Poczciwa babcia recepta ma się dobrze!

Rozszyfruj receptę

Marzena Więckowska

Rzecz dotyczy osobliwego znaleziska spoczywającego dotychczas spokojnie w najstarszych zakamarkach Internetowego Systemu Aktów Prawnych. Jest nim pierwsza regulacja prawna dotycząca recept lekarskich, utworzona przez władzę Polski Ludowej w 1951 roku w postaci „Zarządzenia Ministra Zdrowia w sprawie wystawiania recept przez lekarzy”. Datę tę należałoby uznać za początek końca recepty, która w pierwotnej wersji była jedynie pisemnym poleceniem lekarza dla farmaceuty dotyczącym leków, jakie mają zostać użyte w leczeniu pacjenta. Jednakże dla dzisiejszego lekarza treść tego aktu prawnego sprzed ponad 60 lat nasuwa skojarzenie z idylliczną sielanką pióra Jana Kochanowskiego. Miłe złego początki…

Cóż zatem i w jaki sposób postanowiła prawnie uregulować władza ludowa w Polsce?

1951-1991

Ten akt legislacyjny z 1951 r. autorstwa ówczesnego ministra zdrowia doktora Jerzego Sztachelskiego o objętości jednej strony maszynopisu w kilku zwięzłych punktach określa, że recepta wystawiona przez lekarza powinna zawierać: nazwisko, imię i adres lekarza, nazwisko i imię chorego, nazwę i ilość leku, a w miarę potrzeby postać, sposób użycia, datę wystawienia i podpis lekarza. I to wszystko. Wzoru recepty nie określono. Brak także jakiejkolwiek regulacji dotyczącej kontroli recept, ponieważ kontrola recept wówczas nie istniała.

W tym miejscu organ ustawodawczy zapewne stwierdził, że akt prawny tak wysokiej rangi nie może się składać z dziesięciu linijek, dlatego wprowadził pewne wyjątki od reguły.

Lekarz jako przedstawiciel klasy inteligenckiej, pełniącej służebną funkcję wobec ludu pracującego miast i wsi, otrzymał prawo niewpisywania swego adresu, o ile recepta jest wystawiona na blankiecie zakładu społecznego służby zdrowia oraz prawo zastąpienia sposobu użycia wyrazem „wiadomo”, o ile lek nie zawiera trucizny lub środka odurzającego. Co ciekawe, lekarz miał prawo zamieścić na recepcie adnotację „powtórzyć”, co oznaczało, że aptekarz mógł wydać pacjentowi kolejną porcję leku na podstawie odpisu recepty bez potrzeby wypisywania kolejnej recepty przez lekarza. Dopuszczono używanie poleceń dla apteki w języku łacińskim. Ustawodawca określił ponadto, że recepta powinna być napisana czytelnie atramentem lub ołówkiem atramentowym, a poprawki powinny być omówione i podpisane przez lekarza. Wyjaśnienia wymaga pojęcie „ołówek atramentowy” („chemiczny”, „kopiowy”). Jest to specjalny ołówek, obecnie rzadko spotykany, którym się pisało po zwilżeniu rdzenia ołówka (np. śliną, co pozostawiało charakterystyczny fioletowy ślad na języku). Pismo było odporne na ścieranie gumką. Takim ołówkiem pisano w dokumentach, w których każdy wpis powinien być nieusuwalny i pozostawiać trwały ślad – np. w dokumentach finansowych – w czasach, kiedy nieznany był jeszcze długopis, a pióra wieczne nie były rozpowszechnione.

Taki stan prawny (z dwiema symbolicznymi zmianami) obowiązywał aż do 1991 roku, czyli do przemian ustrojowych.

Od 1991: hulaj dusza!

Rozpoczęła się epoka skutecznego usuwania w zapomnienie poczciwej „babci recepty”. Niepohamowana twórczość legislacyjna uruchomiła lawinę rozporządzeń, które pojawiały się czasem nawet kilka razy w roku. Nieustannie zmieniano i komplikowano sposób pisania recept oraz wymyślano coraz to nowe wzory w różnych rozmiarach, kolorach (biały, różowy, zielony, z niebieskim paskiem), łącznie z takimi, które należało pisać przez kalkę w dwóch egzemplarzach, pilnując wtórnika jak oka w głowie. Od 1991 roku do dziś zasady wystawiania recept zmieniano aż 24 razy. Obecnie obowiązujące regulacje rozrosły się do 30 stron. Aktualne rozporządzenie w sprawie recept pochodzi z 8 marca 2012 r., przy czym wprowadzono już do niego dwa rozporządzenia zmieniające. Dane pacjenta poszerzono o dokładny adres i PESEL, a także w niektórych wypadkach o wiek. Poza tym należy wpisać kod płatnika, kod uprawnień dodatkowych pacjenta, numer prawa wykonywania zawodu lekarza wraz z kodem kreskowym, unikatowy numer recepty nadany przez NFZ wraz z kodem kreskowym, dane osoby uprawnionej lub świadczeniodawcy obejmujące jego nazwę, adres, numer telefonu i regon wraz z kodem kreskowym, a także odpłatność za lek, którą należy ustalić na podstawie zmienianego co 2 miesiące wykazu leków refundowanych oraz dokumentów rejestracyjnych leku. Określono także maksymalne ilości leków, jakie mogą być wypisane na jednej recepcie. Oczywiście opracowano nowe wzory recept i ustalono ich minimalne wymiary. Rozporządzenie reguluje ponadto zasady realizacji recept przez farmaceutów, sposób konstruowania i przydzielania lekarzom unikatowych numerów identyfikujących receptę, a także sposób przechowywania i szczegółowe zasady kontroli wystawiania i realizacji recept.

Dziś: jest mur, jest i furtka

Resztki rozsądku ustawodawcy pozwoliły na pozostawienie możliwości wypisywania leków nierefundowanych na receptach nieodpowiadających wzorowi z rozporządzenia. Leki takie można nadal wypisywać na zwykłych kartkach papieru o dowolnej wielkości, kształcie i kolorze, a dane wymagane na takiej recepcie są praktycznie takie same jak na recepcie sprzed ponad 60 lat. Niewielu lekarzy wie o możliwości wystawiania takich recept, gdyż proces przekształcania recepty lekarskiej w „czek apteczny” skutecznie wyeliminował ją ze świadomości większości lekarzy i farmaceutów. Paradoksalnie jednak do jej wskrzeszenia przyczyniło się ostatnie, najbardziej zagmatwane i restrykcyjne rozporządzenie ministra zdrowia.

„Babcia recepta” nadal więc żyje i ma się całkiem dobrze, ponieważ jest coraz częściej stosowana przez udręczonych „refundologią” polskich lekarzy. Pozostaje mieć nadzieję, że nie uśmierci jej zapowiadana przez twórców systemu informatyzacji ochrony zdrowia tzw. e-recepta, czyli recepta elektroniczna. Strach pomyśleć, jaką objętość będzie mieć wówczas rozporządzenie.

Marzena Więckowska
internista, lekarz rodzinny