Zakaz odwiedzin...

DSC02462 300

Pestis perniciossima (najzgubniejsza zaraza).
(Pius IX z encykliki Qui pluribus o liberalizmie katolickim)

Już w gruzach leżą Maurów posady
Naród ich dźwiga żelaza
Bronią się jeszcze twierdze Granady
Ale w Granadzie zaraza
(Adam Mickiewicz Ballada o Alpuharze)

...i dlaczego

Rafał Stadryniak = @Grypa

Podobno kto używa słowa dlaczego przemawiając, przyciąga uwagę. I proszę, ktoś właśnie czyta te słowa…

Kartka z zakazem odwiedzin pojawiła się znienacka tuż po świętach na wszystkich wejściach do szpitala. Zwykła kartka w koszulce nylonowej, druk standardowy. Krążyły w szpitalu plotki, że to może być zarządzenie dyrekcji. Brzmiała dobrze „Całkowity zakaz odwiedzin z powodu grypy”.

Luzik wiedział swoje. Był sezon infekcyjny, a rodziny pacjentów tak się naprzykrzały, że postanowił coś z tym zrobić. Owocem był zmajstrowany na komputerze zakaz. Zakaz wszedł w życie i się przyjął. W szpitalu zrobiło się przestronniej. Oddychało się lepiej. Gdy po dwóch tygodniach nadal nikt nie zdzierał zakazów, Luzik zaczynał się niepokoić. Bo oto dowcipny i kontestacyjny w zamiarze czyn okazał się odwalaniem roboty za dyrekcję.

W ten okołoświąteczny czas pracy nie brakowało. Pacjenci tuż przed Nowym Rokiem, czy to z niewydolnością krążenia, czy to ze złamaną nogą przekonywali, że właściwie nic im nie jest, żeby tylko spędzić sylwestra w domu. Nikt tego dokładnie nie rozumiał, bo w sylwestra się imprezuje, najlepiej u kogoś, ale chory, jak mawiała pewna starsza pacjentka z zaburzeniami pamięci, ma swoje prawa i trzeba się tego trzymać.

– Jestem zdrów jak ryba – dowodził właśnie pacjent, zapierając się, że już go serce wcale nie boli, a nawet – dodał, żeby było jeszcze wiarygodniej – w ogóle nie bolało. – Jestem zdrów jak ryba – powtarzał.

– Nie dalej jak z tydzień temu to samo mówił karp – mruknął doktor Nieztych, porządkując papiery w przegródce internistycznej. – I wszyscy wiemy, jak to się skończyło.

Pacjent nie wiedział.

– Muszę podlać kaktusa – wyciągnął jeszcze cięższą artylerię, ale Nieztych już drukował „Świadomą rezygnację z hospitalizacji na własną odpowiedzialność”.

Na oddziałach trwały w najlepsze poświąteczne porządki. Pacjenci wypisywali się, mając na uwadze historyczny cykliczny moment zmiany roku na datowniku. Nasz Doktor wręczał wypisy i uprzedzając rodzące się ważne pytania, opowiadał:

– Tak, ale tylko kieliszeczek, w dobrym towarzystwie i za moje zdrowie.

A na stronie dodawał z sadystycznym grymasem: już ja was oduczę picia.

W ferworze wypisów zdarzały się też i sytuacje zawstydzające. Wypisywana znajoma otrzymała co prawda wszystkie nowe leki, ale gdzieś umknęła recepta na niedoczynność tarczycy.

Poważna firma bierze takie błędy na klatę, przyznał się Nasz Doktor i chcąc niechcąc, zadzwonił do pacjentki, którą dopiero co pożegnał, że „będzie mała poprawka z lekami”.

Pacjentka przyjechała prawie natychmiast. Wcale się nie gniewała. Nie żądała zwrotu pieniędzy za taksówkę. Nie mniej wylewnie niż za pierwszym razem pochwaliła Doktora i wręczyła mu obraz własnej produkcji, grubo malowany, nie pożałowano bowiem farby olejnej, która gdzieniegdzie skapywała na ramy, dając wrażenie ekstrawagancji twórczej. I weź tu, człowieku, zrób co dobrze za pierwszym razem. Żenada. Nasz Doktor puścił wodze fantazji, co by się zdarzyło, jakby pójść tym schematem i jeszcze coś dopisać do terapii… I czy warto od razu robić wszystko dobrze? Wątpliwości ogarniały Doktora coraz bardziej.

Na szczęście rozdzwoniły się dyżurowe telefony, te których dźwięk powoduje szybkie ruchy gałek ocznych, ssanie kciuka i nie pozwala popaść w jałowe medytacje.

SOR pękał w szwach. Trzeba było iść i rozładować kolejkę, jak zwykł mawiać Nieztych, używając kolejowego żargonu. Oprócz tego polecał jeszcze tzw. wymyk celem niezwariowania. Wymyk polegał na poinformowaniu SOR, że jest się na konsultacji na zaprzyjaźnionym oddziale. Tam z kolei podawał, że wychodzi na SOR. Pozostawało tylko ulotnić się na chwilkę na wewnętrzną klatkę, gdzie można było spokojnie zebrać myśli i puścić dymka. Tam też zwykle spotykali się starsi i umiejący „wymykać” lekarze.

– Jedyna nasza broń w czasach zarazy – podsumował Luzik, podając ogień pozostałym. – Niby magiczne napisy na drzwiach jeszcze nas chronią, ale nie wiadomo jak długo.

Palący katem oka ogarniali oba wejścia do szpitala i tłoczących się na zewnątrz. Dopiero teraz widać było wyraźnie, ilu odwiedzających przychodzi w każdej godzinie. Teraz przeciskali się do drzwi, by przeczytać ogłoszenie. Napierali i odchodzili.

...Drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami… – wyrwany z pomięci urywek ewangelii Św. Jana sam się zacytował.

Nasz Doktor przypomniał sobie naraz, że przecież nie pali.

– Kto nie pali, to zasuwa – przytaknęli koledzy. – Idź na SOR, a my cię dogonimy – zażartowali.

Jak co dyżur Nasz Doktor postanowił sobie, że dzisiaj będzie działał wyjątkowo sprawnie. Na poziomie myślowym szło nie najgorzej, natomiast wykonawstwo wyraźnie kulało.

Weź tu, człowieku, i znajdź wolną pielęgniarkę! Jak już jakaś wpadła w ręce, to była zajęta, naprawdę zajęta, albo puszczała polecenia mimo uszu. Właśnie pojawiła się kolejna potencjalna wykonawczyni zleceń, ale nic z tego.

– Ela jest zajęta – stwierdziła zjawa.

– A która to Ela? – dopytywał Doktor.

– Ja jestem Ela i Ela jest zajęta – wyjaśniła Ela, nie podnosząc głowy.

– Aha – zdziwił się nieśmiało Nasz Doktor, który jakoś do tej pory nie poznał Eli. Ela jako zjawisko prezentowała się kolorowo. Pomarańczowe dżinsy i kanarkowa bluzeczka były trochę mylące, ale identyfikator nie pozostawiał złudzeń. Odręcznym pismem stało: pielęgniarka Ela.

– Ale Ela może później? – wydukał nieskładną prośbę Doktor.

– Ela jeszcze nie wie – powiedziała Ela obojętnym głosem, nie podnosząc głowy.

Na podobnych rozmowach zeszło ze dwadzieścia minut. Nasz Doktor z osłupieniem podziwiał Elo-kwencję, którą znali już wszyscy, tylko Nasz Doktor się jakoś uchował.

W sukurs przyszli świeżo wypaleni koledzy.

– O, widzę, że pogadałeś z Elą – zagadnął Nieztych, jawnie zrywając boki. – Ela zaprosi pacjentów – zakomenderował i praca poszła jak po sznurku. Ela słuchała i wykonywała.

Rafał Stadryniak
internista

PS Zakaz odwiedzin nie został formalnie cofnięty. Wkurzeni pacjenci sami poodrywali kartki i tak skończył się największy mór w szpitalu. Do dzisiaj wszyscy wspominają go z rozrzewnieniem. Jedynie Ela mówi, że Eli tam wszystko jedno.

Zamiast zakazu wstępu ktoś naprawdę anonimowy powiesił po cichu napis: „Im mniej nienawiści, tym więcej zdrowia”. Podpisano Ali ibn abi Talib. Ela mówi, że to nie Ela.

Fot. Krystyna Knypl