Kwiaty polskie

Kwiatek czysty, smutnego sierca ucieszenie…
(Staropolska pieśń maryjna łącząca symbolikę kwietną i kardiologiczną)

A kwiecie owoc prawdy da w ostatku
(Dante Alighieri, Boska komedia, pieśń XXVII w. 148)

20160908 081739 k400

Rafał Stadryniak = @Grypa

Kwiaty są symbolem delikatności. Przez te cuda natury można wyrażać swoje uczucia, zanim zwiędną. Znany wtajemniczonym sekretny język miłości potrafi przekazywać cuda za pomocą kwiatów. Jednostronnie wszakże. Głównie od mężczyzn. Kobiety za to mają wachlarze, przynajmniej te w Chinach, które to akcesoria są podobno bardzo wymowne. W przychodni nie było wachlarzy, ale kwiatów nie brakowało. Już uspokajam. Tych przynoszonych kiedyś przez pacjentów to brakowało, chociaż nikt za nimi nie tęsknił.

Z medycznego żłobka poz Nasz Doktor wyniósł metody osłuchiwania pacjenta i ciężki zapach lilii wysysającej wodę i tlen w zabiegowym i socjalnym. Po erze goździków, które stały się synonimem obciachu na Dzień Nauczyciela (bardzo kwietne święto), pozostała pustynia. I dobrze. Zapachu lilii nie znosił do dzisiaj.

Jednak bez kwiatów widocznie nie da się na dłuższą metę. Świeżo Upieczony Doktor zauważył, że na kartach pacjentów pojawiają się malowane arcydzieła. Niektóre miały pąki, inne w pełnym rozkwicie, z wijącymi się pędami i z dorysowanymi kolejnymi główkami nie mieściły się na kopercie. To piękne. Doktor zbiegł do rejestracji po schodach lekko jak motyl. Chciał poznać autorkę tych małych arcydzieł.

Okazało się, że to praca zbiorowa. Wszystkich rejestratorek. Jak klient był awanturujący się – kwiatek na kopertę. Jak zbyt dociekliwy i nie chciał odejść od okienka, kwiatek puszczał kolejny pączek, krzewił się.

Dopiero teraz Doktor dostrzegł, jak niejednorodne były te wszystkie grafiki. Niektóre kreślone delikatną, finezyjną kreską. Inne wytłaczane brutalnie. Były i takie, które wyryto wkładem bez długopisu. Czy technika wykonania miała znaczenie?

Zdarzały się dni całkowicie kwiatowe w przychodni. Pośród wyciągniętych kart kwiat leżał na kwiecie i kwiatem był przysłonięty.

W międzyczasie donoszono kolejne ukwiecone karty. „Chwalcie łąki umajone”, zażartował blado Świeżo Upieczony Doktor i wyłącznie w swojej wyobraźni.

Mimowolnie zauważył, że nawet nie znając tych ludzi, odczuwa coś, co można było z grubsza nazwać jaskółczą czujnością. Skoro ktoś przyznał jeden czy dwa kwiaty, to chyba nie za darmo. Kwiatów nie daje się za nic. Pokutuje wśród płci żeńskiej takie przekonanie, ale powszechnie już wiadomo (folołapy i metaanalizy nie budzą żadnych wątpliwości), że to tylko wejściówka i pretekst.

Swoją drogą jaka piękna symbolika. Nasz Doktor sięgnął do korzeni kwietności, tak jak to zapamiętał z dzieciństwa. Ludowe święto wniebowstąpienia Maryi całe tonęło w kwiatach. Przynoszono też wiązanki ziół, zbóż, owoców. Figurka symbolizująca zaśnięcie Maryi ginęła w morzu maków, które wyglądały najpiękniej i nie zblakły we wspomnieniach nawet o odcień. Święto zwano popularnie Matki Boskiej Zielnej. Tylko nie mylić Zielnej z Kwietną – instruował sam siebie w myślach Nasz Doktor świeżo po lekturze książki Jeana Geneta będącej pożywką gorszycieli i szkodników.

Upieczony, ale już nie taki świeży po kilkugodzinnym przyjmowaniu chorych Doktor otrząsnął się z zadumy i zajrzał przez okratowane schody w dół, na rejestrację. Tłumek chorych kłębił się, przybierając różne kształty. Nie pomagało wydawanie numerków papierowych.

U szczytu systemu numerkowego okazywało się np. że aż trzy osoby mają ten sam numer 7, nie wiedzieć dlaczego tak popularny. Kartoniki były nie do odróżnienia nawet metodą datowania węglem radioaktywnym. Odpowiednio postarzone wszystkie wyglądały lepiej niż oryginały. Kiedyś podobno wpadł jeden spryciarz, który przesadził i chciał minąć szczęśliwych siódemkowiczów jokerem z napisem 7a. Został zlinczowany i wyrzucony z kolejki przez uczciwych podrabiaczy. Rejestratorka z niesmakiem dorysowała wszystkim po kwiatku.

Nasz Doktor skulił się na kręconych schodach i wycofał do gabinetu. Bóg raczy wiedzieć, za jakie jeszcze przewiny dorysowywane są kolejne kwiatostany: cudzołóstwo, wymuszenie pierwszeństwa, łakomstwo?

Analizując zjawisko na chłodno, zdał sobie sprawę z epokowości wynalazku. Toż to triage w swej kwiatowej wersji. Sekretny system porozumiewania się między personelem w sprawie interesantów.

Systemowi brakowało co prawda amerykańskiej otwartości, która przejawiała się mówieniem skrótami tuż pod nosem zainteresowanych. Na przykład wpada młody lekarz, anonsując koledze pacjentkę słowami BGMB. I nie pytajcie mnie, co to znaczy.

Oczywiście wszyscy są szczęśliwi, bo mówi się to wszystko z uśmiechem, a mowa ciała emanuje otwartością. Z drugiej strony problem został nazwany wprost i znika napięcie personelu. Wszyscy są szczęśliwi. Niektórzy bardziej, bo nieświadomi.

Wolę jednak kwiaty, pomyślał Nasz Doktor i zawstydził się swojej pazerności.

Z dołu dochodziły podniesione głosy. Zwłaszcza jeden męski i zdecydowany przebijał się przez pokrzykiwania rejestratorek.

– Ja się chciałem przyjąć.

– A przyjmuj się pan – odpowiedziała najstarsza z nich niejako z urzędu.

– To wyciągnie mi pani kartę.

– Nie.

– Dlaczego.

– Bo nie ma rejestracji.

– To po co wy tam wszystkie siedzicie? – przytomnie zauważył mężczyzna.

Rzeczywiście, w ciasnej kartotece za szybą kręciło się coś koło ośmiu pań, przeciskając się, ocierając i zahaczając co rusz biustami. Część z nich była tam od rana, reszta wróciła z rejonu. W masie stanowiły konkretną siłę.

W końcu natręt nie widząc żadnych efektów nacisku, ustąpił pola innym.

– A jest doktor X? – dopytywała pani w średnim wieku.

– Jest.

– A Y?

– Jest.

– A Z?

– A Z nie ma.

– Nie ma, a gdzie jest, bo ja bym chciała...

Rejestratorki jak na komendę zwróciły się do pytającej:

– Co by chciała, co by chciała?! Przecież nie ma.

– Ale na urlopie jest czy chory? – nie odpuszczała kobieta ewidentnie zainteresowana sprawą.

Nasz Doktor uciekł do siebie, tzn. przyjmować zarejestrowanych. Może jak przyjdzie któraś gwiazda rejestracji, to namówi ją, żeby przyniosła jakąś kawkę, bo nie zanosi się na przerwę. Do WC już trzeba będzie się wyrwać samemu…

Nasz Doktor z łezką w oku wspomniał starszego kolegę, który jak przyjął planowych i wybiła godzina końca pracy, opuszczał przybytek Eskulapa przez okno, zostawiając pod drzwiami łowców okazji. Pod oknem jego gabinetu wszystkie kwiatki były zadeptane…

Wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia. Nasz Doktor otrząsnął się. We wspomnieniach wszystko miało łagodne, pastelowe barwy, a rysunki na kartach, obecnie surowo zabronione jako stygmatyzujące, wydawały się niewinnym psikusem.

„Chwalcie łąki umajone”, powtórzył ulubioną frazę kończąc pracę i skrzywił się na widok ostatniej karty. Ktoś bez cienia talentu umaił kopertę niedbale narysowanymi badylami. Raczej łęgi umajone. Nie znalazł żadnego wytłumaczenia na ten brak talentu.

– Co, pracujemy? – ciszę wspomnień przerwał wesoły Nieztych, który nie trudząc się pukaniem, wpadł do gabinetu w odwiedziny i teraz szperał bez żenady po półkach. – O, fajne próbki. A tu co widzimy, kolega artysta?

Nasz Doktor zdziwił się i przetarł oczy. W chwili wspomnień włączyło się widocznie pismo automatyczne czy inna cholera, bo na czyściutkich kartach z dzisiejszych przyjęć widniały piękne rysunki kwiatów, a raczej całe ich naręcza. Były tam róże, chabry i oczywiście maki. Niektóre naszkicowane finezyjnie jakby mrozem na szybie…

– To się wymieni – pocieszał Nieztych, poklepując Doktora – a swoją drogą to pacjenci muszą być dumni, że mają takiego Doktora Grafika.

– No chyba MUSZĄ – przytaknął niemrawo Nasz Doktor, rozglądając się za niszczarką. Jedenaste przykazanie w przychodni brzmiało: Nie pozostawiaj dowodów za sobą.

Po wyjściu kolegi, który przy okazji plądrowania gabinetu pobrał parę próbek leków „dla swoich pacjentów”, Nasz Doktor znowu zagłębił się we wspomnienia.

Jako młody adept studiujący dopiero symbolikę znaków na karatach w publicznej przychodni, natknął się kilkakrotnie na tajemniczy wpis. Czyjaś ręka dopisała grubym pisakiem na czarno obok danych pacjenta: „O jejku, jejku”.

Zawodowa dociekliwość nie pozwoliła Doktorowi pominąć tego faktu. Udał się do rejestracji prosząc o wykładnię. Wszyscy jak na komendę wybuchnęli śmiechem.

– „O jejku, jejku” to po prostu „pacjent-jejku-jejku”. Nie trzeba szukać żadnych podtekstów.

– Czyli co mam robić? – pytał dalej zbity z tropu Młody Doktor.

– Nic szczególnego. Ci akurat nie zatajają swoich dolegliwości i nie kryją, jakie plany diagnostyczne mają na myśli. Są wyjątkowi i niepowtarzalni. Z reguły leczyli się już u profesury, czasem za granicą i nie chcą od ciebie niczego ważnego. Przychodzą po badania przed wizytą profesora.

Nic tak nie uzupełnia teorii jak praktyka. Pacjent z „jejku, jejku” ukrytym dyskretnie w kwiatach zjawił się jak na zawołanie i roztaczał specyficzną aurę. Gdzież to nie był, któż go nie leczył. Opowiada jak Szeherezada, wyszeptał Doktor z podziwem. Poczuł się zbyt mały i nieważny i nie omieszkał tego powiedzieć na głos. Wizyta jednak dalej się przeciągała, a Doktor dopisał potem do „O jejku, jejku” jeszcze „ku…” ze stosownym wielokropkiem.

Dopiero teraz dostrzegł przykryte kwiatami wpisy kolejnych lekarzy przychodni: „Nie rejestrować do mnie”. Zatrzymał się przy ostatnim wpisie z dopiskiem: „NIGDY” i wykrzyknikiem.

To byli dokładnie wszyscy lekarze przychodni oprócz Młodego Doktora.

20170224 181847 k400

Ostatnich gryzą psy, podsumował z łagodną zadumą Nasz Doktor, która to zaduma z biegiem lat coraz bardziej zaczynała przypominać sarkazm.

Po tygodniu zapragnął zlikwidować swój wpis na karcie słynnego pacjenta. Niestety. Pacjent zdążył się już wypisać z przychodni, zabierając kserokopię dokumentacji. Kartę wycofano do archiwum, a archiwum popłynęło razem z powodzią, która nawiedziła te strony.

Jeśli kiedykolwiek będziecie nad wodą, zwróćcie uwagę, czy nie unosi się gdzieś karta z kwiatami i wpisami podobna do wianka. Na pewno nie utonie i wcześniej czy później wypłynie…

Nasz Doktor odwiesił wirtualny fartuch do szafy, gdyż jedną z zalet pracy w poz było chodzenie w swoich ubraniach i obserwowanie efektu białego fartucha bez fartucha. Ot, kolejny zwykły szary dzień w obozie pracy.

Na odchodne zanucił swoje ulubione haiku:

„Gdy tak popatrzę

nie ma już nigdzie kwiatów

ni liści barwnych

tylko biedne nad zatoką chaty

w jesienny późny wieczór.”

Tak: biedne nad zatoką chaty w jesienny późny wieczór, powtórzył jak refren piosenki. Wiedział skubany, że autor haiku Fujiwara Teika raczej nie będzie miał mu tego za złe. Jak głosiła notka biograficzna, żył w latach 1162-1241.

Obejrzał się jednak przesądnie przez lewe ramię i po naszemu zaintonował:

„Chwalcie łąki umajone”.

Tekst, zdjęcie i rysunek
Rafał Stadryniak
internista

GdL 3_2017