Serial z herceptyną (4)

lekarzpacjentem1 660

Małgorzata Zarachowicz

Nadeszła wiosna 2012 r., a wraz z nią zaczął się mój serial „17 mgnień herceptyny”. Co trzy tygodnie jeden odcinek. Niektórzy na pewno pamiętają słynny film o szpiegu radzieckim pod podobnym tytułem, do którego nawiązuję.

Zostałam objęta programem lekowym, w którym są ściśle określone przez Zatroskanych Inaczej wymagania. Niespełnienie choćby jednej Jej Wysokości Procedury powoduje, że Niemiłościwie Panujący Urząd nie dokona zapłaty za leczenie. Nie zawsze zastosowanie JW Procedury ma sens, ale nie on jest istotą działania Urzędu.

W szponach JW Procedury

Tak więc w co trzeci czwartek rano przyjeżdżam do Wysokospecjalistycznego Molocha Onkologicznego, pobieram z automatu numerek do rejestracji i zajmuję pozycję siedzącą w oczekiwaniu do jednego z kilku okienek. Numerki bywały z różnymi liczbami – dwieście kilkadziesiąt, ponad trzysta, a zdarzało się i powyżej sześciuset. I nie mam pojęcia, od czego to zależy, bo przychodziłam o różnych porach: bladym świtem albo późnym rankiem i nie miało znaczenia, ile osób jest przede mną.

Po dokonaniu niezbędnej procedury zaistnienia, czyli akceptacji przez wirtualny system biurokratyczny w postaci nadania niezbędnego numeru PID (nie mam pojęcia, co to oznacza) staję się pionkiem do ustawiania na urzędniczej szachownicy. Mam obowiązek udać się do gabinetu pobrań w celu utoczenia krwi dla oznaczenia licznych parametrów oraz do pracowni EKG, żeby uzyskać zapis elektrycznej pracy mojego serca. Następnie należy odczekać na pojawienie się wyników badania na ekranie monitora w gabinecie lekarza, który wówczas wzywa mnie i zleca kolejny wlew. Ze stosownym pisemnym zleceniem przemieszczam się na oddział do pokoju chemioterapii dziennej, gdzie przemiłe panie pielęgniarki podłączają kroplówkę, i po zakończeniu wlewu mogę iść do domu.

Teoretycznie wszystko dzieje się „dla mojego dobra, czyli dobra polskiej pacjentki, ale… nie mogę zgłosić się do lekarza z własnymi wynikami badań, wykonanymi w innym miejscu, nawet prywatnie, za moje pieniądze. Nie mogę, bo procedura zostałaby złamana, a w takim razie Zatroskani Inaczej nie płacą. I nieważne, że tracę czas, siedząc w poczekalni w oczekiwaniu na „wyniki”. Ja jeszcze mam dobrze, bo mieszkam niedaleko Ośrodka, ale przyjeżdżają tam ludzie z odległych miejscowości i w dużo gorszym stanie i muszą swoje „nabożeństwo kolejkowe” odprawić.

Raz na 10-12 tygodni JW Procedura nakazuje poddać się badaniu echokardiograficznemu serca, jako że terapia jest kardiotoksyczna. I w tym wypadku również nie mogę tego dokonać tam, gdzie chcę, ale tam, dokąd wysyła mnie urzędniczy paluch. Nawet nie mogę wydać własnych pieniędzy na takie badanie w prywatnym gabinecie, bo JW Procedura zostałaby złamana i NP Urząd nie zapłaci za leczenie, ergo zapłacić musiałby lekarz zlecający albo pacjent.

Co do zasadności badań – niewątpliwie potrzebne jest monitorowanie stanu pacjenta, ale leczy się nie wynik badania, ale człowieka. Jeśli klinicznie nic się nie dzieje przez np. 3 kolejne kursy terapii i potwierdzają to badania dodatkowe, nie widzę powodu, dla którego muszę za każdym razem poddawać się nakłuwaniu żył, zresztą bywa, że wielokrotnemu do jednego pobrania, bo naczynia mam zniszczone. Ostatni rekord to 7 (siedem) podejść do wkłucia się do żyły...

W królestwie Świętej Biurokracji

W oddziale przed KAŻDYM wlewem musiałam wypełnić arkusz ze zgodą na liczne JW Procedury dokonywane względem mnie. Jeśli przyszłam pierwszy raz i zgodziłam się na takie postępowanie, to po jakie licho powtarzać to za każdym razem? Papieru ubywa, a lasy rosną powoli… Zlikwidowano tę durnotę, ale za to wprowadzono kolejną atrakcję ku rozrywce chorej gawiedzi. Mianowicie pacjenta trzeba oznakować – to chyba emanacja Ustawy o Lecznictwie. Znakowanie odbywa się następująco: po otrzymaniu papieru od lekarza ze zleceniem na wlew oraz dodatkowego kwitu A4 nie idę na oddział, o nie. Cwałuję do Ruchu Chorych, gdzie w stosownym gabinecie przekazuję kwit i zasiadam w długim rzędzie krzeseł z oczekującymi. Po czasie różnej długości wychodzi niewiasta i odczytuje nazwiska. Pacjenci robią „powstań” i gęsiego, jak za panią matką, podążają korytarzami pod drzwi kolejnego pokoju. Drzwi nie są zamknięte, więc słychać wywoływanie osób. We wnętrzu bardzo miła kobieta zakłada na nadgarstek opaskę, „jak noworodku”, z personaliami i danymi szpitalnymi.

Rozumiem, że chory może stracić przytomność w windzie między piętrami albo w sklepiku na dole i trzeba go zlokalizować względem pobytu docelowego. Natomiast czemu dotyczy to „jednodniowców”, a tym bardziej „parogodzinnych”? Na jakim terytorium znacznik obowiązuje? Do drzwi wyjściowych? 2 m za nimi czy 7 m i 50 cm? A może zaraz za progiem oddziału traci moc? I druga sprawa – dlaczego nie można zakładać tej bransoletki w macierzystym oddziale? W wyniku zastosowania JW Procedury odprawia się dodatkowy korowód do dwojga drzwi.

Tajne łamane przez poufne

No i oczywiście tajemnica lekarska doprowadzona ad absurdum przez RPO lub GIODO – w każdym razie URZĄD (można sprawdzić w totalnym inwigilatorze, czyli necie): mianowicie pacjenci wzywani są do gabinetu imiennie przez głośnik. I bardzo dobrze – eliminuje to cwaniactwo i daje poczucie spokoju. A nie, nie… wg Urzędu to narusza tajemnicę…

No to ja proponuję w celu dochowania anonimowości chorego przychodzenie w kominiarkach – dotyczyłoby to pacjentów, lekarzy, pielęgniarki i w ogóle wszystkich. Będzie pięknie na korytarzu… i nie tylko.

Refleksje natury ogólnej

Problem onkologii, ale też innych dziedzin medycyny leży w zbyt małej liczbie fachowych pracowników oraz w ZBYT DUŻYM dostępie do lekarza… Tak, tak! Polski pacjent mało chory koniecznie chce się leczyć u -ologa albo -isty, czego konsekwencją jest jedynie przepisywanie „proszków” przez specjalistów osobom przewlekle chorym i stabilnym, i w efekcie brak dostępu do koniecznych porad specjalistycznych dla ludzi naprawdę potrzebujących. Zastanawiam się, dlaczego finansuje się nie zawsze potrzebne pobyty w sanatoriach z publicznych pieniędzy, a brakuje na leczenie przywracające ludzi do pracy lub do samoobsługi, czyli po urazach i udarach…?

Dlaczego „leczmy” ostrogi piętowe i zmiany zwyrodnieniowe kręgosłupa spowodowane kilkudziesięciokilogramową nadwagą i kilkudziesięcioletnim brakiem ruchu, a brakuje pieniędzy dla chorych onkologicznie?

Przede mną jeszcze osiem spotkań – z fantastycznymi lekarzami i pielęgniarkami, ciekawymi współtowarzyszami w leczeniu wg JW Procedury i osiem zderzeń z głupotą Urzędu.

Kiedyś „rak” to był wyrok, teraz takie rozpoznanie w cywilizowanym świecie to w większości choroba przewlekła i często wyleczalna, ale w takim systemie marnotrawienia pieniędzy, jak w Polsce, stanie się ponownie wyrokiem.

Cdn.

Małgorzata Zarachowicz
specjalista medycyny rodzinnej

lekarzpacjentem2rakDSC05197 150

 

 

GdL 10_2012