Ja i medycyna

natropie1gdl 6 2013200

Gdy nie możesz zostać królem – zostań lekarzem (hinduskie)

Na tropie Asklepiosa*

GNglowka1100

Eugeniusz Niemiec

Na rozdrożu

Problem wyboru zawodu staje przed młodym człowiekiem zazwyczaj 1-2 lata przed maturą. W rodzinnym gronie zaczyna się wałkowanie rozmaitych możliwości, rozpatrywanych pod kątem ambicji rodziców, względów materialnych i możliwości uzyskania zatrudnienia, szczególnych uzdolnień kierunkowych, czy też tzw. powołania. Współcześnie do tych elementów dochodzi jeszcze troska o wybór rodzaju szkoły, a w dalszej perspektywie wybór miejsca ewentualnej emigracji zarobkowej. Nieliczni i stosunkowo zamożni wybierają od razu studia zagraniczne, mające im ułatwić przyszłe ustawienie się w zawodzie.

natropie2gdl 6 2013150

Trzeba przyznać, że pokolenie maturzystów 1952 roku, do którego należę, nie miało aż tylu problemów do rozwiązania, bo – w zasadzie – wystarczało nieźle zdać egzamin wstępny, mieć odpowiednie pochodzenie społeczne i – co ważne – nie wzbudzać zastrzeżeń politycznych. Z mojej klasy maturalnej na studia wyższe dostało się ¾ kolegów (liceum męskie).

Na wstępie muszę wyjaśnić, że nie wierzę w powołanie do zawodu lekarza, którym niektórzy kandydaci uzasadniają wybór kierunku studiów, plotąc banialuki o zamiłowaniu, bawieniu się od dzieciństwa w lekarza i leczenie, krojenie z zamiłowaniem żab (co raczej sugeruje skłonności sadystyczne), albo też emanują nieprzepartą potrzebą pomocy bliźniemu. Wyznaję, że żadna z ww. motywacji, w moim wypadku, nie znalazła potwierdzenia. Mam natomiast wrażenie, że środowisko rodzinno-domowe odgrywa tu znaczącą rolę inspirującą. A jak było ze mną? Opowiem.

Moje pokolenie doskonale wie, że dzieciństwo i lata dorastania przypadły nam w najmniej korzystnym okresie, bo podczas drugiej wojny światowej i w bardzo trudnych latach powojennych. Wyrażało się to wieloletnim poczuciem zagrożenia egzystencji fizycznej, epizodami głodu lub niedożywienia, a także licznymi chorobami (wspomnę tylko własne choroby w dzieciństwie: gruźlica, żółtaczka, dur brzuszny, ostra choroba reumatyczna), które to okoliczności sprawiły, że mój rozwój fizyczny był daleki od normalnego: byłem drobny, chudy, znacznie słabszy fizycznie od rówieśników, cierpiałem na dotkliwe bóle głowy. Miała mama ze mną masę kłopotów. Najczęściej leczyła mnie sama rozmaitymi ziołami, wodolecznictwem wg Kneippa, bardzo sporadycznie udawało się zasięgnąć porady jakiegoś lekarza. Dopiero podczas nauki w sanockim gimnazjum i liceum złapałem nieco równowagi fizycznej, ale ciągle jeszcze odstawałem od rówieśników, a dopiero podczas studiów w Krakowie nadrobiłem zaległości rozwoju fizycznego.

Wpływ rodziców

Rozmowy o wyborze drogi zawodowej rozpoczęły się w gronie rodzinnym, gdy byłem uczniem X-XI klasy. Ojciec uchylił się od sugestii, pozostawiając mi swobodę wyboru. Podobne stanowisko zajęła mama, jednakże dodała następujący komentarz: Wiesz, ja zawsze chciałam zostać lekarzem. Niestety, warunki materialne na to nie pozwoliły i nie dane mi było zrealizować tego marzenia. Cieszyłabym się, gdybyś wybrał medycynę. Była to taka niewiążąca sugestia.

natropie15gdl 6 2013250

Warto wspomnieć, że moja mama, z zawodu nauczycielka, miała sporą wiedzę medyczną nabytą w drodze samokształcenia. Posiadała książki medyczne, wierzyła w skuteczność wodolecznictwa wg metody ks. Kneippa, znała zioła lecznicze, umiała stawiać bańki, nauczyła się także dawania zastrzyków domięśniowych. Z tych znachorskich i paramedycznych umiejętności mamy korzystała cała wieś, w której mieszkaliśmy, zwłaszcza w zakresie ówczesnej rewelacji na wszelkie zakażenia, jaką była wstrzykiwana domięśniowo penicylina oleista. Okoliczni lekarze posyłali pacjentów na zastrzyki do mamy, była bowiem jedyną osobą w okolicy umiejącą je robić, chociaż bez żadnych uprawnień. Bóg strzegł, że nigdy nie zdarzyło się żadne powikłanie (zwłaszcza odczyn uczuleniowy bądź wstrząs anafilaktyczny), tym bardziej że nikt wówczas jeszcze nie robił prób uczuleniowych, ani nie posiadał zestawów przeciwwstrząsowych. Mamę wzywano również do zachorowań we wsi, a ona – po rozeznaniu sprawy – stosowała jakieś proste zabiegi wodolecznicze czy leki (np. aspirynę, piramidon), lub kazała wzywać lekarza albo wieźć pacjenta furmanką do odległego o 15 km szpitala w Sanoku. Stosowała np., z dobrym efektem, wypróbowany wielokrotnie na sobie sposób leczenia anginy ropnej, polegający na ściąganiu nalotów z migdałków szpatułką lub łyżeczką, a następnie solidnym pędzlowaniu gardła roztworem jodyny. Anginy znikały prawie błyskawicznie, bez żadnych antybiotyków. W przypadku zakażonych ran kończyn, z towarzyszącym zapaleniem naczyń chłonnych (szła wówczas od rany do pachy, budząca lęk pacjentów, czerwonofioletowa pręga), bardzo skuteczne były kąpiele kończyny w naparze siana. Była to działalność o charakterze charytatywnym, bo mama nie pobierała za usługi żadnych pieniędzy, ale czasem ktoś rewanżował się jajkami, serem, masłem czy wędliną świąteczną.

Jestem przekonany, że gdy doszło do zdeklarowania się co do kierunku studiów, to poddałem się sugestii mamy, popartej jej osobistym zaangażowaniem w sprawy zdrowia naszej wsi i zdecydowałem o złożeniu dokumentów na krakowską Akademię Medyczną. Wybrałem jednak kierunek studiów stomatologicznych, kierując się informacją, że na stomatologię jest mniejsza konkurencja niż na wydział lekarski. Było to – o ile pamiętam – ok. 5 kandydatów na 1 miejsce na stomatologii, natomiast na lekarski starało się ok. 8 kandydatów na 1 miejsce. Pozostawało jeszcze zdać pisemny i ustny egzamin wstępny i oczekiwać rezultatów.

Trudny start

Podczas egzaminów wstępnych w Krakowie, które trwały 2 tygodnie, znalazłem czasowe lokum w Domu Akademickim. Na egzamin pisemny z biologii i chemii przyszło mrowie (ok. 600) kandydatów, w tym niektórzy w regionalnych strojach góralskich, co – jak później się okazało – miało pozytywny wpływ na wynik egzaminu. Kto nie zdał pisemnego, odpadał. Część ustna egzaminu była raczej rozmową kwalifikacyjną z komisją złożoną z władz Akademii i czynników politycznych, strzegących „prawidłowości” naboru. Komisja wertowała dokumenty, wszelkie opinie i rozpytywała raczej o sprawy społeczno-polityczne, przeszłość kandydata, a zwłaszcza jego rodziców, sytuację rodzinno-materialną itp., po czym były ogłoszone listy przyjętych na studia, nieprzyjętych z braku miejsc i nieprzyjętych z powodu niezdania egzaminu. Trzeba było sporo czasu poświęcić i nie oszczędzać łokci, aby dopchać się w dniu ogłoszenia list do tablicy ogłoszeń w dziekanacie przy ul. św. Anny 12. Radość moja była wielka, gdy dostrzegłem swoje personalia na liście przyjętych.

Z chwilą stania się studentem stanąłem przed problemem mieszkania w Krakowie, bo – niestety – nie otrzymałem miejsca w domu akademickim, ani stypendium. Przez jakieś dalsze znajomości mamy znalazłem pokój na peryferiach Krakowa, przy rodzinie maszynisty kolejowego. Przygarnąłem do pokoju kolegę z mojej klasy maturalnej, który również dostał się na stomatologię, i razem 1 października 1952 r. rozpoczęliśmy studenckie życie, które w ówczesnych warunkach cechowała całodzienna bieganina na wykłady i ćwiczenia, rozrzucone w różnych miejscach Krakowa.

Na adeptach I roku największe wrażenie robiła oczywiście nauka anatomii, a w szczególności sekcje zwłok, co dla niektórych (zwłaszcza dziewczyn) było wysoce traumatycznym przeżyciem, w nielicznych wypadkach skłaniającym nawet do porzucenia studiów. Wśród niższego personelu Zakładu Anatomii Prawidłowej, zwanego „Theatrum Anatomicum” i studentów krążyły wówczas wieści, że „nasze” zwłoki to zamordowani więźniowie lub partyzanci ruchu oporu, które UB oddawał Akademii Medycznej bezimiennie na materiał sekcyjny. Wyraźnie przyjemniejsze były ćwiczenia na żywym modelu, który zwykle był typowany spośród co dorodniejszych studentek i studentów. W mojej grupie typowaliśmy do ćwiczeń na żywym modelu urodziwą koleżankę Żydówkę, która zresztą specjalnie nie oponowała, i z zapałem poznawaliśmy różne szczegóły anatomiczne ciała kobiecego (jednak z pominięciem tych najciekawszych).

natropie16gdl 6 2013660

Pierwszy rok medycyny był niewątpliwie najtrudniejszy w całych studiach, bo nie tylko trzeba było sprawnie dostosować się do całkowicie nowego trybu życia i nauki, ale przede wszystkim dlatego, że nie można go było repetować, niezaliczenie bowiem pierwszego roku oznaczało pożegnanie się ze studiami.

Student AM, jeśli nie był mieszkańcem Krakowa, żywił się sam, bądź korzystał z obiadów w stołówce studenckiej, rzadziej w barze mlecznym. Na tzw. stancji podstawą egzystencji był własny chleb, herbata, cukier i ew. coś do chleba. To „coś” przysyłali pocztą rodzice. W moim wypadku były to paczki (otrzymywane średnio raz w miesiącu) z jajkami, serem, masłem lub smalcem, czasem pieczony kurczak, jabłka i zawsze gotowane ruskie pierogi (do odsmażania). Aprowizację wpychałem między podwójne okna, bo tam było najchłodniej, a o lodówkach nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Natomiast masło w ciepłej porze roku trzymałem w garnuszku, pod lustrem codziennie zmienianej zimnej wody. Moje ulubione pierogi – niestety – szybko się psuły i przed odsmażeniem trzeba je było solidnie zmywać i czyścić z pleśni, bo o wyrzuceniu jedzenia mowy być nie mogło. Zapasy żywnościowe otrzymywane z domu solidarnie dzieliliśmy z wyżej wspomnianym kolegą.

Mój współlokator Jurek był fajnym kolegą, tylko miał uciążliwy dla mnie zwyczaj uczenia się po nocach (nieraz do trzeciej, czwartej nad ranem), co oczywiście powodowało, że palił światło, przeszkadzające mi spać. Również nasi gospodarze, żyjący bardzo oszczędnie, niezbyt miło widzieli długo świecącą się żarówkę w naszym pokoju. Nie pamiętam już z jakiego powodu, po I roku gospodarze wypowiedzieli nam najem pokoju i trzeba było szukać nowego lokum. Znaleźliśmy je na Stradomiu, obok kina „Warszawa”, gdzie w małym, położonym w tzw. amfiladzie, pokoju mieszkaliśmy w czwórkę, wraz z dwoma studentami Akademii Górniczo-Hutniczej. Przez nasz pokoik przechodzili do swojego pokoju notorycznie podchmieleni, a przynajmniej raz w tygodniu solidnie zalani, gospodarze mieszkania. W tym lokum dotrwaliśmy do końca studiów. Studenckie dni i noce to jednak temat na zupełnie inną opowieść i każdy je zna z własnego doświadczenia, bo losy studenterii po części bywają zbieżne, ale też każdy z nas miał zapewne własne i niepowtarzalne przeżycia.

W moim wypadku do takich niepowtarzalnych zdarzeń doszło na przełomie III i IV roku studiów. Uważam, że miały one istotny wpływ na moje dalsze losy i dlatego – jak sądzę – warto o nich opowiedzieć.

natropie17gdl 6 2013660

Wolta na półmetku

Jak wspomniałem, starając się na studia lekarskie, trafiłem ze względów taktycznych na stomatologię. Trzy pierwsze lata studiów były wspólne z wydz. lekarskim, natomiast od czwartego roku stomatologia szła odrębnym kursem. W związku z tym ostatnim momentem przejścia na kierunek lekarski był czerwiec 1955 roku, kończący III rok studiów.

Sesję egzaminacyjną (7 egzaminów) przeszedłem gładko, z jednym wyjątkiem, dotyczącym przedmiotu o nazwie patologia. Był to mój ostatni egzamin w tej sesji (28 czerwca). Pech chciał, że przez tydzień przed egzaminem walczyłem z ciężką biegunką, spowodowaną – jak sądziłem – przejedzeniem się surowym rabarbarem z cukrem. Biegunka mocno mnie wycieńczyła, nie miałem sił na naukę, a dodatkowo profesor patologii, a zarazem ówczesny rektor naszej Akademii Bronisław Giędosz, miał zwyczaj egzaminować nocami, bo dnie wypełniały mu inne obowiązki. Gdy około północy zasiadłem przed obliczem rektora i egzaminatora, to marzyłem raczej o tym, aby jak najprędzej wyjść, bo wydawało mi się, że zasłabnę. Na dwa kolejne pytania nie byłem w stanie udzielić jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi, co oczywiście oznaczało ocenę niedostateczną, zresztą jedyną podczas całych studiów. Pozostały mi dwa dni (do końca czerwca) na złożenie podania do Rady Wydziału Lekarskiego o przeniesienie mnie ze stomatologii na lekarski. W mojej sytuacji okazało się to niemożliwe, bo z powodu nieszczęsnej patologii nie ukończyłem jeszcze III roku i dlatego takie podanie nie mogło być rozpatrzone.

Ludowe porzekadło mówi, że nie ma niczego złego, co by na dobre nie wyszło. Jak się później dowiedziałem, nie składając podania niczego nie straciłem, bo prawie wszystkie złożone w terminie podania o przeniesienie (a było ich ok. 50) Rada Wydziału odrzuciła jako nieuzasadnione. Prodziekan ds. stomatologii był nieugięty i uważał, że jak ktoś dostał się na stomatologię, to ma ją kontynuować i basta („ojczyzna czeka na stomatologów”). Jedynie 2 lub 3 osoby, w wyniku odwoławczych nacisków ze strony Ministerstwa Zdrowia i interwencji czynników partyjnych, zostały przeniesione. W tej sytuacji uznałem, że zabieganie o przeniesienie nie rokuje żadnych szans i pogodziłem się z myślą, że zostanę stomatologiem, wobec czego udałem się na wakacyjny odpoczynek do rodziców pod Sanokiem.

Rektorskie serce

W lipcu odpocząłem, odkarmiłem się u mamy i pełen nowych sił, sierpień poświęciłem na naukę oblanej patologii. Niebawem nadeszła wiadomość, że 3 września mam się stawić na egzamin poprawkowy u prof. Giędosza.

natropie18gdl 6 2013200

Egzamin, zgodnie z rektorskim obyczajem, znów odbywał się głęboką nocą. Około 1.30 zdawałem jako ostatni tej nocy poprawkowicz. Tym razem na wszystkie pytania odpowiadałem wyczerpująco, a nawet powiedziałbym śpiewająco, co – ku mojemu zdumieniu – zaowocowało oceną bardzo dobrą, postawioną obok tej czerwcowej niedostatecznej. Prof. Giędosz był znany jako wymagający i surowy egzaminator i bardzo rzadko sięgał po ocenę najwyższą, zwłaszcza w terminach poprawkowych. Profesor zanim oddał mi indeks, starannie go obejrzał (głównie oceny z innych przedmiotów, personalia itd.). W wyniku oględzin padło dodatkowe pytanie: „– A pan to jesteś ze wschodu?” Sam był lwowiakiem i pracownikiem naukowym (docentem) fakultetu medycznego lwowskiego uniwersytetu, i przybył do Krakowa jako repatriant. Powyższe pytanie zapoczątkowało następujący dialog:

Ja: – Tak jest, panie rektorze, urodziłem się w samborskim, a mieszkałem k. Stanisławowa.

Prof.: – A jakby była taka możliwość, to wracałbyś pan do Lwowa?

Ja: – Tęsknię za krainą mojego dzieciństwa, ale powrót tam nie wydaje mi się możliwy.

Prof.: – Bo widzisz pan, ja to bym wracał do Lwowa pierwszym transportem!

W tym miejscu kazał sobie i mnie podać kawę. Była godz. ok. 2.00 w nocy.

Prof.: – A pan to jesteś na stomatologii?

Ja: – Tak jest, panie rektorze.

Prof: – Widzę z dzisiejszego egzaminu, że pan powinieneś być lekarzem, a nie dentystą, bo pan umiesz logicznie myśleć. Jak się to stało, że pan oblałeś w czerwcu?

Ja: – Panie rektorze, nie miałem wówczas sił do nauki z powodu choroby jelit, która mnie dotknęła właśnie w czerwcu.

Jeszcze chwilę opowiadał z nostalgią o Lwowie, podzielił się zdumieniem na temat jednego ze zdających bez powodzenia przede mną kolegów, który też pochodził z kresów („No widzisz pan, on też ze wschodu, a taki bałwan”), po czym dopiliśmy kawę i pożegnawszy się z rektorem, opuściłem nocą Zakład Patologii.

Wynik egzaminu, a zwłaszcza rozmowa przy kawie, napełniły mnie euforią, i gdy wracałem truchcikiem na stancję, przyszła mi do głowy myśl, czy by nie było rzeczą roztropną poprosić rektora o przeniesienie mnie na lekarski. Zaraz następnego (a właściwie już tego samego) dnia rano wysmażyłem w tej sprawie podanie do Jego Magnificencji, dołączając wykaz ocen egzaminów z trzech lat studiów. Z podaniem poleciałem do rektoratu, gdzie okazało się, że rektora nie ma, a sekretarka, gdy dowiedziała się, o co mi chodzi, groźnie na mnie fuknęła, że rektor takich spraw nie załatwia, tylko Rada Wydziału, ale i tak jest już dwa miesiące po terminie, więc szkoda zachodu. Nie chciała w ogóle przyjąć podania i  wręcz mnie wyrzucała z sekretariatu, bo ona „nie ma czasu na jałowe rozmowy”. Uparłem się, argumentując, że każde podanie powinna przyjąć, nawet takie, które nie ma szans na pozytywne rozpatrzenie. Nie mogąc się mnie pozbyć, zrobiła obrażoną minę i rzekła podniesionym głosem: „Niech panu będzie, dam jutro podanie panu rektorowi, ale niech pan na nic nie liczy.” „Dziękuję pani za uprzejmość i do widzenia” – rzekłem i opuściłem wiedźmę.

Wróciłem na stancję, spakowałem manatki i pojechałem do domu na resztę wakacji, prawie zapominając o sprawie. Około 20 września listonosz przyniósł do domu list z pieczątką Rektoratu AM na kopercie. Pomyślałem, że wewnątrz jest informacja o negatywnym załatwieniu mojego podania. Nerwowo rozerwałem kopertę, wyjąłem karteczkę z podpisem rektora, na której czarno na białym stało napisane, że moja prośba została rozpatrzona pozytywnie, a formalności należy załatwić w Dziekanacie Wydz. Lekarskiego. Opanowała mnie nieopisana radość, która udzieliła się także rodzicom, którym dopiero wtedy opowiedziałem o rozmowie z rektorem po egzaminie i pozostawionym na łasce wiedźmy z rektoratu podaniu. Za kilka dni trzeba już było jechać do Krakowa, by dokonać wpisu na Wydział Lekarski i rozpocząć IV rok studiów.

natropie19gdl 6 2013500

Gdy wkroczyłem do dziekanatu Wydz. Lekarskiego, kierująca sekretariatem p. Róża (nb. bardzo przychylna studentom), nim jeszcze wyjawiłem sprawę, uprzedziła mnie, mówiąc: „Wiemy, wiemy. pan rektor tylko pana jednego przeniósł na lekarski”. Formalności popłynęły gładko i w ten sposób zmieniłem kierunek studiów. Rozpoczął się rok akademicki, a ja nie mogłem opędzić się od pytań, ani wytłumaczyć przed koleżankami i kolegami ze stomatologii, którym manewr przeniesienia się nie powiódł, jak to się stało, że mnie rektor przeniósł? czyje miałem poparcie? ile mnie to kosztowało? itp. Oczywiście nikt nie uwierzył w prawdziwą wersję wydarzeń i tak już zostało.

Kilka dni po inauguracji roku akademickiego wybrałem u krakowskich kwiaciarek na Rynku Głównym bukiet pięknych róż, opatrzyłem go podpisanym bilecikiem i udałem się do rektoratu. Oczywiście rektora znów nie było, a na stanowisku tkwiła rektorska wiedźma. Kwaśno się uśmiechnęła, więc ją uprzedziłem, że ten bukiet nie jest dla niej, ale proszę, aby go (wraz z bilecikiem) przekazała panu rektorowi, a przy okazji, aby skorygowała swoje mniemanie o jej przełożonym. To była taka moja mała zemsta na niej za utarczkę przy składaniu podania. Znów zdawkowo i kwaśno uśmiechnęła się i skwitowała: „istotnie, nie spodziewałam się takiej decyzji rektora”. Rozstaliśmy się w przyjaźni i myślę, że bukiet trafił do adresata.

natropie21gdl 6 2013150

Szybko minęły dwa lata, dobrnąłem do końca studiów i przyszło mi na myśl, że byłoby rzeczą właściwą ponownie odwiedzić rektora i poinformować go o efektach jego decyzji sprzed dwu lat, i oczywiście jeszcze raz podziękować. Tym razem do Zakładu Patologii wybrałem się wieczorem. Po pokonaniu oporu odźwiernego Jana zostałem wpuszczony do gabinetu rektora. Paliła się tylko lampka na biurku, przy którym profesor coś pisał. Przypomniałem się rektorowi jako ten student sprzed dwóch lat, którego był łaskaw przenieść ze stomatologii na lekarski, i że tym razem przyszedłem podziękować za studia, dzięki którym udało mi się zrealizować mój pomysł na życie zawodowe. Przypomniał sobie mnie natychmiast, zamówił u Jana dwie kawy i zaprosił na fotel.

Widzisz pan, skorzystałem wówczas z rektorskiego prawa jednoosobowej decyzji. Nie musiałem się nikomu tłumaczyć, ani uzasadniać postanowienia, które podjąłem na zasadzie wyjątku od obowiązującej reguły – powiedział do mnie. Prosiło się zapytać, czym sobie zasłużyłem na tak wyjątkowe potraktowanie, ale wydało mi się wówczas, że jest ono zbędne, bo przyczyny owej sympatii były raczej oczywiste. Mam tu na myśli moje kresowe pochodzenie i wynik egzaminu z patologii. Był bardzo sympatyczny, wypytywał o rodziców, o moje i rodziny losy wojenne, o zamiary zawodowe (miejsce pracy, zainteresowania i przyszłą specjalizację, itp.). Poinformowałem go, że na staż lekarski wybrałem szpital w Krynicy. Pochwalił decyzję, okazało się, że zna niektórych krynickich lekarzy i podoba mu się uzdrowisko. Dopiliśmy kawę, rektor uściskał mnie serdecznie, życzył powodzenia w zawodzie i zakończył słowami, które do dzisiaj brzmią mi w uszach: – Jedź pan do tej Krynicy. A gdyby panu było kiedy źle, to przychodź pan bez wahania. Stary Giędosz jak będzie żył, spróbuje pomóc.

Ze ściśniętym ze wzruszenia gardłem pospiesznie opuściłem gabinet tego niezwykłego Człowieka, którego Opatrzność postawiła na mojej drodze do zawodu. Więcej go nie spotkałem. Zmarł w 1970 roku, o czym się dowiedziałem z nekrologu w gazecie.

Przypadkowy wybór

Miałem przeczucie, że gdybym wówczas zasugerował rektorowi, że chcę pozostać w którejś z krakowskich klinik, uczyniłby wszystko, aby mi znaleźć tam etat. Ale ja zupełnie nie widziałem się w klinicznym tłumku i już wówczas uważałem, że szlify i doświadczenie lekarskie lepiej zdobywać na prowincji. Życie potwierdziło ten pogląd. O wyborze Krynicy na miejsce pierwszej pracy zadecydowało przypadkowe zdarzenie.

natropie120gdl 6 2013660

Pod koniec V roku studiów Katedra Chorób Wewnętrznych prof. Tempki, w ramach ćwiczeń z interny, organizowała dla studentów jednodniową wycieczkę szkoleniową do Krynicy, dla praktycznego zaznajomienia się z zakładami i zabiegami balneologicznymi oraz organizacją leczenia sanatoryjnego. Pod koniec maja 1957 r. wsadzono 2 lub 3 grupy studenckie do nocnego pociągu osobowego relacji Kraków-Krynica. Około godz. 8 rano powitała nas miejscowość pełna słońca, zieleni, zapachu kwitnących drzew i krzewów. Cały dzień pracowicie oprowadzano nas po uzdrowisku, pokazując to i owo, podano obiad w sanatorium Nowy Dom Zdrojowy, a po obiedzie dano około dwóch godzin na samodzielne oglądanie Krynicy. Ogląd kurortu w najpiękniejszej wiosennej scenerii zrobił na mnie duże wrażenie; wydawał się czymś w rodzaju ogrodów Edenu. Nocnym pociągiem w odwrotną stronę powróciliśmy do krakowskiej szarej rzeczywistości.

Minęło kilka miesięcy, podczas których zdawaliśmy końcowe egzaminy, a po ich pomyślnym zaliczeniu trzeba było udać się do dziekanatu, aby pobrać skierowania na roczny staż lekarski. W dziekanacie przedstawiono nam (poszedłem tam z moją koleżanką i przyszłą żoną) listę szpitali, które były uprawnione do prowadzenia staży. Ku naszemu zdziwieniu na liście był niedawno otwarty, nowy szpital krynicki. Natychmiast odżyły wspomnienia wycieczki i wyboru dokonaliśmy bez wahania. Sądziliśmy, że odbębnimy staż w pięknym miejscu, a potem się rozglądniemy za stałym miejscem pracy. Rzeczywistość jednak przerosła naszą wyobraźnię, bo obok pięknej przyrody, górskiego klimatu i ładnych krajobrazów, walorem Krynicy okazali się wspaniali ludzie, pracujący tu wówczas w dość pionierskich warunkach. Niespotykane w Krakowie, dobre stosunki międzyludzkie, życzliwość, koleżeńska pomoc, wspaniały szef tzw. starej daty, a może przede wszystkim, zaoferowane mieszkanie rodzinne w nowym, służbowym bloku przyszpitalnym, spowodowały, że zdecydowałem się tu pozostać. Tu założyłem rodzinę i w rezultacie... spędziłem całe dorosłe życie. Życie to obfitowało w wiele chwil pięknych i satysfakcji nieosiągalnych w innych zawodach, ale też zdarzały się momenty trudne, czasem dramatycznie przykre. Ale to już temat na zupełnie inną opowieść.

Czas podsumowań

Mogę dzisiaj powiedzieć, że wybór zawodu i Krynicy jako miejsca jego realizacji okazał się trafny, co oczywiście nie oznacza, że nie było epizodów (na szczęście niezbyt długich), w których rozważałem opuszczenie tego uzdrowiska.

natropie211gdl 6 2013500

Czy spełniły się moje cele i ambicje zawodowe? Uważam, że na to pytanie także powinienem udzielić odpowiedzi pozytywnej, bo zdobyłem specjalizację w dwóch dyscyplinach medycznych, mających największe zastosowanie w praktyce lekarskiej na tym terenie, cieszyłem się zaufaniem pacjentów, przez 13 lat byłem zastępcą ordynatora, a przez 21 lat ordynatorem oddziału chorób wewnętrznych krynickiego szpitala. Obecnie – będąc od 12 lat na emeryturze – nadal pracuję na tzw. kontrakcie w dwu największych krynickich sanatoriach i sprawuję opiekę nad leczeniem sanatoryjnym 60 pacjentów w każdym turnusie.

natropie22gdl 6 2013660

Ambicji naukowych nigdy nie miałem, chociaż takie predyspozycje niektórzy luminarze naszej medycyny mi przypisywali. Napisałem kilkanaście tzw. oryginalnych opracowań naukowych, drukowanych w fachowej prasie, ale nigdy mnie to poletko nie nęciło. Wolałem pisywać do gazet. Miałem prawie ukończony przewód doktorski, którego jednak nie doprowadziłem do końca, gdyż zmarł, bardzo mi życzliwy, mój promotor, prof. dr hab. Władysław Król z I Kliniki Kardiologii AM w Krakowie, a nowego promotora nie chciało mi się już szukać, gdyż doszedłem do wniosku, że tytuł „dr nauk med.” niczego w moim życiu zawodowym nie zmieni, więc szkoda czasu i starań.

Złoty dyplom

Minęło ponad 60 lat  od decyzji o wejściu na ścieżkę wiodącą śladami mitycznego Asklepiosa. Przed 6 laty Uniwersytet Jagielloński przysłał mi zawiadomienie, że szykuje uroczystość odnowienia dyplomu lekarskiego w 50. rocznicę jego otrzymania. 2 czerwca 2007 r. w Collegium Maius UJ otrzymałem ponownie dyplom lekarza, tym razem złoty, napisany po łacinie na tzw. czerpanym papierze. O tej wzruszającej uroczystości pisałem w „Gazecie dla Lekarzy” (nr 6/2012, s. 24) w artykule pt. Alumnus Clarissimus. http://www.gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/wybrane-artykuly-3/zloty-dyplom-lekarza/367-alumnus

Z perspektywy półwiecza na własnym przykładzie wyraźnie widzę, jak niewiele są warte wszelkie młodzieńcze plany, misternie układane wg rozmaitych scenariuszy i ambicji. Życie bowiem – sterowane okiem Opatrzności – samo decyduje o wyborach i drogach, którymi będziemy żeglować. Wystarczy tylko mieć otwarte zmysły, aby rozpoznawać możliwości i znaki czasu.

Pisząc powyższe wspomnienie założyłem sobie, że nie będzie w nim niczego z kręgu mojej długiej praktyki zawodowej, natomiast starałem się pokazać niektóre okoliczności i zdarzenia, które w moim wypadku odegrały ważną rolę w wyborze drogi wskazanej ongiś przez Asklepiosa i (podobno) jego potomka w 19. pokoleniu, ojca naszej profesji, Hipokratesa.

Eugeniusz Niemiec
specjalista chorób wewnętrznych i balneoklimatologii oraz fizjoterapii

natropie222gdl 6 2013450

*Asklepios – grecki bóg sztuki lekarskiej, syn Apollina i Koronis, urodzony cięciem cesarskim wykonanym na zabitej matce. Rażony piorunem przez Zeusa, gdy w swej sztuce posunął się do wskrzeszania zmarłych. Czczony w Grecji do IV w. n.e. Nawet chrześcijanie odwiedzali jego świątynie i tam się poddawali leczeniu (co potępiał św. Hieronim). Dziewiętnastym potomkiem Asklepiosa miał być największy lekarz grecki Hipokrates. W Rzymie kult Asklepiosa wprowadzono w czasie zarazy w 293 roku p.n.e. i nazwano go Eskulapem (Aesculapius).

Fotografie z archiwum autora

GdL 6_2013