Teoria mozaikowa. Rozdział 25. Hipertensjolog w Berlinie

Poprzedni rozdział

https://www.gazeta-dla-lekarzy.com/index.php/ogwiazdkowane/51-artykuly-redaktor-naczelnej/2599-teoria-mozaikowa-rozdzial-24-moje-publikacje-o-nadcisnieniu-tetniczym-w-pub-med

Rozdział 25. Hipertensjolog w Berlinie

W celu poszerzenia mojej wiedzy z hipertensjologii przemieszczałam się samolotami, autokarami oraz pociągiem, jak to miało miejsce w 2006 roku.
 

aa2

Mieszkałam w Hotelu Wieland

aa2
W drodze do Berlina
 
aa2
 
Media secure band
 
Berlin esh
 
Fajne torby były na tym kongresie
 
Oto wrażenia z Berlina, zdecydowanie odmienne od mediolańskich, a także amerykańskich kongresów, które pozostają moimi ulubionymi.
Gdy poznałam zasady aplikowania o akredytację dziennikarską na kongresach amerykańskich, pomyślałam, że warto spróbować szczęścia w Europie. Nadarzyła się dobra okazja w postaci kongresu European Society of Hypertension 2008. Napisałam do organizatorów i bez większych trudności otrzymałam akredytację. Kongres odbywał się w centrum, które wprawdzie odwiedziłam przez 3 laty – ale nie zapamiętałam nic a nic z topografii. Z dość długich studiów nad mapą Berlina wynikło, że hotel Wieland przy nomen omen Wielandstrasse 15 spełnia kryteria lokum z akceptowalną ceną i dobrym położeniem w stosunku do komunikacji publicznej, która w Berlinie działa wprost fantastycznie. Przejazd pociągiem Eurocity za 60 euro na trasie Warszawa-Berlin w obie strony był bardzo dobrym rozwiązaniem. Na dworcu Hauptbahnhof w kiosku Inforstore kupiłam bilet na komunikację publiczną, który to bilet kasuje się w niepozornym kasowniku na peronie. To ważna czynność, bo kary za jazdę bez skasowanego biletu są dość wysokie. Przejazd kolejką naziemną zajmuje około 15 minut, wysiada się na przystanku Savignyplatz i po kilku minutach spaceru spokojnymi uliczkami dzielnicy Charlottenburg dochodzi się do hotelu.
Mankamentem jest recepcja na trzecim piętrze, w starej kamienicy, z archaiczną windą, niezachęcającą do korzystania. Po wdrapaniu się po schodach otrzymałam klucz do pokoju na pierwszym piętrze, informację o śniadaniach (na trzecim piętrze) oraz kod dostępu do internetu, który funkcjonuje bez zarzutu. Niezbyt roztropnie wybrałam dojazd do centrum kongresowego kolejką, co naraziło mnie na półgodzinny spacer przez dość pustą okolicę rozległego Centrum Kongresowego. Jakoś w końcu dotarłam do głównego wyjścia. W centrum prasowym niezbyt rozgarnięta panienka usiłowała wcisnąć mi nieważną kartę na przejazdy miejskie i dopiero trzy razy zapytana, czy naprawdę za okazaniem tego ID kongresowego mam bezpłatne przejazdy, wykrzyknęła zdziwiona: ojej! na pani ID nie ma logo komunikacji miejskiej, bez tego logo byłoby nieważne! Bagatela – 600 euro kary w razie nieważności! Pewnie bym się jakoś wytłumaczyła, ale lepiej nie sprawdzać, na ile jestem biegła w tłumaczeniu się po angielsku. Zaufanie dobre, ale kontrola lepsza, co nie na darmo powiedział pewien pan i jest to aktualne do dziś.
Obrady były oględnie mówiąc takie sobie, a biuro prasowe ani się umywało do amerykańskich press roomów. Internet nie chciał działać, panie źle wpisywały kody dostępu, o kawę trzeba było 3 razy prosić leniwego kelnera, same pomyłki. A nie dość tego, odcinek między wejściem a biurem prasowym musiałam przedefilować z tzw. secure band, czyli opaską bezpieczeństwa, którą musiałam przykleić na przegubie dłoni. Istotnym powodem tego defilowania było odebranie dokumentów ESH, które, jak się okazało, miały pomyłkę w imieniu, więc zniechęcona opuściłam obrady na rzecz wizyty w paru sklepach z odzieżą sportową. Zakupy były udane, ubrania i buty służą mi do dziś.
Ogólnie Berlin przypadł mi do gustu i odwiedziłam to miasto jeszcze w styczniu i czerwcu 2009 roku bez specjalnych powodów naukowych, choć wizytę czerwcową skojarzyłam z kongresem hematologicznym. Jednak ze zdobywaniem wiedzy we wnętrzach ICC Berlin jakoś mi się nie wiodło – za dużo ciasnych korytarzy, zawiłej topografii, małych sal. Amerykański rozmach wdrukował się w moje wyobrażenie o przestrzeni, jaka jest potrzebna dla kongresu medycznego.
Czas płynie, a przeglądanie archiwów domowych i zasobów internetu trwa. Niewykluczone, że powstanie kolejny odcinek wspomnień hipertensjologa. mediolańskich, a także amerykańskich kongresów, które pozostają moimi ulubionymi.

Gdy poznałam zasady aplikowania o akredytację dziennikarską na kongresach amerykańskich, pomyślałam, że warto spróbować szczęścia w Europie. Nadarzyła się dobra okazja w postaci kongresu European Society of Hypertension 2008. Napisałam do organizatorów i bez większych trudności otrzymałam akredytację. Kongres odbywał się w centrum, które wprawdzie odwiedziłam przez 3 laty – ale nie zapamiętałam nic a nic z topografii. Z dość długich studiów nad mapą Berlina wynikło, że hotel Wieland przy nomen omen Wielandstrasse 15 spełnia kryteria lokum z akceptowalną ceną i dobrym położeniem w stosunku do komunikacji publicznej, która w Berlinie działa wprost fantastycznie. Przejazd pociągiem Eurocity za 60 euro na trasie Warszawa-Berlin w obie strony był bardzo dobrym rozwiązaniem. Na dworcu Hauptbahnhof w kiosku Inforstore kupiłam bilet na komunikację publiczną, który to bilet kasuje się w niepozornym kasowniku na peronie. To ważna czynność, bo kary za jazdę bez skasowanego biletu są dość wysokie. Przejazd kolejką naziemną zajmuje około 15 minut, wysiada się na przystanku Savignyplatz i po kilku minutach spaceru spokojnymi uliczkami dzielnicy Charlottenburg dochodzi się do hotelu.

Mankamentem jest recepcja na trzecim piętrze, w starej kamienicy, z archaiczną windą, niezachęcającą do korzystania. Po wdrapaniu się po schodach otrzymałam klucz do pokoju na pierwszym piętrze, informację o śniadaniach (na trzecim piętrze) oraz kod dostępu do internetu, który funkcjonuje bez zarzutu. Niezbyt roztropnie wybrałam dojazd do centrum kongresowego kolejką, co naraziło mnie na półgodzinny spacer przez dość pustą okolicę rozległego Centrum Kongresowego. Jakoś w końcu dotarłam do głównego wyjścia. W centrum prasowym niezbyt rozgarnięta panienka usiłowała wcisnąć mi nieważną kartę na przejazdy miejskie i dopiero trzy razy zapytana, czy naprawdę za okazaniem tego ID kongresowego mam bezpłatne przejazdy, wykrzyknęła zdziwiona: ojej! na pani ID nie ma logo komunikacji miejskiej, bez tego logo byłoby nieważne! Bagatela – 600 euro kary w razie nieważności! Pewnie bym się jakoś wytłumaczyła, ale lepiej nie sprawdzać, na ile jestem biegła w tłumaczeniu się po angielsku. Zaufanie dobre, ale kontrola lepsza, co nie na darmo powiedział pewien pan i jest to aktualne do dziś.
 
Obrady były oględnie mówiąc takie sobie, a biuro prasowe ani się umywało do amerykańskich press roomów. Internet nie chciał działać, panie źle wpisywały kody dostępu, o kawę trzeba było 3 razy prosić leniwego kelnera, same pomyłki. A nie dość tego, odcinek między wejściem a biurem prasowym musiałam przedefilować z tzw. secure band, czyli opaską bezpieczeństwa, którą musiałam przykleić na przegubie dłoni. Istotnym powodem tego defilowania było odebranie dokumentów ESH, które, jak się okazało, miały pomyłkę w imieniu, więc zniechęcona opuściłam obrady na rzecz wizyty w paru sklepach z odzieżą sportową. Zakupy były udane, ubrania i buty służą mi do dziś.
 
Ogólnie Berlin przypadł mi do gustu i odwiedziłam to miasto jeszcze w styczniu i czerwcu 2009 roku bez specjalnych powodów naukowych, choć wizytę czerwcową skojarzyłam z kongresem hematologicznym. Jednak ze zdobywaniem wiedzy we wnętrzach ICC Berlin jakoś mi się nie wiodło – za dużo ciasnych korytarzy, zawiłej topografii, małych sal. Amerykański rozmach wdrukował się w moje wyobrażenie o przestrzeni, jaka jest potrzebna dla kongresu medycznego.
 
Krystyna Knypl
 
Następny rozdział
 
 
GdL 9/2023