Czyli...

DSC 3421 150

Aż nazbyt szczęśliwi rolnicy, gdyby swe szczęście znali
(Wergiliusz Georgiki II)

Wszystkie łąki, pastwiska, wszystkie góry i pagórki są aptekami
(Paracelsus)

Wy zaś, jakkolwiek usiądziecie,
Muzykantami nie będziecie
(Iwan Kryłow Kwartet)

...rolnik

Rafał Stadryniak = @Grypa

Praca rolnika jest znojna i ważna. Zawsze taka była, odkąd człowiek zdał sobie sprawę, że musi coś jeść i że samo na talerz nie przyjdzie. Obecnie jedzenie jest wszechobecne, w lodówce zawsze pali się światło, a rolnicy, czy raczej biznesmeni rolni, dysponują w obiegowej opinii ekskluzywnym systemem ubezpieczeniowym, hektarami gruntów i całym parkiem maszynowym. Narzędzia rolnicze i sprzęt ręczny mają wartość historyczną i jako takie wiszą na ścianach skansenów, nabywając wartości kolekcjonerskiej.

Nie zawsze tak było. Jeszcze nie tak dawno wieś przymierała głodem, a chłopskie dzieci miały preferencyjne punkty za pochodzenie przy przyjęciu na uczelnie.

Echem tych punktów były notatki w dzienniku czynione przez wychowawców, gdzie pracują rodzice. W liceum szczególnie dociekliwy psor zapisywał skrupulatnie dane, dziś powiedzielibyśmy wrażliwe dane.

– A twój ojciec? – wychowawca zwrócił się do Naszego Doktora jakieś 30 lat wcześniej.

– Jest naczelnikiem Wydziału Rolnictwa w Prezydium Miejskim – wyrecytował z nieskrywaną dumą przyszły doktor, nie dodając dla uproszczenia, że pełna nazwa wydziału obejmuje jeszcze gospodarkę terenową.

Wychowawca zmarszczył się z niesmakiem:

– Czyli rolnik?

– Właściwie to stanowisko urzędnicze w Wydziale Rolnictwa – naprowadzał Doktor.

– Czyli rolnik – uciął dyskusję psor, zamykając dziennik.

– Czyli rolnik – powtórzyła cała klasa.

Rolnik z dziennika nie pomógł w niczym na studiach. Chociaż tam magia ciężkiej pracy na roli działała w postaci stypendium socjalnego. Należało się ono małorolnym, bez rozdziału na sadowników czy szklarniowych. Ci z dwoma hektarami pod szkłem zarabiali krocie i oczywiście należała się im jeszcze wisienka na torcie postaci stypendium dla dziecka…

Czasem tak bywa, że błahe z pozoru wydarzenie przez swą absurdalność odtwarza się przez całe życie w różnych scenografiach.

Zostawmy rolnika i przenieśmy się w czasy współczesne, gdzie medycyna czyni cuda i można leczyć każdą chorobę.

– Co nie znaczy wyleczyć – zaznaczył lojalnie Nasz Doktor, tłumacząc pacjentowi genezę jego obrzęków. Pacjent nie godził się z chorobą. Nie lubił leków moczopędnych, „bo po nich się sika”.

Doktor dwoił się i troił, by wyperswadować niebranie leków.

– Jak przerywa pan leczenie, to po paru dniach obrzęki wracają, a po paru tygodniach, jak nabierze pan wody, nadają się tylko na leczenie szpitalne.

– Jak Titanic – szepnął pacjent, któremu najwyraźniej spodobała się metafora z nabieraniem wody.

– A można by tego uniknąć, biorąc systematycznie leki diuretyczne, żeby nie używać strasznego słowa „moczopędne” – zręcznie nawigował Nasz Doktor, omijając rafy i góry lodowe.

– Panie, ja to już jestem stary, i tak umrę, co się będę truł lekami – pacjent zmienił płytę na cokolwiek zdartą.

– Ale w końcu i tak trafia pan do szpitala, jak wcześniej zdoła pana uratować pogotowie – naprowadzał zrezygnowany Doktor. – Można by tego całego zamieszania uniknąć przy regularnym braniu leków.

– A co ja się, panie, będę truł. Stary już jestem, swoje przeżyłem.

Nasz Doktor nadstawił ucha, bo zwykle po takim wstępie pojawiały się wspominki partyzanckie, które uwielbiał. Nie tym razem. Tym razem nastąpił ciąg dalszy tyrady, który potwierdzał, że pacjent nie widzi związku przyczynowo-skutkowego między niebraniem leków a zaostrzeniem choroby.

Jak by nie mówić, wyjdzie jedno i to samo: „czyli rolnik”. Na ekranie mózgu roziskrzyło się wspomnienie. Nasz Doktor wiedział, że jak pojawia się „czyli rolnik”, sprawa jest z gruntu przegrana. Tego ugoru nie da się zaorać. Można się tylko jeszcze starać o dopłaty z Unii za nieobsianie, przypomniał sobie najnowsze trendy w agrykulturze.

Pacjent był bardzo rozczarowany, że nie zostanie na odwadnianie w szpitalu.

– No to mnie pan doktor już wyleczył – dopowiadał cokolwiek złośliwie.

– Nie, skądże, leczenie będzie głównie w domu, w pobliżu ubikacji – zaznaczył uczciwie Doktor. – Te obrzęki trzeba wysikać osobiście – powtórzył kolejny raz bez entuzjazmu. – A leki są od tego, żeby brać – sparafrazował zręcznie znane powiedzenie. – Niebrane leki nie działają – dorzucił jeszcze bonmot domowej produkcji.

– Czyli będę musiał się truć lekami – myśli pacjenta również zatoczyły duże koło i znalazły się w punkcie wyjścia. Wyjścia bez wyjścia, dopowiedział sobie Nasz Doktor. „Czyli rolnik” – przywitał kolejną iskierkę pamięci.

Rozmowa się przeciągała, a efektów nie było widać. A przecież NFZ płaci za efekty, utwierdzał się w oczywistości Doktor. Wobec tego zostawił dyskretnie mały plik recept obok grubej teczki z kartami informacyjnymi i oddalił się. Czyli uciekł i zmylił pogonie – zacytował sobie wieszcza Adama, znikając w windzie.

Dzień dyżurowy był długi i obfitował w smakowite medyczne kąski. Oto pojawiła się pacjentka z rozregulowaną cukrzycą, której nikt nie mógł ustalić dawek insuliny.

– Byłam nawet u profesora – chwaliła się babina – i nic, cukry po trzysta – rzucała pseudohandlowym slangiem diabetyków.

– A ile razy była pani u tego profesora – zaciekawił się Doktor.

– A ile – raz. Jak mi nie pomógł, to co będę do niego chodziła.

Nasz Doktor nadstawił ucha wyczuwając znajome fluidy, które układały się zgrabnie w coś, co nazwane być mogło z łaciny: plica polonorum aegroti.

– A jak szanowna pani bierze tę insulinę? – dociekliwość lekarska nie pozwalała Doktorowi przestać pytać.

– Jak to jak, jak wszyscy – oburzyła się charakterna cukrzyczka – po jedzeniu.

– A kto tak mówił, że trzeba po jedzeniu? – Doktor nie przestawał drążyć.

– Wszyscy lekarze, a kto by inny.

– A próbowała pani przed jedzeniem?

– Ja się tam słucham lekarzy i żadnych eksperymentów nie będę robiła.

„Czyli rolnik” – śmignęła myśl i zatrzepotała pewnie w siatce jak mistrzowski rzut z połowy boiska. Pole widzenia się rozmyło, jak to zwykle bywa przy udanej wizualizacji, by znowu wyostrzyć się na osobie Nieztycha. Niezawodny kolega, ostoja rozsądku i niepoprawny żartowniś pragnął osobiście podzielić się dzisiejszymi przygodami z medycyną. Odciągnął Doktora od pacjentki z cukrami po trzysta.

– Wyobraź sobie, że trafiła mi się dziewoja nieszpetna, żartobliwie usposobiona i z bólami nóg. Z naciskiem na nóg, nie na bóle – nakrecał się Nieztych.

– I… – zachęcająco podjął Nasz Doktor, oczekując sprytnie, że musi być jakiś ciąg dalszy.

– I cały czas bolą stopy i bolą stopy, i gdzie ja się mam udać. No to widzę, że można sobie trochę odpuścić zawodowe namaszczenie, mówię, że najlepiej do metalurga. Aleśmy się przy tym uśmiali. A potem ona mnie pyta, gdzie przyjmuje metalurg... Odjęło mi mowę, ale okazało się, że dziewczyna figlarna jest i zażartowała. Chciała poza tym przyjąć się do mnie prywatnie. Nie miałem wizytówek, więc dałem, jaką miałem – Niezytych zawiesił głos i skrzywił się udawanym obrzydzeniem – czyli twoją. Tak że spodziewaj się.

– „Czyli rolnik” – szepnął Nasz Doktor

– Rolniczka – poprawił Nieztych. – Ale dynamit intelektualny i bardzo pytalska. Zasadniczo umysł bardzo chłonny, a najwięcej interesowała się ziołami. Tak, że tak powiem, w dobre ręce… No to ja już lecę. Jak pokaże się w gabinecie, to liczę na relację – zaznaczył.

– Ja ci dam relację – oburzył się Nasz Doktor. – Noś sobie swoje wizytówki, to będziesz miał informacje z pierwszej ręki. A poza tym broni mnie tajemnica lekarska, jakby kto miał jakieś wątpliwości – przypomniał sobie w porę i z nieukrywaną satysfakcją.

Rafał Stadryniak
internista

PS Ciekawska rolniczka rzeczywiście zjawiła się po niecałym tygodniu w gabinecie Doktora. Trochę zdziwiona, że nie spotkała Nieztycha, ale Nasz Doktor również okazywał solidarnie niemniejsze zdziwienie. Po wstępnym porównaniu wizytówek ustalono, że wizyta została ustalona zgodnie z wizytówką.

Rozmowy o ziołach potrafią być fascynujące i dopiero teraz Nasz Doktor docenił zaliczenie z zielarstwa na farmakologii. Na dolegliwości stawowe uzgodniono imbir, arnikę i żywokost, a może to było coś innego…

Pacjentka wyszła nieco rozczarowana, gdy dowiedziała się, że Nasz Doktor nie zbiera i nie suszy ziół osobiście.

– Nie mam własnej suszarni – bronił się racjonalnie, ale z tyłu głowy już wyświetlił się napis: „czyli rolnik”.

DSC 3477 660

Fot. Katarzyna Kowalska