Czy zagraża nam wszechogarniająca głupota Internetu?

azymut GdL400

Aleksandra Zasimowicz

Każdy czytelnik „Gazety dla Lekarzy” to użytkownik Internetu. Godzinami moglibyśmy mówić o tym, jak ułatwia nam życie, jak nie sposób dzisiaj bez niego się obyć itd. Obawiam się jednak, że większość lekarzy mogła już doświadczyć mrocznych następstw Netu, chociażby w postaci pacjentów „leczących się” na forach internetowych. Nie uważam, że każde moje doświadczenie jest ruszającym z posad bryłę świata, ale czasem mam poczucie, że wręcz muszę mówić, bo przysłowiowe kamienie krzyczeć będą.
Mam wielką estymę wobec artystów, malarzy, pisarzy i poetów, celowo nie podkreślam, o jakich twórcach myślę, bo wiem, że prawdziwa sztuka sama się obroni. To oni kształtują ducha narodu, tworzą wartości ponadczasowe. W obronie tych twórców chciałabym tutaj wystąpić.

Problem praw autorskich był bagatelizowany we wczesnych latach Internetu, nie jestem jedyną autorką, która miała okazję przeczytać swój artykuł w sieci, tyle że podpisany innym nazwiskiem. Niektórzy śmiali się, że miło być tak popularnym. Ja, szczerze mówiąc, czułam się zażenowana, wstydziłam się za tych beztroskich dorosłych ludzi. Cieszę się, że dzisiaj już się tak nie dzieje. Czy to znaczy, że dorośliśmy i problem braku szacunku dla cudzej twórczości już nie istnieje? Wręcz przeciwnie.

Czy zdarzenia z życia wzięte nie brzmią jak bajka?

Wszyscy korzystamy z edytorów tekstu, nic więc dziwnego, że szkoła uczy, jak się nimi posługiwać. Oprócz tabel i ich formatowania, konwersji tekstu na tabele itd. uczniowie mają jako materiał ćwiczebny do formatowania teksty poetyckie. Każdy z autorów podręcznika sugeruje prace na innym materiale, tak aby młody człowiek widział przydatność tej umiejętności. Jeden z nich podpowiada konkretny adres. Młodzi ludzie pół życia spędzają w sieci, więc pomysł polecenia im konkretnej strony nie wróży niczego niebezpiecznego.

W moim przykładzie młodzież miała za zadanie nadać wierszowi jakiś kształt, np. mostu, drzewa czy butelki. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie dotarł do nich fakt, że nie pracują na oryginalnych wierszach, że polecona strona zawiera pastisze utworów znanych poetów. Patrzyli na mnie szczerze zdziwieni, kiedy usiłowałam wyjaśnić, że Bolesław Leśmian nie znał Facebooka, że Maria Pawlikowska nie wchodziła na portale społecznościowe, a Julian Tuwim nie odkrył, jak marnujemy czas, siedząc godzinami w sieci. Chcąc poprzeć słowo czynem, poleciłam im wpisanie w wyszukiwarkę nazwisk poetów i tu moja wiara w sprawiedliwość została roztrzaskana. Pierwszą stroną, która się wyświetliła, była strona z pastiszami. Uczniowie naprawdę nie znaleźli stron z oryginalnymi wierszami znanych poetów natychmiast. Niektórzy długo szukali oryginałów. To nie jest jedyna sytuacja, gdzie Internet staje się źródłem dezinformacji. Czy takie pozycjonowanie stron, które promuje liczbę polubień, ma wyprzedzać informację profesjonalną? Czy w ten sposób WIELCY, a nieżyjący twórcy mogą się obronić? Czy wolno zapomnieć, że „...nie artysta winien schlebiać powszedniości, ale i owszem, jej swój kunszt najwyższy narzucać”?

Kto jest winien temu szaleństwu?

Na pewno nie najmłodsi użytkownicy. To my, dorośli, pozwoliliśmy, by uwierzyli, że dr Google wie wszystko, że jak cię nie ma w Sieci, to nie istniejesz, i że ważniejsze są gadżety, niż ich właściciel. Nic nie wnosi narzekanie starych na młodych, które ma w dzisiejszym świecie swoją kolejną odsłonę. Jedni z przyzwyczajenia i tęsknoty za dniami minionymi, które młodość krasiła, inni z troską obserwują, jak odlatują w wirtualny niebyt coraz to młodsze dzieci. Nie tylko w szkołach widać nastolatków, którzy siedząc obok siebie, nie rozmawiają ze sobą, ale z licznymi (!) kolegami w sieci. Gdyby ktoś potrzebował udokumentowania tych zjawisk, może to zaobserwować w tak zwanych miejscach publicznych. Można zrobić setki zdjęć, które jak ulał pasują do felietonów o fonoholizmie. Młode mamy spacerujące z wózkami, które nie nachylają się do swoich pociech, opowiadając o każdej mijanej rzeczy, ale toczą telefoniczne dyskusje, to nie tylko przyszła praca dla logopedów, to znacznie większy problem. Czy izolacja, nieumiejętność nawiązywania znajomości w świecie rzeczywistym, o tworzeniu trwałych relacji nie wspominając, nie będą tego oczywistym następstwem? Te problemy są aż nadto realne.

Czy da się to zatrzymać?

Czy jeszcze dziesięć lat temu pomyślelibyśmy o człowieku otoczonym na co dzień pięcioma, a może nawet więcej gadżetami elektronicznymi? Sam telefon jest już wielofunkcyjny. Ilu z nas ma tylko to urządzenie (z nawigacją, aparatem fotograficznym, aplikacjami edukacyjnymi, religijnymi, rozrywkowymi, grami i oczywiście stałym połączeniem z Siecią)? Tylko to? No jeszcze komputer, no jeszcze tablet i tylko słuchawki bezprzewodowe. I naprawdę już nic więcej? Przestajemy zauważać, jak nas to wciąga, ale jakoś sobie z tym radzimy. Przecież jesteśmy dorośli, więc potrafimy się w tym poruszać, tak jak w lesie czy w górach.

A co z naszymi dziećmi?

Pierwsze kroki dziecka do lasu, nad morze czy jezioro, nawet do zoo, inaczej – do miejsc nowych, pięknych ale dla nowicjuszy potencjalnie niebezpiecznych, kierowane są zawsze w towarzystwie rodzica. Czy w wirtualny świat należy wchodzić inaczej? Oczywiście że nie. Zawsze pierwsze kroki powinniśmy robić razem, dbając o bezpieczeństwo i ucząc tych zasad od pierwszych chwil. Dzisiaj nie jesteśmy już zdani tylko na siebie. Pisałam już kiedyś, jak wiele dobrego robią osoby pracujące w Fundacji „Dajemy dzieciom siłę”. Warto poświecić kilka minut i obejrzeć projekt „Mama Tata Tablet”, który pokazuje, jak nie stać się tabletowym rodzicem. Jak bardzo niewinne karmienie przy bajce może sprzyjać uzależnieniu, zaburzać rozwój połączeń mózgowych itd. Rodzicom starszych dzieci polecam projekt „Zostań znajomym swojego dziecka”, który zachęca rodziców i opiekunów do uczenia dzieci bezpiecznego korzystania z Sieci, oraz projekt „Uważni rodzice”, który podpowiada, jak ustrzec przed zagrożeniami on-line. Ważne, żebyśmy znając zagrożenia i zjawiska potencjalnie niebezpieczne, mogli przed nimi chronić dzieci.

Każde dziecko z natury swojej jest nie tylko ciekawe, ale i aktywne, to od nas, dorosłych, będzie zależało, czy odnajdzie się ono w grupie nie tylko w świecie rzeczywistym, ale i w mediach społecznościowych. Jeśli potrafimy mu pokazać właściwe wartości, proporcje między kontaktami w świecie rzeczywistym i wirtualnym, mamy szansę, że przyjdzie do nas, kiedy rówieśnicy skażą go na banicję, czyli wyrzucą z grupy. Zanim kupimy dziecku telefon czy tablet, najpierw dowiedzmy się, czym jest kontrola rodzicielska, jak z niej korzystać. Dać dziecku telefon z dostępem do sieci (np. smartfon rodzica), to tak jak wyrzucić kilkulatka na środku jeziora z łódki. Przecież nikt tak nie robi, w sieci tym bardziej nie wolno!

wspomnienie GdL400

Tak jak uczymy dzieci pierwszych kroków w grach planszowych czy układania puzzle, tak możemy pokazać, jak nakręcić filmik z tej zabawy. Starszemu dziecku pokażmy, jak umieścić je na mediach społecznościowych, uważając na prywatność. Pamiętajmy, że nasze inteligentne dziecko jeśli nie zrobi tego z nami, za chwilę instruowane przez rówieśników umieści swoje zdjęcia w sieci, niestety często nie wybierając takich, które są bezpieczne. Powiedzmy też przy okazji, że nie ma sytuacji bez wyjścia, że jeśli nawet dziecko popełni błąd, my będziemy przy nim.

 dziedzictwo GdL400

Kiedyś mówiło się: nie pozwól, by twoje dziecko wychowywała ulica, dzisiaj dzieci wychowywane w sieci szpanują wśród rówieśników i są przekonane, że rodzice i inni dorośli nie mają pojęcia, jak wygląda internetowy świat, co się w nim wyprawia i że w związku z tym nie można oczekiwać od nich pomocy. Nie pozwólmy, aby tak czuły się nasze dzieci. Pamiętajmy, że zawsze im bliżej siebie w rodzinie, tym dalej od kłopotów, ale i o tym, że to nie uchroni nas od wszystkiego. Na pewno nie chcemy i nie powinniśmy odizolować swojego dziecka od rówieśników, a więc i od powszechnych zastosowań nowoczesnej elektroniki. Natomiast jeśli pozwolimy mu wchodzić w świat nam nieznany i sami tam nie wejdziemy, to sytuacja szybko wymknie się spod kontroli. Pisałam już, ze niektórzy twierdzą, że DarkNet to 90% sieci, warto zadbać, żeby nasze dziecko tam nie wpadło, ale żeby mogło zwrócić się do nas o pomoc w razie kłopotów.

Aleksandra Zasimowicz
siostra lekarki
nauczyciel dyplomowany informatyki
trener programu Teach to the Future
edukator MEN ds. informatyki
doradca metodyczny ds. informatyki w MSCDN

 bezkres dodatek GdL400

 

 

Artykuł zilustrowała artystka malarka Joanna Sadecka, symbolicznie komentując tekst. Jak wszyscy autorzy „Gazety dla Lekarzy” udostępniła swoje prace do publikacji na naszych łamach „pro publico bono – dla dobra ogółu, ale i osobistej satysfakcji” (cytat ze statutu GdL). Jesteśmy przekonani, że nasza współpraca nie zakończy się na jednym numerze. Z dorobkiem artystycznym Joanny Sadeckiej można zapoznać się w internecie:

http://artpubgaleria.blogspot.com/2016/05/obrazy-terapeutyczne-joanna-sadecka.html

https://variart.org/user/1398/azja.

 

 GdL 5_2019