia w polu z rękami? – drążyła Pszczółka wyraźnie zafascynowana.

– To ładuje akumulatory czy baterie. Jego tajemnica.

Nasz Doktor przejeżdżał tamtędy wielokrotnie, czasem zatrzymując się naprzeciwko świętego męża. Wysilał wzrok, usiłując dostrzec jakąś iskrę, która przeskoczy z linii wysokiego napięcia wprost w rozpostarte ramiona. Nic takiego się nie zdarzyło, a święty ofuknął kiedyś Doktora:

– I co się tak pan gapisz. Człowiekaś pan nie widział?

Na takie pytanie nie ma odpowiedzi przeczącej. Doktor grzecznie pożyczył świętemu naładowania baterii raz na zawsze i oddalił się do swoich przyziemnych obowiązków. Medycyna słuchawkowo-receptowa jest zbyt dosłowna i nie porywa tłumów niestety.

Przez całe lato podziwiał upartego męża dotkniętego przekleństwem uzdrawiania. Stał na polu z rozrzuconymi rękami od świtu do dziesiątej bez względu na pogodę. Już nie wydawało się Doktorowi, że jest to nonszalancją. Mojżeszowi podpierali rozpostarte ramiona przyboczni, a tutaj miejscowy healer musiał sam sobie radzić.

Nasz Doktor nastrajał się pozytywnie, widząc znajomą sylwetkę wrośniętą w krajobraz.

Lato minęło i przyszły jesienne chłody, a wraz z nimi zapisali się nowi pacjenci do przychodni. Wcześniej nie czuli takiej potrzeby, wychodząc z założenia, że jak się zachoruje, to się zapisze. Niektórzy biadali na marnotrawienie stawki kapitacyjnej u takich podstępnie niezapisanych zdrowych.

Nasz Doktor nauczony wszakże długoletnim doświadczeniem czekał cierpliwie. I się doczekał. W zakasłany i zasmarkany ranek pojawił się w przychodni nie kto inny, jak nasz uzdrowiciel. Trudno było go poznać, bo skrzydła, że się tak wyrażę, miał złożone i nie wyglądało na to, że zdolny jest do lotu. Przez stanie w polu złapał jakieś złośliwe przeziębienie, które nie chciało się odczepić.

Doktor zbadał pacjenta i nie stwierdził nic ciekawego. Ot, katar jak katar, może trochę kontaktu z modnymi na jesieni grzybami z gatunku Alternaria. Przepisał jakiś katarex i kaszelex. Pacjent nie był wniebowzięty.

– A zwolnienie? – dopominał się. – Ja prowadzę działalność.

To jest nas dwóch, ucieszył się Nasz Doktor po cichu, który również prowadził działalność. Po uzgodnieniu, że zwolnienie się należy, mąż z rozłożystymi rękami rozluźnił się i poopowiadał o swoich sukcesach terapeutycznych. Ze zdumieniem Nasz Doktor identyfikował kolejnych pacjentów uzdrowiciela. Niektórzy, okazuje się, przychodzili do przychodni wprost po wizycie Doktora, a inni dla odmiany szli po.

Z reguły wszyscy czuli się po zabiegu tak „jakby narodzili się na świat”. Doktor znał to określenie, ale do tej pory naiwnie myślał, że służy wyłącznie do opisu jego sukcesów terapeutycznych.

O czym to świadczy? zastanawiał się Doktor. Może o tym, że w przychodni pacjent nie dostaje tego, czego oczekuje. Może medycyna we współczesnym wydaniu przestała być egzotyczna i wprowadzająca w trans. Te wszystkie EKG i USG zamordowały kontakt duchowy. Medycyna jest zbyt dosłowna, że wspomnę tylko o palcu do per rectum – przypomniał sobie pierwszy z brzegu przykład dosłowności. Pacjent zaś oczekuje egzaltacji, tajemnicy i nakładania rąk, które leczą. Z punktu widzenia chorego to nie wiadomo, która medycyna jest alternatywna – podsumował gorzko Nasz Doktor i popił gorycz słodzoną zimną kawą.

Rafał Stadryniak
internista

PS Motyl zmienił zdanie na temat wykładów objazdowych. To nie żaden cud się przydarzył, tylko zaproponowano mu takowe w ramach szkoleń dla lekarzy rodzinnych. Jego mentorem został sam doktor O. Wykłady miały być w odległej części Polski, ale to nie stanowiło żadnej przeszkody. Tam mnie jeszcze nie znająpowtarzał sobie Motyl.Ale poznają.

Nasz Doktor kolejną noc nie mógł spać. Na dyżurze już dawno by zasnął z tzw. przyłożenia, a tu nic. Przewracał się z boku na bok, czekając świtu. W końcu wyjrzał przez okno. Tuż przed ogrodzeniem malowała się na tle pięknego wschodu słońca znajoma postać z rozpostartymi ramionami. Żeby tylko nie tarasował furtki, to niech sobie stoi i czerpie do woli, pomyślał Nasz Doktor wspaniałomyślnie, i poczuł się dziwnie senny. Tego dnia po raz pierwszy zaspał do pracy.

Rys. Helena Kowalska