Czy można mieć prorocze sny? (1)

lekarzpacjentem1 660

Małgorzata Zarachowicz

W połowie czerwca ubiegłego roku w wyniku samobadania odkryłam znalezisko we własnym ciele w postaci guza. Twór był niebolesny, o nierównej powierzchni, nieprzesuwalny, w dodatku głęboko położony, więc nie byłam całkowicie pewna jego charakteru, ale budził moje podejrzenia. W końcu ileś się w 30-letnim życiu zawodowym pacjentek namacałam.

Badanie mammograficzne

Tego samego dnia po południu zgłosiłam się na badanie mammograficzne. Mam to szczęście, że taka pracownia jest 300 m od mojego domu, w dodatku ma dobry sprzęt, a ja w tej przychodni pracowałam od kilkunastu lat. Skierowanie nie jest potrzebne, bo badania są w ramach programu profilaktycznego. Niestety nie korzysta z niego zbyt wiele kobiet. Oglądałam zdjęcia razem z Koleżanką Radiologiem posiadającą stosowny certyfikat w tym zakresie – opis mówił o zmianie łagodnej, ale z zaleceniem wykonania USG. W uzasadnieniu „paszczowym” padło stwierdzenie, że to tak na wszelki wypadek, bo „z lekarzami różnie bywa”. Za trzy dni Kolega wykonał badanie ultrasonograficzne i ocenił zmianę jako najprawdopodobniej łagodną, ale miał pewną niewielką wątpliwość i „z lekarzami różnie bywa”, więc zalecił biopsję cienkoigłową; skomentował na koniec spotkania, że będzie to jednocześnie zabieg terapeutyczny, ponieważ płyn zostanie ewakuowany i zapomnę o sprawie.

Było mi to nie całkiem na rękę, dlatego że akurat wtedy miałam dużo zajęć zawodowych, przede wszystkim z wprowadzaniem słynnego „grupera” do poradni specjalistycznych. Następnego dnia zamierzałam umówić się na biopsję, ale spotkałam zupełnie przypadkiem bliską Koleżankę Patomorfologa, której opowiedziałam o moich badaniach i że palpacyjnie średnio mi się to podoba, ale dotychczasowa diagnostyka nie jest niepokojąca. Koleżanka natomiast chyba się przejęła, bo nakazała przybyć do swojej poradni chorób piersi (skierowanie wzięłam od „mojej” Lekarki Ginekolog) za dwa dni. Wdzięczność moja była ogromna, bo spadła ze mnie konieczność „organizacyjna” dalszego postępowania.

Badanie USG

Wczesnym upalnym rankiem pognałam do poradni, gdzie bardzo miły duet lekarski Pani Doktor Ultrasonografistka i Pan Doktor Patomorfolog przyjęli mnie jako tzw. cito. Pierwsze nakłucie cienką igłą zakończyło się niepowodzeniem w postaci braku materiału do badania. Doktor wykonał od razu biopsję grubą igłą, przygotował preparat, a ja podziękowawszy, pocwałowałam do obowiązków zawodowych, tzn. nieść pomoc i ulgę cierpiącym jako tzw. lekarz poz, czyli „pierwszego konfliktu”, oraz pogrążyć się w biurokracji nfzetowej. W późnych godzinach popołudniowych zadzwoniła moja Koleżanka Patomorfolożka z informacją, że we dwójkę z Kolegą (wykonującym badanie) obejrzeli „szkiełka” i nie ma wątpliwości, że mam gościa tyłem chodzącego, czyli najzwyklejszego raka.

Muszę przyznać, że nie zrobiło to na mnie większego wrażenia poza tym, że czekają mnie kolejne nieplanowane zajęcia w postaci zabiegu operacyjnego i konsekwencji tegoż. Poza tym zawsze miałam przekonanie, że wszystko może spotkać tak samo mnie, jak każdego „onego”. Ani razu nie zadałam sobie pytania: dlaczego ja? Ja, bo tak się w życiu zdarza i tyle. A niby dlaczego nie ja? Tu dygresja – wielokrotnie zadawano mi pytanie o profilaktykę: poprzednie badanie miałam też w programie profilaktycznym 2,5 roku wcześniej zupełnie bez zmian (nawet z USG, tak „na wszelki wypadek”); nie było żadnej chorej kobiety w mojej rodzinie.

„A lato było piękne tego roku...”, nie mówiąc o tym, że roboty w mojej fabryce zdrowia szykowało się „po kokardkę”. Wykonałam badania krwi, zdjęcie klatki piersiowej, ekg, a inny Kolega wykonał „w gratisie” USG dołu pachowego po stronie chorej. Z całym tym pakietem udałam się do poradni onkologicznej (bez skierowania). Zasadziłam się na końcu kolejki – nie byłam zapisana, ale lekarz obiecał mnie zbadać; proponował mi nawet, że zrobi to natychmiast, ale nie chciałam narażać jego i siebie na komentarze bomisiów, że uprawiamy prywatę i nepotyzm. Miałam czas (było już po pracy), gazetę, więc mogłam oddać się lekturze oraz niezwykle ciekawym obserwacjom obyczajowym. Co ja się nasłuchałam przez półtorej godziny oczekiwania...

Naprawdę zadziwia mnie w polskim społeczeństwie brak podstawowej wiedzy ogólnej, takiej na poziomie szkoły podstawowej i zwykłego oczytania. Pacjenci, w ich mniemaniu, na ogół są mądrzejsi od lekarza, no bo mają dra Google i poradniki internetowe oraz prasę naukawą w postaci kolorowych magazynów dla kobiet i ich partnerów. Nie dziwię się, że stan „zdrowotności” Polaków nie jest najlepszy, a dostęp do tzw., wg nowomowy, świadczeń medycznych ograniczony dla ludzi naprawdę potrzebujących pomocy. Władza za pośrednictwem mediów obiecuje obywatelom wszystko, natychmiast i „za darmo”, ale głównie w sytuacjach „uderzyłem się w palec 2 tygodnie temu, czy dzisiaj coś mi grozi?” Za to w sprawach istotnych dla zdrowia i życia chory Polak musi przedzierać się przez dżunglę durnych przepisów, co miałam w nadchodzącej przyszłości obserwować. W takiej dżungli lekarz zmuszony jest także do bezsensownego użerania się z biurokratyczną głupotą serwowaną przez tzw. organizatorów systemu opieki zdrowotnej w Polsce.

Wizyta u chirurga

Weszłam do gabinetu Chirurga Onkologa. Doktor obejrzał badania, zbadał mnie i powiedział, że „dałby sobie rękę uciąć”, że mammografia zupełnie nie wskazywała na takie rozpoznanie histopatologiczne. Był bardzo zmartwiony, że musi umawiać się ze mną na operację. Proponował też zabieg oszczędzający z ewentualną kontynuacją po ocenie wycinków guza. Bez namysłu zdecydowałam się na pełną mastektomię z węzłami dołu pachowego. Zawsze byłam zwolenniczką radykalnych metod (w tym np. dużych dawek w farmakologii) szybko stosowanych. Przyszłość pokazała, że i w tym przypadku miałam rację. Doktor wyznaczył mi termin operacji za 5 dni po południu, a ja na pożegnanie stwierdziłam, że tego dnia miał przynajmniej jedną porządną chorobę wśród oczekujących w poczekalni i termin „cito” się nie zmarnował.

Muszę przyznać, że niespecjalnie miałam czas na rozważania i lęki w wirze pracy zawodowej. Nie miałam też żadnych dylematów w kwestii „utraty kobiecości”, ewentualnej rychłej śmierci czy powikłań. Moja progenitura jest dorosła, „odchowana”, mąż odpowiedzialny, więc istotnych niemiłych zdarzeń rodzinno-egzystencjalnych nie przewidywałam.

Tu jedna szczególna uwaga – od „pomacania” do skierowania na operację minęły 2 tygodnie; istotnie diagnostyka szła „jak burza”, ale przyznam, że z każdym moim pacjentem, u którego podejrzewałam poważny problem, postępowałam podobnie, umawiając go pilnie na różne konsultacje, więc nie czuję się uprzywilejowana w tym zakresie.

I jeszcze pewna ważna rzecz – byłam od początku przekonana, że „mam raka” i w chwili rozpoznania poczułam ulgę. Skąd pewność? Kompletnie irracjonalna – kilka miesięcy wcześniej, przynajmniej raz w tygodniu śniło mi się, że wypadają mi lub łamią się zęby. To było dosyć męczące, bo nie znoszę chodzić do dentysty i na szczęście natura obdarzyła mnie mocną kością. Parę dni przed mammografią przeżyłam nocny koszmar: straciłam w nim wszystkie zęby, a na koniec stałam przed lustrem, wyjmując własnoręcznie garściami swoje własne włosy. Myślę, że sen może być o tyle proroczy, że mózg traktowany przez substancje wydzielane przez nowotwór może produkować obrazy „prorocze”.

Informacje dla rodziny i współpracowników

Poinformowałam rodzinę – przekazałam im to jako problem do rozwiązania, który niewątpliwie trochę będzie uciążliwy i przez jakiś czas wpłynie na tryb naszego życia. Nie powiem, zmartwili się, ale nie popadli w rozpacz. Powiedziałam też szefowej i współpracownikom – niektórych zatykało i mieli bladość na obliczu. Natomiast ja uważałam, że z takich historii nie należy robić tajemnicy, bo przekształca się to w sensację i ściszanie głosów na widok „rakowca”. Uprzedziłam też niektórych pacjentów z powodu konieczności przekazania ich leczenia innym lekarzom. Musieli wiedzieć, dlaczego tak się dzieje. I tu przeżyłam naprawdę niespodziewanie miłe chwile. Ludzie okazywali mi tyle życzliwości, że trudno mi było to ogarnąć. Niektórzy mieli łzy w oczach, więc musiałam ich pocieszać.

Na samym początku lipca wylądowałam w pięknym, niedawno wyremontowanym, zabytkowym budynku szpitala – wzorowanym na włoskim sanatorium z początku XX w. We wnętrzu zachowano m.in. stare granitowe schody. Otoczenie tej placówki to zadbany park w środku lasu. Czułam się jak w ośrodku wczasowym. Ludzie tam pracujący są niezwykle mili, życzliwi, z dużymi umiejętnościami. Placówka ma, oczywiście, kontrakt z NFZ. Kłopotem dla niektórych pacjentów jest niewątpliwie fakt, że jest pewien problem z dojazdem, ale ostatnio dowiedziałam się, że zorganizowano specjalną linię „busikową” z pobliskiego miasta.

Świat medyczny jest bardzo mały – oczywiście spotkałam znajomą sprzed lat Pielęgniarkę i Lekarkę zatrudnioną w mojej fabryce, nie mówiąc o Operatorze, który mnie tu skierował. Dostałam salę dwuosobową z młodą dziewczyną z nowotworem w innej lokalizacji; też miała być operowana tego dnia. Zostałyśmy „zakłute” wenflonem. Oczywiście, jak to u lekarza bywa, a zwłaszcza mającego beznadziejne żyły, jak ja, biedna Pielęgniarka męczyła się okrutnie, żeby mi bólu nie zadawać; jej stres był tym większy, że wiedziała, że ma do czynienia ze „służbą zdrowia”, co jest naprawdę sporym obciążeniem. Problem polega na tym, że ja nigdy na dzień dobry nie mówię, że jestem lekarzem, natomiast język, którym się posługuję w sprawach medycznych natychmiast powoduje pytanie o wykonywany zawód. Poza tym znajoma osoba rejestrująca w izbie przyjęć przedstawia pozostałym, kto przybył. I było to zrobione w bardzo miłej formie, bardziej jako udział w pewnej wspólnocie zawodowej. Poza tym nie zauważyłam, żebym była w jakikolwiek sposób lepiej traktowana, niż chorzy spoza „branży”. Zresztą nigdy nie wymagałabym szczególnej atencji.

Już po zabiegu operacyjnym

Obudziłam się po zabiegu trochę lżejsza o narząd amputowany, zległam w sali pooperacyjnej i wdałam się w rozmowę z kolejną oczekującą na to samo chorą – starsza pani, całkiem przerażona; jakoś udało się nieco spacyfikować jej lęki. W tym czasie moja współspaczka była na bloku operacyjnym. Pielęgniarka „pooperacyjna” była fantastyczna – z poczuciem humoru, rozmowna, ale nie gadatliwa. Miałam jeden problem – każdy musi po zabiegu prozaicznie oddać mocz. Ja nigdy nie byłam w stanie dokonać tego w łóżku na tzw. basen. Musiałam więc przekonać Pielęgniarkę do odstąpienia od procedury i udałam się własnonożnie do kibelka. Potem dostałam morfinę i niestety nie zmorzył mnie sen, czego skutkiem były przemiłe pogawędki o życiu, dzieciach wraz z poradami lekarskimi oraz zapytania o samopoczucie kolejnych operowanych.

Następnego dnia rano byłam już w oddziale. W zasadzie nic mnie nie bolało w sposób przykry, zaczęłam normalnie chodzić z butelką od drenażu w kieszeni kaftanika piżamowego, a po południu nawiedziła mnie rodzina, z którą poszłam na spacer do parku. Dostałam tymczasową protezę, adresy, gdzie można nabyć protezy stałe, peruki i inne konieczne akcesoria oraz broszury edukacyjne. W czasie pobytu szpitalnego narozmawiałam się z personelem medycznym i pacjentkami. Oczywiście nie obyło się bez porad lekarskich internistycznych, ale cieszyłam się, że mogę tym osobom pomóc, zwłaszcza że żadna z nich nie była typem „bomisia” – miały prawdziwe problemy życiowo-zdrowotne.

W sobotnie południe odwiedził mnie Operator, wykonał konieczny zabieg, wręczył wypis i poinstruował, co dalej.

Prawdę mówiąc przez te 5 dni ja naprawdę odpoczęłam po wyczerpującej pracy zawodowej. Czułam się lepiej, niż po niedawnym powrocie z wiosennego urlopu. Tak było, choć niewątpliwie trudno w to uwierzyć.

Schody miały zacząć się później.

Cdn.

Małgorzata Zarachowicz
specjalista medycyny rodzinnej

lekarzpacjentem2rakDSC05197 150

 

 

GdL 1_2012