Powieka modelki

Oko22 660

Krystyna Knypl

Rozdział 1

Karnawałowa moda

Nadeszła moda robienia powiek brokatem. Velo zaprojektował nową kolekcję na karnawał i zapowiedział, że każda dziewczyna musi mieć powieki w brokacie. Top-modelki mogły negocjować. Lalunie wynegocjowały sobie brokatowanie tylko dolnej powieki. Takim to dobrze, ale nam, szeregowym wybiegowym, to po prostu wiatr w oczy. Co tam wiatr, pół biedy, najgorszy ten pieprzony brokat. Pół wieczoru go zmywałam. I nic. Siedzi jak rzep. Rano mam iść do fit-clubu, a ten brokat siedzi. Szoruję go czym popadnie. Siedzi i ani drgnie. Musiałam pójść do fitu taka wybrokatowana. Biceps mi mówi:

– Siostro, czy ty nie chodzisz za mocno na skróty?

Myślałam, że go sieknę przez pół. Skróty! Głupol nadęty! Mięśniak napakowany!

– Ty, Biceps, lepiej nie wtykaj nosa w cudzy życiorys, dobra?

Ale fakt, ten brokat tak się świeci, że trudno nic nie powiedzieć. Nie będę latać w tym cholernym brokacie cały dzień. Poćwiczyłam trochę pośladki, bo jakieś obwisłe się robią. Za dużo siedzę nad książkami. Jak zrobię licencjat z zarządzania wybiegiem, to wystartuję na asystentkę samego Velo.

I znowu czyszczę ten brokat. Jakoś szarpnęłam, chyba za mocno, i coś się naderwało. Krew leci. Oko spuchło, jakby mi Biceps przyłożył lewym sierpowym. Kurczę, trzeba coś z tym zrobić. Ale co?

Biceps mówi, że trzeba doktora. Dobra, doktora, ale skąd go wziąć? Chyba pogotowia do brokatu nie będę wołać! Dzwonię do Inez.

– Cześć, Inezka, daj mnie namiary na jakiegoś doktora, tylko żeby dobry był.

– Kate, ale od jakiej części ciała ten doktor ma być? – Inez zawsze jakimś głupim pytaniem potrafi człowieka rozłożyć na łopatki.

– A niby skąd ja mam wiedzieć od jakiej części, przecież ja nie jestem po medycynie, żebym wiedziała takie rzeczy. Mama by wiedziała.

– To idź do Beauty Clinic, tam coś ci poradzą.

Dobra, idę do tej Beauty Clinic. W środku nawet spoko. Ogólnie może być, tylko te głupie siostry w recepcji.

– W czym mogę pani pomóc? – recytuje jedna przez drugą, jak dwie papugi w klatce.

– Oko mi się pruje – mówię. A te głupie papugi – widzę, że chichoczą ze mnie – znowu klepią swoje:

– W czym możemy pani pomóc?

– No przecież wyraźnie mówię, oko mi się pruje, bo naderwałam, jak czyściłam z brokatu.

– Brokatu? – gada jedna przez drugą. – Brokatu?

– Chyba widzicie, że mam brokat na powiekach i dajcie mi szybko jakiegoś doktora, bo mi się spruje do reszty i powieka spadnie wam na blat.

To te papugi głupie mówią, że zaraz dadzą doktora, tylko numer pakietu muszę podać.

– Pakietu? Czyście na łeb upadły? A co ma wspólnego jakiś pakiet z moim okiem? Jaki pakiet mam wykupiony? Nie mam zielonego pojęcia! Nie mam brokatowego pojęcia! Jestem modelką Velo! Czy to wam coś mówi?

– Jeśli jest pani z Domu Mody Velo, to ma pani standard pakiet. Przysługuje pani doktor w standardzie.

– Dawajcie tego w standardzie, bo już mi chyba na włosku wisi ta powieka.

Wchodzę do tego w standardzie. Oczy mu latają. Od góry do dołu przeleciał mnie tymi oczami. Nie chciałabym mu w te oczy zaglądać za często.

– W czym mogę pani pomoc?

O rany, jeszcze jedna tresowana papuga – pomyślałam.

– Chyba pan widzi, że powieka mi się pruje.

– Widzę, widzę – mruknął.

Coś tam poszperał w komputerze i mówi:

– Pani ma standard pakiet, to mogę pani zacerować tylko na okrętkę.

– Na okrętkę? To będzie widać!

– A czego się pani spodziewa po takim szyciu?

– Że nie będzie widać! To chyba jasne! Jestem w końcu modelka Velo!

– Szycie artystyczne jest za dodatkową opłatą.

– Dobra, może być za opłatą. Tylko żeby nie było nic widać.

Położyli mnie pod jakąś lampą do tego szycia za opłatą i coś robią. Może szyją artystycznie. Nie wiem, bo mnie całą zakryli. Po półgodzinie mówią, że koniec. Zaszyte. Tylko muszę mieć przez jeden dzień lewe oko zamknięte takim plastrem. Dobra. Wolę plaster niż brokat. Patrzę tym prawym okiem na tego, co mnie cerował. W pierwszej chwili myślałam, że dostanę zeza. Mój brokat siedzi u doktora na klapie fartucha! Ale heca.

– Hi, hi, doc – ma pan mój brokat na klapie.

A ten jopi się na mnie i zupełnie nie łapie, że ma brokat w klapie. O rany, już gadam do rymu. Może to po tej narkozie. Tylko żebym tak stale nie gadała.

– Pan zobaczy w lustrze, będzie lepiej widać.

Zobaczył. Widzi. Wrzeszczy:

– Receeeeeeeepcja! Nowy fartuch!!!!!!

Wchodzi papuga z recepcji. A ten cały w brokatach wrzeszczy:

– Do pralni proszę zanieść! Co się tak pani gapi, brokatu na fartuchu pani nie widziała?! – drze się do tej papugi.

Spadam. Nic tu po mnie. Trochę świrowato wyglądam z tym plastrem. Ale dobra. Idę spać. Jutro mam wolne.

Budzę się rano. Oko w porzo. Nie pruje się. Trzeba się zająć prezentami. Święta za tydzień, a ja nie mam żadnych prezentów. Mamie kupię szminkę. Dla ojca... co tu, kurczę, dla ojca wykombinować... no, zobaczy się. Lecę po te prezenty. W sklepach tłumy. Może kupię coś na Malpensa1.

Jadę na święta! Tydzień normalnego chodzenia. Tam nie ma wybiegu. O rany! Aż nie chce mi się wierzyć, że to możliwe. Na lotnisko złapałam taxi. Wsiadam, a ten driver drze się, żeby nie trzaskać drzwiami. – Sam nie trzaskaj, ale dziobem – mówię i wysiadam. Nie znoszę ważniaków. Trzasnęłam drzwiami, że chyba szyby wypadły po drugiej stronie ulicy. Inezka mnie nauczyła: nie zostawiaj swojej kasy nieuprzejmym. Święta racja. Grzecznym trzeba być. Tu jest kapitalizm, a nie dyktatura proletariatu. Wiem co to dyktatura proletariatu – ojciec mi mówił. Jak był młody, to w kraju rządził proletariat.

Już tęsknię za moimi starszymi. Rzadko się widzimy. Nie odbierają esemesów. Mówię mamie, że jej kupię taki kurs 3-godzinny Jak odbierać esemesy, które wysyła do nas kochające dziecko, ale ona mówi, że i bez tego kursu wie. Znaczy, że ma kochające dziecko. Mogłaby mama to opanować. Jest zdolna, tylko uparta. Powiedziała sobie nie i koniec.

Proszę miejsce przy oknie. Dają. Tylko co mi z tego miejsca. Pewnie będą same chmury. Nad Alpami trochę trzęsie, ale lądowanie w porzo. Siadł mięciutko.

Ojciec odebrał mnie z lotniska. Jedziemy do domu. Urlop w domu to jak kapsuła narkozy. Działa na wszystkie bóle. Człowieka nic nie boli. Superowa sprawa, taki dom. Jak będę miała własny dom, też tak będzie. Superowo znaczy.

Jutro wigilia. Mama zrobi pierogi z kapustą i pieczarkami. Tylko u mamy są takie pierogi. Tutaj nie robią pierogów, tylko te pizze i pasty. Ravioli to nie to samo, bo wyglądają jak niedorozwinięte pierogi. Nawet słowa takiego nie mają w słowniku. Ich strata.

Mamie kupiłam szminkę, a ojcu kawę. Ciekawe, co oni dla mnie mają.

Ubraliśmy z ojcem choinkę, mama skleja pierogi. Po dwadzieścia na człowieka. Chyba pęknę albo przejdę do wagi ciężkiej. Velo mnie sieknie, jak przytyję. Ale z pierogów nie zrezygnuję. Przy dwunastym czułam, że pękam. Jakoś przemogłam się i wbiłam w siebie dwadzieścia. Po makowcu rozpakowaliśmy prezenty. Dostałam markowego T-shirta.

Pośpiewaliśmy kolędy i fru do łóżka. Jutro śpię do oporu. Żadnych fit-clubów. Jestem teraz dzieckiem. I to jest najbardziej sweet w tych przyjazdach do domu. Żadna dieta, żadne challenge. Nikt nie stawia przede mną zadań, tylko kawę z mlekiem i rogaliki. Nie chcę zadań. Chrzanię zadania nie do wykonania. Kurde, znowu odezwała się ta narkoza.

Śniło mi się, że mam trzy lata i jestem na wakacjach. Ganiam kury po podwórku u babci Heli. Lubiłam ganiać te kury, bo wtedy one tak śmiesznie gdakały. Ale skąd wziąć żywą kurę w Mediolanie? Totalna abstrakcja. Siedzę w łóżku i czytam polskie gazety. Ciągle o coś się kłócą. Nie lubię, jak ludzie się kłócą. Jak będę miała męża, to takiego, który nie będzie się ze mną kłócił.

Powiedziałam mamie o tej powiece, a ona zaraz łapie za słuchawkę i zanim pomyślałam, że głupio robię, umówiła mnie z dr Alicją. Ona leczyła mnie, jak byłam dzieckiem. Znaczy nie leczyła, tylko badała oczy i dobierała okulary. Sprawdzi, czy ten w standardzie wszystko dobrze zrobił. Może to i dobrze. Takiego w standardzie trzeba zawsze sprawdzać.

No to idę do dr Alicji. Przychodzę, a tam sami nieznani ludzie. Grzecznie mówię, że jestem umówiona, a oni jakoś dziwnie gadają.

– Pani pesel, proszę!

– Nie rozumiem, o co pani prosi – mówię grzecznie.

– Pesel, po polsku pani nie rozumie?

– Rozumiem, tylko nie wiem, o co pani chodzi.

– Pesel, rozumie pani, p e s e l – gada w kółko ta papuga.

– Nie rozumiem...

– Jak to pani nie rozumie?

– Zwyczajnie, bez żadnego problemu, nie rozumiem, co pani do mnie mówi.

– Ma pani jakiś dokument potwierdzający ubezpieczenie?

– Jaki dokument? Ja jestem umówiona z dr Alicją. Ona zna mnie od dwudziestu lat i pozna mnie bez dokumentu. Po co komu jakiś dokument?

– Zapytam, czy panią przyjmie, jak pani nie zna peselu.

Czekam chyba z pół godziny. W końcu przychodzi ta papuga. Jopi się na mnie jakbym była jakimś Zulusem z pióropuszem i mówi, że dr Alicja mnie przyjmie. Spoko. Wiedziałam, że tak będzie.

Oko jest w porzo. Ten w standardzie zrobił dobrze. No chyba, że za sto dodatkowych euro powinno być dobrze.

Zrobiłyśmy z dr Alicją sobie cmok-cmok na nowy rok. O rany! Narkoza nie przeszła. Nie, nic nikomu nie powiem. Niech sobie myślą, że tak mi się wypsnęło. Jeszcze mi zrobią dłuższą narkozę, żeby sprawdzić, czy wszystko w porzo i zacznę mówić całymi księgami, jak w tym Panu Tadeuszu.

Na sylwka idę do Agaty. Będzie trochę ludzi z podstawówki i jacyś kumple Agaty z zarządzania. Sylwek nudziarstwo. Zawsze tak jest. Nie cierpię tego dnia. Dla mnie kalendarz mógłby kończyć się na trzydziestym grudnia. To jest całkiem dobry pomysł. Zgłoszę go do jakiegoś urzędu patentowego. Tylko nie znam adresu.

O dwunastej wypiliśmy szampana. Normalnie nie piję, ale w tego pieprzonego sylwka nie chcę zapeszać nowego roku. Niech tam, jeden kieliszek, nic takiego. W domu byłam przed szóstą. Cały Nowy Rok przespałam, żeby formę złapać. Za trzy dni mam egzamin teoretyczny. Muszę jeszcze trochę podkuć się z teorii wybiegu.

Oko22 100

Rozdział 2

Fashion School2

Hip! hip! hurrrrraaa! Zdałam! Było prościutko. Pytanka – marzenie. Dzwonię do Inezki. Jakie miałam pytania? Inezka, mowię ci, tak zafarciłam, że nawet jakby krowę wypuścił na wybieg, to też by jej poszło dobrze. Słuchaj, Inezka, miałam tak:

pierwsze – krok na wybiegu podstawowy i na specjalne okazje,

drugie – zarządzanie mimiką na wybiegu,

trzecie – rodzaje ukłonów na zakończenie pokazu.

No widzisz, Inezka, prostota. Nawet dziecko by odpowiedziało. Nie szarp sobie nerwów. Też ci pójdzie dobrze. Uważaj na tę Princessę. Trochę przypiera do muru.

Idę do domu. W windzie przypomniałam sobie, że nie odebrałam z pralni sweterka. Wracam. W kolejce chyba ze cztery osoby i jakieś zamieszanie.

– Co się stało? – pytam starszego gościa przed mną.

– Coś im wlazło w maszynę, w której piorą białe rzeczy i się zablokowała.

– To co z tego, że biała się zablokowała. Ja potrzebuję mój czerwony sweterek.

Gościu mówi, że jakiś alarm się włączył i muszą oczyścić i odblokować. Jak alarm, to co innego.

Ten rudy, co zawsze przyjmuje ciuchy, kręci w tej długiej rurze do prania białych rzeczy. Jakimś takim długim, jakby kijem. Po dziesięciu minutach zapaliły się zielone klawisze na górze tej rury.

– Dobra, oczyszczone – mówi rudy.

Patrzę na rudego i już wiem, że nie ma tu żadnego dobra. Na końcu kija siedzi mój brokat.

– Bracie, masz brokat na kiju – mówię. – Uważaj na niego, bo skacze.

– W czym mogę pani pomóc? – ględzi rudy.

– Bracie, to ja ci mogę pomoc – mówię. – Uważaj na brokat na kiju.

– Słucham panią? – rudy pochylił się do przodu niby z troską. – W czym mogę pani pomoc? – klepie w kółko.

– Uważaj, bo ci brokat naskoczy na oko – tłumaczę rudemu. – Odsuń kij od oka.

Rudy chyba pomyślał, że jestem naspawana i już mnie nie obsługuje. Pochyla się w stronę następnej osoby. I znowu swoje.

– W czym mogę panu pomóc? – ględzi swoją mantrę.

– Ty, rudy, zanim zaczniesz pomagać innym, pomóż sobie – mówię. – Masz brokat na powiece. I coś ci powiem: nie mów do ludzi „w czym mogę pani pomoc?”, jak naprawdę nie chcesz tego robić. Bo ci brokat skoczy w oczy.

O rany, znowu gadam do rymu. To musi być po tej narkozie. Chyba nie po brokacie...

Inez mówi, że muszę mieć psa. Będę miała do kogo wracać. No i co z tego, że będę miała do kogo wracać? Czy taki kundel zaniesie mi walizki na dworzec albo pójdzie ze mną na dicho? Nie zaniesie i nie pójdzie. Wolałabym wracać do Bicepsa. Ale to skończone. Lubię wpaść do fitu, niech się Biceps napatrzy, co stracił. Ale żadnego narzucania się.

Ciekawe, ile taki pies może kosztować? Nie mam chyba tyle kasy do puszczenia. Zresztą muszę kupić różowe trampki do fitu. Chodzę w granatowych. Kto dziś nosi granatowe trampki? Chyba tylko ciotki emerytki. Coś mi miga. Aha! Inez pisze. Ciekawe, co?

ZAREZERWOWALAM CI DOGA DE BORDEAUX.

Kurde! Co to znaczy zarezerwowałam? Czy to jest bilet na koncert? Psa mi zarezerwowała! Lubię Inezkę, ale tym razem to już przeholowała. Ciekawe, ile kasy taki de kundel pożre? No właśnie, co taki bydlak żre? Nie mam pojęcia. Nigdy nie hodowałam żadnych zwierząt.

ILE KOSZTUJE TEN KUNDEL?

Przecież nie mogę tak z biegu kupić psa.

TRZYSTA EURO. OKAZJA.

Inez oszalała. Jaka to okazja za trzysta euro? Muszę wieczorem do niej zadzwonić.

– Cześć, Inezka, co z tym kundlem czy tam dogiem de kunel? – pytam grzecznie.

– Dobrze, że dzwonisz! Oni trzymają doga dla ciebie do jutra. Musisz zgłosić się i odebrać Ferdynanda.

– Kogo, Inez? Ferdynanda?

Nie dość, że mam psa, którego nie widziałam, to jeszcze on ma imię, o którym pierwsze słyszę!

– Tak, Ferdynand, ale reaguje też na Feri. Nie denerwuj się – szczebiocze ta durna Inezka – jest rodowodowy i zapowiada się, że będzie bardzo dobrze ułożony. Mówią, że jak urośnie, to samym wyglądem będzie budził respekt. Nikt ci nie podskoczy. Nawet Biceps.

– Inez, oszalałaś. To są poważne symptomy, że oszalałaś. Może zamówię ci u tych papug w Beauty Clinic jakiegoś psychologa?

– Tylko się nie spóźnij, bo sprzedadzą komuś innemu – klepie durna Inez.

– Coooo, komuś innemu mojego doga? Biorę! Ale nie mam gotówki. Czy, jak myślisz, mogę za niego zapłacić kartą?

– Coś ty, gotówa. Cash only9! – Inez uważa, że ja noszę 300 euro na drobne wydatki w każdej kieszeni.

– Inez, a dlaczego ja nie mogę zapłacić kartą? – pytam grzecznie.

– A gdzie pies ma kod kresowy? – pyta mnie ta durna Inez. – Jak go wczytać do kasy, co?

No fakt, nie pomyślałam o kodzie kreskowym. Kurde, muszę rano wstąpić do banku po cash.

– Dobra, śpij spokojnie. Kupię tego Ferdynanda. Raz się żyje!

Rano zatankowałam cash w banku i pojechałam zobaczyć kundla. Drzwi otworzyła jakaś rodowodowa damulka, cała w biżuterii. Wglądała, jakby miała na sobie dwie gabloty od jubilera. A to sfery! Jeszcze lepsze niż na pokazach.

– Dzień dobry szanownej pani – ćwierkam elegancko – ja w sprawie zakupu Ferdynanda.

Witam panią! Proszę spocząć. Zaraz poproszę asystenta, aby zaprezentował pani Ferdynanda.

Tak... hm... dziękuję... oczywiście... poczekam na prezentację – odpowiadam grzecznie.

Wchodzi taki szczapowaty, metr dziewięćdziesiąt. Na smyczy trzyma rude, smutne stworzenie z obwisłą mordą. Nawet sympatyczny. Ferdynand, oczywiście że Ferdynand, a nie ten asystent. Ględzi coś o uszach, nogach, nozdrzach, jakby ten pies składał się z oddzielnych części. Przecież ja nie kupuję części do psa, tylko psa w całości.

– Dobra – mówię – czy mogę zobaczyć jak on biega?

– Ależ oczywiście – za chwilę nastąpi prezentacja dynamiczna. Jeszcze mamy trzy punkty prezentacji statycznej.

Procedury. Nie ma rady. Skończył wreszcie. Puścił Ferdynanda na podłogę. Pies rozejrzał się, jakby trochę był w pierwszej chwili zagubiony, po czym lekko machając ogonem ruszył w moją stronę. Spojrzał mi w oczy. Rekord świata w smutku. Morda zwisa niczym biust Princessy. Hi, hi – dobre, myślę sobie. Za tę obwisłą mordę można go polubić. Obwąchał moje granatowe trampki. Chyba mu się podobały. Nadepnął trochę niezdarnie na lewy but. Znieruchomiałam. Co on sobie myśli, że moja lewa noga jest do wdrapywania... Kurde, on myśli coś jeszcze więcej... no nie... on myśli, że moja lewa noga jest... no, nie! Nasikał mi na lewy but! Nie dość tego, posyła mi tak smutne spojrzenie, że nawet wiem, co chce mi powiedzieć: Siostro, wybacz, to wszystko z nerwów... czy mnie zechcesz?

– Madame, on nasikał mi na lewy but – mówię do tej kolekcji biżuterii.

– Ah, to z radości, że znalazł swoją panią – mówi kolekcja.

– No cóż, podzielam jego radość – powiadam. Płacę. Odbieram dokumenty. Żegnam się.

Jedziemy z Ferdynandem do domu. Kurde, ale co ja mu dam na kolację? Przecież nie wstąpię z nim do knajpy. O rany, ta głupia Inezka to zawsze mnie w coś wpakuje!

– Cześć, Inezka, co ten de Boredeaux czy tam de Riesling von Kundell ma w zwyczaju jadać na kolację? Na zimno czy na gorąco? Nożem i widelcem na porcelanie, skoro taki z niego rodowodowy przypadek? A może zwyczajnie z miski? Wiozę go do domu, a nie mam pojęcia, czym go podjąć na kolację. Ratuj, Inezka, i dzwoń do tej gabloty biżuterii. Zapytaj, co Ferdynand żre, dobra?

– Dobra, dobra. Zaraz się wywiem. Bez nerw, siostro.

– Siostro, nie denerwuj się – za chwilę gada Inezka – masz wszystko w tych papierach napisane. Mówiłam ci, to firma solidna i dają instrukcję obsługi swojego produktu.

Po drodze wstępuję do sklepu po kolację. Ja w dziale psiej żywności, no nie, koniec świata. Znajduję coś wymienionego w menu. Dobra, jedzenie z głowy. Ale, zaraz, zaraz, gdzie on będzie spał? Jakieś nowe umeblowanie chyba potrzebne. A może położę mu coś na podłodze? Jakoś będzie.

– Ferdynandzie, życzę ci dobrej nocy – powiadam do gada. – Pani udaje się na spoczynek. Twoje zaś miejsce jest w przedpokoju.

Jakoś dał się przekonać.

Zawsze mam dobry sen, ale dziś nad ranem czuję się jakoś inaczej. Nie mogę spać, czy co? Kręcę się, zmieniam poduszkę. Nic nie pomaga. Trudno, trzeba będzie wstać.

Otwieram oczy i już wiem, co nie daje mi spać. Ferdynand siedzi przy łóżku i patrzy. Gapi się tymi swoimi bezbrzeżnie smutnymi oczami i ani drgnie. Siedzi jak wyrzut sumienia.

Patrzę na Ferdynanda zaspana. Przecieram oczy, może zniknie. Nic z tego, siedzi dalej. To jest rzeczywistość. Dobrze mnie wychowano, wiem, że rano należy przywitać się, więc mówię mu:

– Witaj, Smutku! 3

Wydobył jakiś pisk czy mruczenie gdzieś z głębi tego rudego ciała. Zrozumiałam. Powiedział do mnie tak, jak mówią w domu: Cześć, Kiciu! – chociaż wcale nie jestem żadnym kotem, tylko Katarzyną. Że też mu przez te psie gardło przeszło to Kiciu, mógłby pomyśleć, że jestem kotem, skoro mam taka ksywkę. Ale zdolna bestia, wszystko pokapował jak należy. Kiciu mówią na mnie w domu. W Mediolanie jestem Kate.

– Ferdynandzie, spadaj do przedpokoju, bo będę się przebierać i nie podglądaj swojej pani – gadam do niego. Nawet śmieszna sprawa, mieć tak od rano do kogo pogadać. Ale coś ten rudzielec nie rusza się. Podejrzanie kręci ogonem. Aha! już wiem. Muszę z nim wyjść na dwór. O, kurde! jogging co ranka! – zupełnie o tym nie pomyślałam, że to stworzenie musi być wyprowadzane. Ta Inezka zawsze mnie wpuści w kanał. No, ale trudno. Ubieram się byle jak i grzejemy na dwór. Polatałam sobie trochę z Ferdynandem po parku. Załatwiliśmy co trzeba i myk na śniadanko. Skoro już gadamy, to chyba zjemy to śniadanie razem.

Wchodzę do kuchni. Ferdynand lezie za mną. Jak on pokapował, że będziemy jeść śniadanie? Ciekawe, co sobie myśli? Pewnie czy umiem gotować? Każdemu samcowi to dwie rzeczy w głowie. Jedna to wiadomo co, a druga czy kobieta umie gotować.

– Otóż, Ferdynandzie, gotuję rzeczy podstawowe. Będzie u nas standard pakiet w jedzeniu, tak jak w Beauty Clinic w leczeniu.

O rany, znowu gadam do rymu. Coś ta narkoza długo działa na mój mózg. Może mam jakieś nietypowe zwoje? Kto wie? Właściwe to nikt nie wie, jaki ma mózg i co w nim siedzi. Na przykład mama myślała, że pójdę na medycynę. Wszyscy lekarze tak myślą. Jak urodzą sobie dziecko, to zaraz myślą, że urodził się im mały lekarz. Taki zestaw do zabawy. A ja zostałam modelką. Trochę było obciachowo na początku, ale rodzice już się pogodzili, że zestaw „Mały lekarz” im nie wyszedł.

– A więc, Ferdynandzie, żadne tam wyszukane dania, ale z głodu nie zginiemy. Masz tu swoje śniadanie. Ja zjem owoce i wypiję kawę.

Kurde, przecież ja do niego ciągle gadam, jakby był człowiekiem. Czy to normalne? Może to ja powinnam iść do tego psychologa w Beauty Clinic, a nie Inezka?

Oko22 100

Rozdział 3

Spotkanie klubowe

O szóstej mamy spotkanie naszej paczki, którą nazwałyśmy Audience Club 4. Zbieramy się zawsze w pasażu Vittorio Emanuele. Przychodzi Inezka, Tania, Bona, no i ja. Czasami pozwalamy przyjść Mimi, ale ona dopiero kandyduje do naszej paczki. Siadamy sobie w café u Gianniego, zamawiamy lody i gapimy się na publiczność przechodzącą przez pasaż. My siedzimy i patrzymy, a publiczność idzie. I to nas najbardziej śmieszy.

Jak jest premiera w La Scali, to wybieg jest taki, że normalnie można dostać oczopląsu. Audience włoska jest ubrana po prostu superowo i odlotowo. Nie wiadomo na kogo patrzeć. Z kolei jak idą Japończycy, to po prostu jeden oczosłup. Wszyscy jakby mieli jakieś garniturki. Oni się nie ubierają, oni fasują sorty mundurowe.

Przeszła parada na przedstawienie do La Scali. Teraz będą zbłąkani turyści nisko- oraz średniobudżetowi. Obejrzą pasaż i pójdą na kolację do „emca” 5. My – nasza paczka z Velo Moda – nie jadamy takich tłustych rzeczy. Velo wymaga wagi do pięćdziesiątki. Nawet Princessa chyba nie ma więcej. Inna sprawa, że w swoim wieku mogłaby wyglądać trochę grubiej. Ciekawe, ile lat ma tak naprawdę, ale pewnie to nie do ustalenia. Metryki zginęły w czasie zawieruchy wojennej – powiedziałby tata. Biusty to ma płaskie jak dwa placki kartoflane przypięte agrafkami do klatki piersiowej. Tak właśnie mówi się fachowo – do klatki piersiowej. Znam takie słowa medyczne od mamy. Jak byłam kiedyś na kursie angielskiego, to tylko ja z całej grupy wiedziałam, jak jest kręgosłup po angielsku. Czasem dla śmiechu z tatą uczyliśmy się różnych dziwnych słów medycznych. Najbardziej lubię: pierścień cyklopentanoperhydrofenantrenowy. A najśmieszniejsze to jest enzymy inhibitora konwertującego angiotensynę, czyli ACE. Nic nie rozumiem, ale fajnie brzmi. Mama mówi, że niektórzy to wymawią „acze” i zawsze się śmieje, bo „acze” to płyn do szorowania, a nie żaden enzym.

Lubię trochę pobajerować. Mam to po mamie, która jest mistrzynią kitu i bajeru wagi ciężkiej. Fakt, bajerować potrafi jak nikt na świecie. Smutno bez moich starszych. Ale nie ma rady. Muszę ten rok jeszcze wytrzymać, a potem zobaczymy.

Zbliżają się urodziny Inezki. Audience Club postanowił, że kupimy jej psa. Inezka ciągle lata z moim Ferdynandem po parku. Musi mieć swojego psa i już. Nie wolno zabierać cudzego psa ciągle na spacer. We łbie mu się kołuje. Nie wie, kto jest jego panem, to jest panią. Dzwonimy do tej gabloty biżuterii.

– Dzień dobry, tu Kate od Ferdynanda, czy mogę prosić panią Mirocou?

– Witam panią, Kate, tu Mirocou – gada Gablota, jakby ukończyła szkołę dykcji na specjalne okazje. – W czym mogę pani pomóc?

O rany, niebezpieczna sprawa. Jeszcze przywlecze jakiś brokat... skoczy na psa i będzie po nim. Przecież takiego psa do tej rury w pralni u rudego się nie wrzuci. Skracam tę dyskusję do minimum.

– Szanowna pani – powiadam elegancko – chcemy kupić drugiego psa rasy dog de Bordeaux dla Inez na urodziny.

– Och, jaki uroczy pomysł – ględzi Gablota – ale niestety dogi de Bordeaux się skończyły.

– Jak to się skończyły? Czy to jakaś krótka seria? – pytam.

– Mademoiselle Kate, u nas nie ma żadnych serii. Każdy pies z naszej hodowli jest wielką indywidualnością, będącą owocem wysiłku naszych hodowców oraz psychologów, którzy kształtują osobowość psa nieomal już od urodzenia. Jest nawet jedna sesja psychologiczna dla suczki przed porodem. Oswajamy ją ze stresem tego wielkiego wydarzenia. Nasze dogi de Bordeaux muszą mieć poczucie, że są akceptowane w każdej chwili. To podstawa ich osobowości. Emanuje z nich dobrze wyważona mieszanka pewności i spokoju. Zapewne zauważa pani te cechy u Ferdynanda?

– Zauważam, i owszem – odpowiadam. – Ferdynand ma absolutną pewność, że zawsze pierwsze co rano zrobię, to spacer z nim. Nie muszę się zastanawiać nad poranną fryzurą. Od kiedy mam Ferdynanda, lansuję fryzurę „out of bed” 6 oraz makijaż „just after shower” 7.

– Ach, jak pani to uroczo określiła – klepie Gablota. – Może zdecydowałyby się panie na psa rasy shar-pei? Jest wizualnie dość podobny do doga de Bordeaux. Zapraszam na prezentację.

– Można jutro po południu? – pytam grzecznie.

– Zapraszam na 18.00 – mówi Gablota. – A zatem do zobaczenia.

Po południu jedziemy zobaczyć tego psa dla Inezki. Otwiera asystent.

– Witam panie. Jest mi niezmiernie miło – powiada.

– Witamy pana. Nam jest niezmierniej niż panu – wypsnęło mi się zupełnie bez sensu, ale facet ani drgnął. Widać Gablota dobrze go wytresowała. Tania chichocze wewnętrznie. Mona udaje posąg grecki. Za chwilę przychodzi sama Gablota.

– Jakże się cieszę, mademoiselle Kate, że zechciała pani wraz z koleżankami nas ponownie odwiedzić. Dla pani Inez proponuję suczkę Konstancję rasy shar-pei. Muszę paniom powiedzieć, że Konstancja, tak jak każdy shar-pei, jest psem tylko jednego pana. Jeśli pani Inez mieszka sama, to nawet dobrze się składa. Brak identyfikacji z osobą pana może wywołać poważne zaburzenia nerwicowe.

– Czy Konstancja już nadaje się do odebrania? – pytam, bo jak za długo tu będą ją trzymać, to dostanie jeszcze nerwicy przez Gablotę.

– Konstancja jest jeszcze młoda i powinna przejść szkolenie – odpowiada Gablota. – Gdyby panie zdecydowały się ją nabyć wcześniej, przekażemy adres szkoły dla młodych psów prowadzącej szkolenie motywacyjne. Jeżeli trener tego nie uwzględni, może wywołać nieodwracalne zmiany w rozwoju dobrze ułożonej osobowości.

– Czy może nam pani powiedzieć coś o żywieniu tych psów? – wtrącam nieśmiało.

– Oczywiście. Najlepiej podawać produkty z serii „Królewskie posiłki”. No i ważna jest pielęgnacja. Fałdy i uszy to delikatne części każdego shar-peia.

– Fałdy? – pytam trochę zdziwiona.

– Tak, łatwo ulegają alergii, jeżeli pies dostaje niewłaściwe pożywienie. Wszystko będzie w dokumentach.

Asystent wprowadza Konstancję. Jest w porzo. Zafałdowana jeszcze bardziej niż Ferdynand. Ciekawe, czy polubią się, znaczy Konstancja i Ferdynand.

– Droga Kate – klepie Gablota – najlepiej byłoby dla Konstancji, aby przeszła wstępne szkolenie w ramach pobytu w naszej hodowli. Będzie więc za jakiś tydzień.

– Jeśli tak pani radzi, to zgłosimy się po nią po szkoleniu.

Oko22 100

Rozdział 4

Tajemnicza postać

Siedzimy sobie przed gabinetem Princessy. Mamy dziś rozmawiać, co z nami dalej będzie. Egzaminy mamy zdane, więc formalnie już do szkoły nie chodzimy, ale Princessa ma ambicje, żeby dziewczyny dobrze ulokować. Już jest nasza pora wejścia, ale Princessa ciągle zajęta. Ciekawe, dlaczego zajęta. Po kwadransie pytamy Mimi, asystentkę Princessy.

– Mimi, powiedz, dlaczego Princessa jest ciągle zajęta?

– No, wiecie, dziewczyny...

– Mimi, nie kręć! Gadaj prawdę i patrz mi w oczy jak mówisz – rozkazuję.

– Kiedy ja... kiedy mnie... kiedy ja... – Mimi plącze się w zeznaniach.

– Gadaj prawdę, kto jest u Princessy – mówię.

– Nie wiem, naprawdę, dziewczyny, nie wiem – zaklina się Mimi.

– Dobrze wiesz, tylko nie jesteś dobrą koleżanką. Opóźnimy ci przyjęcie do Audience clubu może nawet o pół roku.

– Przyszedł, kurczę, nie wiem jak to po włosku powiedzieć – plącze się Mimi.

– Gadaj po angielsku – będzie prościej – mówię.

– Przyszedł „man with a black suitcase” 8 – szepcze Mimi.

– To musi być agent. Jeśli ma czarną teczkę, to bez dwóch zdań tajny agent. Miał wąsy? – pytam dla porządku.

– O rany, Kate, a ty skąd wiesz, że miał wąsy – szepcze Mimi głosem pełnym podziwu.

– Mimi, agent bez wąsów to jak pizza bez blatu, to jak makaron bez sosu, a może nawet jak... jak Mediolan bez Duomo – oświadczam z całą powagą.

Siedzimy jeszcze pół godziny pod gabinetem Princessy, ale tajemniczy osobnik z czarną teczką nie wychodzi.

– Dziewczyny, a może on przyszedł nas wykupić za gotówkę? – pyta Mona.

– Jak to wykupić za gotówkę? – Mimi to nie rozumie połowy rzeczy, której się dzisiaj na świecie dzieją.

– Mimi, może jakaś mafia nas wykupi za brudne pieniądze i dlatego płacą gotówką – tłumaczę jak dziecku. Ciekawe, czy kupią interes razem z Princessą? Może wystawią ją na sprzedaż? Kupiłabym sobie Princessę. A co tam, raz się żyje! Może jeszcze trochę bym negocjowała cenę. Wytknęłabym wszystkie mankamenty: szpetny charakter, płaski biust, szkaradną biżuterię. Może jakieś 10% jeszcze by opuścili? Ciekawe, za ile poszłaby taka Princessa?

Wreszcie wyszedł ten tajemniczy gość z czarną teczką. Princessa ma jakiś dziwny wyraz twarzy. Ni to ucieszona, ni to wystraszona.

– Dziewczęta, zaszły niespodziewane okoliczności. Chętnie się z wami spotkam, ale jutro. Muszę jeszcze wszystko dobrze przemyśleć. Niewykluczone, że będziemy dalej współpracować.

– Madame, co to znaczy będziemy dalej współpracować? Niech nam pani coś dziś powie – prosi Tania.

– Dziewczęta, dziś jeszcze jest za wcześnie. Może za dwa tygodnie wszystko będę miała przemyślane. Postanowione!

Jak Princessa powie to swoje „postanowione”, to nawet trzęsienie ziemi nie zmieni jej planów. Kurde! Powiedziała dwa tygodnie! To może wyskoczę do domu? Nie ma teraz żadnych pokazów. Inezka zajęłaby się Ferdynandem, to jej dobrze zrobi, zanim dostanie Konstancję. Dzwonię wieczorem do niej, żeby obgadać sprawę.

– Inezka – mówię – skoczyłabym do domu, bo Princessa coś dla nas szykuje, ale nie chce na razie nic powiedzieć. Zajmiesz się Ferdynandem, dobra? Bo wiesz, za dużo kłopotu z wożeniem się z nim samolotem.

– Dobra, zajmę się – mówi Inez. Wiedziałam, porządna z niej koleżanka.

Kupuję bilet do Warszawy i fruuu... lecę. Jutro będę w domu.

Przyleciałam przed północą. Tata odebrał mnie z lotniska. Mama i Maniula czekały w domu. Maniula obcięła sobie włosy. Zawsze miała takie długie, a teraz ma króciutkie. Mama mówi, że ma nową córkę przez tę fryzurę Maniuli. Śmiesznie Maniula wygląda, jak mama na zdjęciach z okresu studiów. Maniula to jest dopiero modelka! Zaczęła właśnie studia na hungarystyce. Właściwie po co jej ta hungarystyka? Ale ona taka jest, grzebałaby się w językach od rana do nocy. Im dziwniejszy język, tym Maniula bardziej rozmarzona.

Ciekawe, dlaczego żadna z nas nie poszła na medycynę? Ale mama wcale na to nie nalegała.

Maniula przeciągnęła się, ziewnęła i zobaczywszy siostrę śpiącą na sąsiednim łóżku, skoczyła się przywitać:

– Jó napot kívánok! 9 – zawołała dumna ze swych umiejętności wysławiania się po węgiersku.

Kate, obudzona zupełnie niespodziewanie, nie bardzo wiedziała, co się dzieje.

– Jó napot kívánok! – ponownie zawołała Maniula na powitanie siostry. –­ Szervusz! 10

– Maniula, ty mówisz przez sen czy po węgiersku? – zapytała Kate całkiem przytomnie jak na osobę, która jeszcze chwilę temu spała głębokim młodzieńczym snem.

– Po węgiersku, Kiciu! Po węgiersku! – wołała Maniula.

Gadały jedna przez drugą dobrą godzinę, po czym zgłodniałe zawołały chórem:

– Gdzie jest nasze śniadanie? Mima, Mima! daj nam coś do jedzenia!

Brak odpowiedzi oznaczał, że matki nie ma w domu. W łazience przy lustrze wisiała kartka z komunikatem: „Jestem w klinice. Śniadanie na stole w kuchni”.

Maniula i Kate chichocząc, pobiegły do kuchni. Czekały na nie dwie miseczki owoców i stos kanapek z serem. Wchłonęły wszystko w ciągu kwadransa, po czym z kubeczkami kawy przeniosły się na obejrzenie prognozy pogody.

Princessa nie mogła znaleźć sobie miejsca. Krążyła po gabinecie, przywoływała co kwadrans Mimi, po czym odprawiała ją, nie wydając żadnych zleceń. Mimi jeszcze nie widziała szefowej w takim stanie.

To musi mieć związek z tym tajemniczym agentem – pomyślała Mimi, właściwie była tego prawie pewna. – Tylko dlaczego ona jest taka zdenerwowana?

– Mimi, połącz mnie z Tanią. – Princessa w końcu zdecydowała się zrobić coś konkretnego.

– Tak jest, madame! – Mimi, absolwentka szkoły dla sekretarek, zgodnie z założeniami swojej placówki edukacyjnej recytowała formułki na każdą okazję szybciej niż myślała. Z kim ją mam połączyć? Z Tanią czy z Kate? Kurde, zapomniałam. Jak zapytam, to mnie rozszarpie na drobniutkie kawałeczki. Jak nic, rozszarpie. Chyba z Kate? A może z Tanią? Połączę z Kate, pewnie nie zdążyła jej przekazać czegoś przed wyjazdem.

– Cześć, Kate – zaćwierkała słodko Mimi – szefowa chce z tobą rozmawiać.

– Ze mną? – Kate nie mogła uwierzyć – przecież jeszcze wczoraj nie chciała powiedzieć ani słowa. No, ale może jej się odmieniło. Dawaj, Mimi, tego potwora – bohatersko zadeklarowała Kate.

– Taniu – głos Princessy ociekał miodem najsłodszym z całej pasieki – chciałabym, abyście obie z Kate pojechały na pokaz do Nowego Jorku.

– Madame – jakieś trzaski, szumy, gwizdy, przerywane w pół słowa nie dawały szans na wyjaśnienie choćby jedna sylabą – ja... nie...

– Mimi, pomylona dziewczyno, czy ty wiesz, co robisz? – wrzasnęła Kate do słuchawki.

– Co, Kate? Co ja robię? Łączę rozmowę – Mimi żyła na jakiejś innej planecie.

– Mimi, ty żyjesz na planecie pomyłek! – Kate nie wiedziała, jak jej objaśnić pomyłkę w połączeniu.

– Jakiej planecie? ja nic nie rozumiem.

– To widać gołym okiem, nie musisz się tłumaczyć. Mimi, czy ty kojarzysz, że Princessa chciała rozmawiać z Tanią, a połączyłaś ją ze mną?

– To ja nie połączyłam madame z Tanią? – najwyraźniej ośrodki kojarzenia w mózgu Mimi były w stanie głębokiego uśpienia, jeśli w ogóle kiedykolwiek się wybudzały.

– Mimi, słuchaj uważnie: Princessa chciała rozmawiać z Tanią, a ty ją połączyłaś ze mną – Kate powoli i wyraźnie objaśniła sytuację.

– No to ja się pakuję i nie wrócę jutro do pracy – jęknęła Mimi.

– Bez pośpiechu, siostro, spakować się zawsze zdążysz. Powiedz Tani, żeby do mnie zadzwoniła. Coś wymyślimy – Kate była nastawiona twórczo wobec dziwnej sytuacji, w jakiej się znalazła.

– Mimi, połącz mnie teraz z Kate – zarządziła Princessa.

– Tak, jest Madame – Mimi gorliwie recytowała gotowość do wykonania zadania.

– Kate, bądź dobrą koleżanką i udawaj, że to twoja pierwsza rozmowa z szefową, dobra? – jęknęła Mimi.

– Dobra, dobra. Tylko muszę się dowiedzieć, o co chodzi – pragmatycznie stwierdziła Kate.

– Droga Kate – Princessa zawsze zaczynała poważne rozmowy od zadeklarowania zażyłości z modelką – mam dla ciebie propozycję. To znaczy... jest ona częściowo skierowana do ciebie, a częściowo do Tani... to znaczy do was obu.

– Tak, madame? – Kate wsłuchiwała się uważnie w każde słowo szefowej.

– Chciałabym, abyście z Tanią wzięły udział w pokazie w Nowym Jorku. Jedna z was prawdopodobnie będzie prezentowała suknię ślubną. Jest też możliwość podpisania dla was obu kontraktu w domem mody Black&Red. Chciałabym, aby Tania poleciała do Nowego Jorku już za tydzień, a ty dołączysz do niej po powrocie z domu.

– Tak, madame – oczywiście, dziękuję – automatycznie, niczym Mimi, odpowiadała Kate.

Jadę do Nowego Jorku! Co za fart! I do tego suknia ślubna! Ciekawe, kogo wybiorą? Mnie czy Tanię? Podobno suknię ślubną zakłada się tylko raz... kurde... jak to tylko raz? Jak to tylko raz? Co to za głupie przesądy? No nie, to jakaś przedpotopowa bzdura!

Wracam do Mediolanu. Odbieram Ferdynanda od Inezki. Nawet dobrze się składa, bo już jutro będzie miała swoją Konstancję. Kurde, a co ja zrobię z Ferdynandem? Przecież go nie zabiorę do Ameryki. Muszę poradzić się tej Gabloty, jak rozwiązać ten problem.

Dzwonię do madame Mirocou i wykładam sprawę. Obiecuje znaleźć odpowiedniego nabywcę. Kamień z serca, że Ferdynand trafi w starannie dobrane ręce – jak określiła Gablota. Obiecuje, że jutro odbierze go z mojego mieszkania asystent. Będę myślała, że Ferdynand wyszedł na spacer do parku.

Oko22 100

Rozdział 5

Poranek w parku

Zbieram swoje rzeczy. Udało mi się spakować w dwie walizki. Jadę na Malpensa. Patrzę na tablicę lotów. Nowy Jork opóźniony o dwie godziny. Ciekawe dlaczego. Nie lubię takich komunikatów. Po dwóch godzinach ogłaszają, że jest burza nad Atlantykiem. Niedobrze. Coś mi się zdaję, że nie polecę. Około północy odwołują lot. Mogliby wcześniej powiedzieć. Pojechałabym Malpensa Express, z dworca Cadorna mam dwa kroki do domu. To znaczy miałam. Muszę wlec się autobusem. Nie wiem, gdzie te autobusy się zatrzymują. Pojadę do Inezki.

O drugiej w nocy dzwonię do drzwi Inezki. Otwiera mi zaspana.

– Co tu, siostro, robisz o tej porze? Powinnaś być na środku Atlantyku!

– Inez, odwołali lot, bo jakaś burza szaleje. Czy mogę się u ciebie przespać? Jutro coś sobie poszukam.

Rano dzwonię do mamy:

– Wiesz, że w końcu nie poleciałam do Nowego Jorku? Kontrakt przepadł. Może prezentowałabym ślubną suknię w wiosennej kolekcji.

– Córeńko – lubię jak mama tak do mnie mówi – nie martw się, widocznie tak miało być. Zapamiętaj: życie to jest bardzo długi wybieg. Na pewno coś innego ci sądzone.

– Tak, mamo, tak – mruczę niewyraźnie pod nosem.

Chyba pójdę po gazety, może coś piszą o tej burzy nad Atlantykiem.

– Siostro – woła Inezka, jak to ona zawsze, chociaż wcale nie jesteśmy żadnymi siostrami. Moja prawdziwa siostra ma na imię Maniula. – Może weźmiesz Konstancję na spacer, skoro wychodzisz na zewnątrz? Ja trochę jeszcze poleżę.

– Dobra, czemu nie? Ciekawe, jak czuje się Ferdynand. Tęsknię za nim. Można się przyzwyczaić, nawet do rannego latania po Giardini Publici.

– Konstancjo! – wołam. – Przygotuj się na poranną sesję na wybiegu.

Idziemy do parku. Właściwie to wleczemy się. Kurczę, sznurowadło mi się rozwiązało.

– Konstancjo, poczekaj.

Sznuruję ten but. Przypomniało mi się, jak nie mogłam nauczyć się zawiązywać sznurowadeł na kokardkę i domagałam się od rodziców butów tylko na rzepy. Już prawie zawiązałam. Nagle głupia Konstancja szarpnęła smycz z siłą stu shar-pei. Nie zdążyłam nawet wydać jej jakiejś komendy. Leżę jak długa w kałuży na środku alejki parkowej. To już nie jest jeden pech z odwołanym lotem. To jest epidemia, pandemia, czy jak tam się te masowe nieszczęścia nazywają. Mama by wiedziała.

– Czy mogę pani pomóc? – dobiega do kałuży niebiańsko piękny Głos. Podnoszę zabłocone spojrzenie w górę. Kurczę, będę codziennie rzucać się do tej kałuży, żeby mi ten Głos pomagał. Olśnienie, że marzenie to może być spełnienie. Leżę w tej kałuży i ćwierkam słodko:

– Och, dziękuję, rzeczywiście trochę męskiej pomocy by się przydało.

Głos wyłowił mnie z kałuży. Wyjął jakieś chusteczki i ochoczo odbłoca mnie z tego, co przylgnęło do mnie niczym brokat. Kurde, a może to jakiś brokat zmutowany genetycznie? Teraz wszystko jest możliwe. Nie, coś bredzę, to na pewno jeszcze ta narkoza.

Trochę się uporządkowałam. Głos nie znika.

– Pozwoli pani, że się przedstawię, zwłaszcza że nasze psy już to zrobiły – powiada. – Jestem Mark Wunderbar.

O kurczę! Trudno o lepsze nazwisko. Sylwetka jak z wybiegu, metr osiemdziesiąt, słodka czarna grzywka nad śniadym czołem i roześmiane niebieskie oczy. Wunderbar... wunderbar11 ... – a jak może się inaczej nazywać ktoś tak nieskończenie piękny? Chyba znowu wpadnę do kałuży i trochę poleżę. Może wyciągnie mnie jeszcze raz? – myślę szybko. Nie... nie rzucę się do kałuży... zemdleję... lepiej będzie, jak po prostu zemdleję. Przecież on ma Ferdynanda! Mojego Ferdynanda!!!

Mój de kundell już przywitał się z Konstancją. Leci teraz do mnie. Feri, kochany! Witamy się, całujemy. Mark patrzy na nas zdziwiony.

­– Państwo się znają, że się tak wyrażę? – pyta.

– Czy my się znamy? Ależ to jest mój Ferdynand Smutny. Czy pan kupił go od Madame Mirocou?

– Tak, właśnie tam go kupiłem przed dwoma dniami. Powiedziano mi, że właścicielka wyjechała do Ameryki.

– Wszystko się zgadza. Tyle, że nie wyjechałam do tej cholernej Ameryki przez to, że wczoraj była okropna mgła nad Malpensą, a do tego burza nad Atlantykiem.

Nie zauważyłam, że przegadaliśmy prawie godzinę, stojąc przy tej kałuży. Trzeba się zwijać, bo Inezka zaraz postawi na nogi wszystkich policjantów w Mediolanie.

– Dzięki za pomoc. Muszę wracać – powiadam grzecznie.

– Czy mogłaby pani zdradzić mi tajemnicę, z której kałuży mógłbym jutro panią wyłowić? A może po prostu umówimy się przy tej kałuży o siódmej rano? Będę czekał z Ferdynandem.

Nie wiem, czy coś odpowiedziałam. Może powiedziałam „tak”, a może straciłam głos. Co tam głos, ja chyba straciłam głowę. Tak właśnie powiedziałaby moja mama. Już widzę, jak recytuje:

– Kiciu, najwyraźniej straciłaś głowę dla pana Wunderbar. Nie powiem, jest całkiem, całkiem wunderbar, ale żeby zaraz tracić głowę?

Właśnie, że stracę. Moja głowa w końcu. Mamę ojciec też złapał, zanim upadła. Tylko to było jakoś inaczej. Widocznie to u nas musi być rodzinne. Mama mówi, że była nieomal-co-upadła, a ja to nawet wyłożyłam się jak długa.

Tyle rzeczy wydarzyło się w ostatnim miesiącu. Już się sama gubię. Już zamówiliśmy suknię ślubną. Muszę jeszcze zadzwonić do Inezki.

– Cześć, Inezka! Wychodzę za mąż za Marka.

– Super, Kate, super! – powtarza Inezka.

– Inezka, ślub jest 6 sierpnia w katedrze w Saint Gallen. Musisz przyjechać, nawet z końca świata czy gdzie tam jesteś. Tania i Mona obiecują, że przylecą. Mimi też postara się wyrwać z objęć Princessy. Będziecie moją publicznością, najwspanialszą audience. Ślub bez ciebie, siostro, to prawie jak bez pana młodego. Poznasz moją siostrę Maniulę, która przyleci z Polski. I będziemy sobie jak trzy siostry. Ale Mark będzie tylko mój!

– Będę na pewno. Masz to jak w banku! Szwajcarskim oczywiście.

– No to cmok-cmok, Inezka. Czekam!

Czasem to się zastanawiam, czy ja żyję w rzeczywistym świecie. Niewykluczone, że siedzę w kinie i wszystko mi się wydaje. Zaraz, zaraz, ale nigdzie nie widzę ekranu. To chyba jednak nie jest film, jeżeli nie widać ekranu?

Krystyna Knypl

1 Mediolańskie lotnisko

2 Szkoła Mody

3 Witaj, smutku – tytuł powieści Francois Sagan, popularnej w egzystencjalnych sferach wczesnych lat sześćdziesiątych