Jak przeżyć na dyżurze...

Już pożegnałem cię – jeszcze bądź zdrowa. (Juliusz Słowacki)

Umieram z pomocą zbyt wielu lekarzy.(Ostatnie słowa Aleksandra Wielkiego. Później plagiatowane nieskończoną ilość razy.)

... czyli sztuka odsyłania

Rafał Stadryniak = @Grypa

DSC 3956 660

Wiało i lało, ale w szpitalu praca nawet na moment nie zwalniała. Karetki dowoziły kolejnych nieszczęśników. Niektórzy sami najpierw doczołgiwali się, a potem odczołgiwali z oddziału medycyny ratunkowej. Oddziały szpitalne trzeszczały z powodu przeludnienia. Na korytarzach, zwanych teraz salami „K” zadomowili się pacjenci. Z tak przeważającymi siłami chorych szpital radził sobie jedynie za pomocą stażystów i rezydentów. Byli też pojedynczy starsi lekarze, którzy nie zauważyli, że minęło 30 lat pracy na SORze.

Zorientują się za jakieś 20 lat, tłumaczył sobie Nasz Doktor, który sam był niebezpiecznie blisko tego rekordu. Na razie wszakże nie dopuszczał do głowy takich smutnych myśli. Ciekawe swoją drogą, co się dzieje z myślami niedopuszczonymi do głowy. Może wchodzą w nogi, może przepadają bez wieści i drążą podświadomość jak robak?

Tak czy inaczej zaczął się kolejny dyżur. Nasz Doktor nie krzywdował sobie długich dyżurowych godzin pracy po poz, bo był zwolennikiem tzw. równowagi. W jednym miejscu człowiek by tyle nie wytrzymał, ale sprytnie zmieniając dyscyplinę, można było jakby pracować od nowa. Satysfakcję psuła trochę świadomość, że nie odbywa się to za darmo, ale większość dyżurantów nie miała z tym żadnego problemu. Pojawiały się nawet głosy, że płacą za mało.

Płacący jednak zdawali sobie sprawę, że jak podniosą stawki, to lekarze się rozleniwią i będą mniej pracowali i w ten sposób napędzi się gigantyczny rynek drogich dyżurów.

Póki co dyżurujący nie mieli czasu zastanawiać się nad niuansami finansów publicznych. Przelatywali z jednej pracy do drugiej i na dyżur, a potem znowu do pracy. Spotykając się w przelocie, wymieniali zdawkowe:

– Co na dyżurek, kolego – zagajał jeden przelatujący.

– A tak, taki tam, malutki – odpowiadał rytualnie zagadnięty i wszystko toczyło się utartymi od lat szlakami.

Nie dzisiaj wszakże. Dzisiaj był, jak na święto przystało, prawdziwy dzień cudów. Jak to w święto, obsada dyżurowa składała się z samych młodocianych nieszczęśników, którzy nie wywinęli się od trefnego dyżuru.

Drugą grupę dzisiejszych dyżurnych szpitala stanowili lekarze z poz, którzy przy takich okazjach przekonywali się, jak bardzo są potrzebni.

Napłynęły masowe skierowania na konsultacje w SORze. Młodzi lekarze weszli w świat SORu i nagle przygniotła ich grawitacja, tj. siła, której na co dzień doświadczamy i z przyzwyczajenia ignorujemy.

Święta w szpitalu były w tym roku dziwne. Nie było pustych łóżek, na które można by przyjąć napierających. Zwykle pacjenci wypisywali się do domu na gwałt i przynajmniej nie było problemów z wolnymi łóżkami. W tym roku na święta kładli się, o dziwo, młodzi.

Czyżby zanikały tradycje rodzinne, które jak mawiał Nieztych, polegały na transferze uciążliwych seniorów do szpitala w postaci tzw. bab świątecznych? Określenie to, acz nieeleganckie, nadal funkcjonowało w świadomości. Kolejne lata pracy potwierdzały tę tradycję.

Cóż miały wobec tego znaczyć te młode hospitalizacje? A jak seniorzy zostaną tradycyjnie dowiezieni w ostatniej chwili, to gdzie ich podziejemy, biadał Luzik.

Trzeba będzie pożyczać łóżka, prosić się. Może nawet odsyłać do domu z braku łóżek. To odsyłanie zawsze odbywało się z duszą na ramieniu. W środowisku SOR funkcjonowali lekarze-legendy, którzy specjalizowali się w ekspediowaniu do domu praktycznie nieodsyłalnych. Nasz Doktor nieraz przechodząc obok mistrza tej trudnej sztuki, słyszał:

– Co się pani będzie kłaść w szpitalu. Albo tu coś pani pomogą? Jedzenie gorsze, telewizja tylko za pieniądze.

– Ale mnie naprawdę bolało – przypomniała sobie pacjentka

– Tak, oczywiście, ale w szpitalu może się to wszystko jeszcze pogorszyć – słychać było ciepły głos zza parawanu.

Okazywało się, że magia działa i pacjent wyperswadowany przez doświadczonego kolegę wracał ochoczo do domu z przekonaniem, że oto szczęśliwie uniknął zagrożenia, jakim jest hospitalizacja.

Zresztą było w tym sporo racji, zwłaszcza gdy leczyć szpitalnie chcieli się praktycznie zdrowi.

– Właśnie uniknęła pani dużego ryzyka związanego z pobytem w naszych gościnnych progach – słyszał Nasz Doktor poważny głos kolegi Luzika dochodzący zza kolejnego parawanu z pacjentem. – O tu, proszę podpisać, że nie zgadza się pani na hospitalizację.

– No, może i bym się zgodziła – pacjentkę zaczęły ogarniać wątpliwości, które napadają uczciwych ludzi tuż przed podpisaniem czegokolwiek własnym nazwiskiem.

– Właśnie uzgodniliśmy, że najlepiej będzie, jak pojedzie pan do domu, do własnego domu – dopinał sprawę Luzik. – O tu, podpisać i będzie pani wolna – kusił jak antyczne syreny Luzik. Wszak wolność jest niezbywalnym prawem każdej jednostki. – I już nie boli, prawda?

A jednak trochę bolało, rzucił w myślach Nasz Doktor, widząc zmagania pacjentki z własnym podpisem. Branie odpowiedzialności za siebie jest naprawdę męczące. Ale pacjent podprowadzony, tfu, zganił się w myślach Nasz Doktor, poprowadzony przez prawdziwego wirtuoza medycyny szpitalnej powinien odczuwać tylko ulgę.

Decyzje odesłać czy zostawić były zaiste z gatunku tych trudnych. Czy poważniejszym pacjentem jest ten z dużym poczuciem choroby, krzyczący i domagający się głośno swoich praw do łóżka szpitalnego, czy potulny schorowany, który z rezygnacją zniesie wyroki boskie, w tym odsyłanie do domu?

Nawiasem mówiąc, prawo do łóżka szpitalnego jest jak własna działka na Księżycu, którą można kupić w internecie. Akt własności w domu na ścianie, ale na wczasy nad Mare Serenitatis na razie nie pojedziesz.

Wracając do pacjenta potulnego i zdyscyplinowanego, istnieje szansa, że zastosuje przepisane leki i nie pójdzie do lokalnej gazety na skargę.

Odsyłający często z duszą na ramieniu musieli przeprowadzać różne operacje myślowe, żeby jak najmniej narazić się na ryzyko błędu. Pierwszym z brzegu narzędziem okazywała się nieco już zardzewiała brzytwa Ockhama, który uspokajająco zakładał, że wystarczy wykryć warunek konieczny dla danego zdarzenia, czyli objawu lub choroby, i nie trzeba szukać innych wytłumaczeń. Trywializując, najprostsze wytłumaczenie jest najlepsze.

– I tu jest problem – dowodził Nieztych ściągnięty na świąteczny dyżur w ramach pomocy. – Najprostsze wytłumaczenie nie musi być najlepsze. Na przykład taka dzietność. Najprostszym wytłumaczeniem jest oczywiście przynoszenie dzieci przez bociany, bo nie wymaga skomplikowanej wiedzy o anatomii i fizjologii kobiety, a nawet o współudziale mężczyzny, zresztą niekoniecznym, jak się coraz częściej okazuje. A gdzie sfera emocji? Bociany są idealne, ale występuje szereg ograniczeń tej teorii. Nikt nie widział pojedynczych bocianów przynoszących dziecko, a tym bardziej bliźniaki. Dlaczego jednym przynoszą, nawet jak nie chcą, a innym nie? Którędy wlatują bociany? Dlaczego ostatnio dzietność spadła, a liczba bocianów wzrosła? Dlaczego przy noworodku nigdy nie znaleziono piór? Dzielę się tym, co właśnie przeczytałem w filozoficznej analizie serialu Dr House – uzupełnił Nieztych, widząc zdziwienie kolegów jego nagłym zwrotem w stronę filozofii.

– Nie czytaj tego – przestraszył się nie na żarty Luzik. – Zrobią ci wodę z mózgu i każdemu będziesz po dwa razy robił skan całego ciała i badania na toczeń.

– Co w naszych warunkach równa się nierobieniu niczego – dokończył Nasz Doktor.

– Zauważyliście mimochodem, że w serialu nad jednym pacjentem pastwią się całe zastępy lekarzy i personelu, a o odsyłaniu nie ma w ogóle mowy? – zastanawiał się Luzik.

– Nie oglądajcie tej zachodniej zgnilizny – powtórzył z całą mocą Nasz Doktor – bo nie będziecie w stanie pracować.

Dyskusja toczyła się na pełnych obrotach, a w międzyczasie, jak zauważył Nasz Doktor kątem oka, młoda kadra sprawnie oczyściła boksy z pacjentów.

Może nie jest tak źle z naszą medycyną, zastanawiał się pokątnie Doktor, skoro lekarze sobie jakoś radzą?

Rafał Stadryniak
internista

PS

Na raporcie z dyżuru przed obliczem dyrekcji dyżuranci zgłosili wiele zastrzeżeń co do organizacji pracy, sprzętu, liczebności personelu etc. Wyglądało na to, że czara goryczy się przelała.

Dyrekcja wszakże nie od tego jest dyrekcją, żeby załamywać ręce. Na wszystko miała jedną odpowiedź: Ale przeżyliście.

Ale przeżyliśmy, powtórzył w myślach Nasz Doktor, a narybek lekarski wyjdzie z takich prób nawet wzmocniony.

Przeżyją najlepiej przystosowani, zacytował sobie Doktor jak zwykle na koniec dyżuru ulubionego darwinistę społecznego, Herberta Spencera. I to zarówno pacjenci, jak i lekarze.

Czyli tak czy owak jednak sukces.

Nasz Doktor postanowił wyjechać na jakiś czas, żeby odpocząć od pracy. Jak to mówił, dobrze raz na jakiś czas zerwać się z łańcucha. Padło na morze, ale nie nad to wspomniane Morze Jasności, ale nad nasze własne, Bałtyckie. Podobno w sezonie zimowym jest najwięcej jodu i najniższe ceny, a przecież o te dwie rzeczy głównie chodzi.

Fot. Katarzyna Kowalska