Po odwyku...

... fajnie jest!

@Doskonała_do_bólu

w czerni1 250

Jestem dzieckiem lekarki i miejskiego prominenta.:) Zawsze słyszałam, że muszę być we wszystkim najlepsza, żeby nikt nigdy nie powiedział, że coś zawdzięczam pozycji rodziców.
W podstawówce świadectwa z czerwonym paskiem, zwycięstwa w olimpiadach, trzy lata przewodniczenia samorządowi szkolnemu. Świadectwo maturalne ze średnią 5,0 (w skali do 5). Na medycynę dostałam się za pierwszym razem, ze sporym zapasem punktów. Na studiach wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, drugie tuż po stażu. Można powiedzieć – dziecko szczęścia...
Tylko czy na pewno? A jeśli tak, to jakim kosztem?

 Ciężko na to zapracowałam

Po pierwszą tabletkę relanium sięgnęłam w szkole średniej. W domu lekarza z dostępnością leków nie było problemu. Stres przed egzaminami maturalnymi był taki, że po kilku nieprzespanych nocach i dniach bez efektywnej nauki relanium wydało się dobrym pomysłem. Efekt był znakomity. Rano wstałam jak nowa i mogłam się dalej uczyć.

Ponownie relanium pojawiło się w moim życiu po rozpoczęciu pracy. Liczne dyżury w szpitalu zupełnie zaburzyły mi rytm snu i czuwania, a „rolki” znowu pomogły.

I znów kilka lat przerwy.

Po raz kolejny sięgnęłam po benzodiazepiny przed egzaminem specjalizacyjnym. W domu biegała dwójka małych rozwrzeszczanych dzieciaków, a ja usiłowałam się uczyć. Czas uciekał, wieczorami zwalałam się z nóg i „sufitowałam”. Relanium już nie wystarczało, by zasnąć. Ostatni miesiąc przed egzaminem był właściwie pasmem przyjmowania benzodiazepin.

Rano była kawa, betabloker i relanium 5 mg – żeby móc się skoncentrować na nauce i nie wpadać w panikę, wieczorem lorafen, by od trzeciej w nocy nie „powtarzać” we śnie przerobionego materiału.

Po egzaminie okazało się, że bez lorafenu już nie umiem zasnąć. Świadoma zagrożenia postanowiłam odstawić lek za wszelką cenę. Tą ceną okazało się tylko 10 dni niemal zupełnej bezsenności. W końcu zasnęłam i wszystko wróciło do normy.

Rok później znalazłam się w szpitalu na kardiologii jako pacjentka. Diagnostyka nie przyniosła rozpoznania kardiologicznego. Na karcie wypisowej stało: „Dystonia neuro-vegetativa”, a w zaleceniach poszpitalnych: „Xanax-3x1,0 przez... 3 miesiące”

Lekarz prowadzący argumentował, że to nowy lek, nie daje uzależnienia, nie upośledza psychiki i motoryki. I to był początek spirali, która zawiodła mnie pod drzwi oddziału o nazwie OLAZA (Oddział Leczenia Alkoholowego Zespołu Abstynencyjnego).

Oczywiście w drodze do uzależnienia nieustannie „wspierały” mnie: praca i życie osobiste.

Każdy cięższy dyżur, śmierć pacjenta, awantura, roszczeniowość, nawał roboty – stawały się dobrym powodem do sięgnięcia po BDA.

W domu szykował się mój osobisty rozwód, potem jeszcze tragiczna śmierć najlepszego przyjaciela.

W pewnym momencie zorientowałam się, że brak BDA wywołuje u mnie objawy abstynencyjne i to nie tylko psychiczne, ale i fizyczne. Po przyjęciu kolejnej dawki xanaxu znów było świetnie... na chwilkę.

Dopiero wtedy się przeraziłam. Odwiedziłam swoją koleżankę psychiatrę jako pacjentka i tu wielki ukłon dla niej. Wysłuchała mnie i potraktowała jak zupełnie obcego pacjenta, bez żadnych ceregieli. Dała skierowanie do szpitala i numer telefonu Pani Ordynator.

Musiałam zadzwonić, sama przedstawić swoją sytuację i prosić o przyjęcie. Udało się. Po tygodniu byłam na Izbie Przyjęć. Lekarzem dyżurnym okazał się chłopak, który kilka lat wcześniej był moim stażystą. Poznał mnie, chwilę porozmawialiśmy. Dziwne uczucie.

fontannann350

Oddział zamknięty

Przebrałam się w szpitalne ciuchy, oddałam wszystkie metalowe i ostre przedmioty, sztućce, telefon komórkowy. Pasek od szlafroka. Pozostałe rzeczy zostały dokładnie przeszukane na okoliczność posiadania ukrytych leków.

Potem pobrano mi krew na poziom beznodiazepin w surowicy i pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali. „Po prawej stronie leżą panie z OLAZA, po lewej panie z Farmakoterapii” – powiedziała pielęgniarka i wyszła. Kiedy drzwi się za nią zamknęły, kobiety z sali podsumowały: „No tak, po prawej – lekomanki, po lewej – wariatki”.

Sala ośmioosobowa: dwie panie psycholog, anglistka i ja po stronie „odwykowych”, dwie pacjentki z depresją i dwie ze schizofrenią po stronie „psychicznych”. Kobietki przyjęły mnie bardzo ciepło.

Jedna ze schizofreniczek okazała się córką mojej pacjentki z rejonu, sama mi się przypomniała.

Po niedzielnych odwiedzinach okazało się, że z kolei jedna z „lekomanek” jest matką mojej pacjentki. :)

Głupie uczucie być lekarzem i być spotkanym w takim miejscu jako pacjent. Ale to nie był wstyd.

Tak wygląda każdy dzień

Rano obchód (z rozmowy między lekarzami swobodnie orientuję się, na co kto choruje, jakie ma wyniki i zlecone leki).

Potem czas na leki – ustawiamy się w ogonku do gabinetu zabiegowego, leki połykamy w obecności pielęgniarki.

Śniadanie, obiad, kolacja. Leki – znowu ogonek przed zabiegowym i kontrola jamy ustnej. :)

Kolejka do mycia: jeden prysznic na 40-osobowy oddział, klucz u pielęgniarki.

Ubikacje – 3 oczka na oddział żeński, tyle samo na męski. Drzwi wahadłowe – jak w saloonie, o zamknięciu się nie ma mowy. Bywa, że siedzisz na „tronie”, nagle drzwi się otwierają, staje w nich kobieta z „maskowatą twarzą” i patrzy na ciebie… i patrzy…

Wieczorem psychiatria wcześnie zasypia „zaćpana” lekami, po drugiej stronie sali „lekomanki” bawią się w najlepsze – i tak nie mogą zasnąć.

Kiedy wreszcie chcą spać, Ewa schizofreniczka zaczyna głośno chrapać. Zostaję wydelegowana do budzenia jej i przewracania na bok; jako lekarka jej matki być może będę bezpieczniejsza. Bo Ewa obudzona bywa agresywna.

I tak wygląda każda noc. Od czasu do czasu dowożą jakiegoś pijaka w delirium tremens i wtedy noc już jest z głowy. Słychać nieludzkie wrzaski, jęki, przekleństwa. Godzinami.

Rano znowu obchód. Kolejne pobranie krwi na BDA. Jak będę w porządku, to za 3 dni pozwolą mi na odwiedziny przyjaciela.

Przy rozdawaniu leków zauważam, że pacjenci dłużej przebywający w oddziale dostają leki do ręki, nie muszą ich od razu połykać.

Alkoholicy nie połykają swoich tabletek relanium, ale skrzętnie je gdzieś chowają. Ciekawe po co?

Podobnie robią panowie z psychiatrii, jeśli dostają trankwilizatory.

Po południu już wiem. Są dwie młode dziewczyny na odwyku lekowym, które oddają swoje posiłki i papierosy za tabletki.

Wieczorem babcia z balkonikiem, która zwykle wchodzi omyłkowo do naszej sali, wędruje do sali męskiej i pakuje się do łóżka śpiącego alkoholika. WRZASK!!!

Kolejny obchód. Spadł mi poziom BDA. Będą odwiedziny. Dzwonię do przyjaciela, przyniesie mi telefon bez funkcji nagrywania i jakieś jedzenie.

Na kolację pasta jajeczna. Dobrze, że mam wałówkę z domu.

O 22.00 zaczyna się bieganie do toalet. 6 ubikacji na niemal 40 osób z biegunką to jednak trochę za mało. Sajgon!

Na śniadanie kleik dla wszystkich. Brr...

W południe przywożą nowego z delirką. Znowu wrzaski, smród, pasy.

Ania od 3 dni ma poziom BDA zerowy. Jutro ją wypiszą. Po południu afera – ktoś przemycił Ance wczoraj w skarpetach lorafen i dzisiejszy wynik BDA poszybował w górę.

Kolejny dzień. Wzrósł mi poziom BDA w surowicy. Po wczorajszej akcji z Anką teraz ja jestem traktowana jak przestępca. Tłumaczenie, że nic nie brałam, na nic się zda. Nie wierzą mi za grosz. Jakbym była zwykłym ćpunem. :)Tak mi przykro. Wstrzymane odwiedziny. Rewizja.

Znowu piję tę cholerną wodę mineralną litrami i biegam po korytarzu w tę i z powrotem, żeby się „płukać”.

Kolejny obchód. Poziom BDA spada. Uff…

Przedwczorajszy pacjent z delirką już hula po oddziale. W palarni wyciągnął z popielniczki wszystkie pety, teraz siedzi na łóżku, wysypuje z nich tytoń i robi skręty.

Kolejny dzień. BDA mi nadal spadają. Jest dobrze.

Dwubiegunowy Wojtek biega po korytarzu i „rozmawia” równocześnie z dwóch komórek. Kiedy się mijamy rzuca mi w ucho: „Podpadłaś, już nie żyjesz, dziwko”!

Wczoraj powiedział to samo mojej sąsiadce i strasznie się zdenerwowała. Mnie to już nie rusza.

podparasolem300

Mamy nową pacjentkę na sali. Depresja. Po operacji glejaka. Miła kobieta, sporo rozmawiamy. Po tygodniu pobytu w trakcie rozmowy ma epizod kilkuminutowego drżenia kciuka. Dzień później to samo, ale drżenia przechodzą na przedramię i ramię. Trzeciego dnia dodatkowo skurcze mięśni okrężnych oka i ust. Idę do pielęgniarek zgłosić napad padaczki...

Kilka dni później budzę się nad ranem. Pochylona nade mną stoi Agatka, 22-latka ze schizofrenią paranoidalną.

„Co, Agatko? Nie możesz spać? Zjesz sobie teraz cukierka i pójdziemy dalej spać, dobrze?” Kładę ją do łóżka, przykrywam kołdrą i... oddycham z ulgą.

Koleżanka z sąsiedniego łóżka mówi, że Agatka tak stała nieruchomo nade mną jakieś pół godziny, a ona bała się ruszyć, bo… Agatka też czasem grozi, że zabije.

Powrót do życia

Wreszcie mija 8 tygodni pobytu. Poziom benzodiazepin – ZERO.

Wychodzę. Nigdy więcej nie dotknę tego świństwa.

Jest wiosna. Wszystko się zieleni, świeci kwietniowe słońce.

Kraj jest pogrążony w żałobie po katastrofie smoleńskiej, a ja po prostu nie mogę się nie uśmiechać.

Bo życie potrafi być w swojej zwyczajności cudownie piękne.

@Doskonała_do_bólu
internistka

Rysunki Zen

GdL 10_2012